Sobota, 25 Maj, Imieniny: Joanny, Zdenka, Zuzanny -
Jesteś świadkiem jakiegoś wydarzenia? ZGŁOŚ

Walter Późny wspomina powojenne Szczytno i powiat (cz. 12.)


Ludność napływowa terrorem zmusza ludność mazurską do opuszczania gospodarstw obsianych – taka notatka ukazała się w połowie 1946 roku w sprawozdaniu szczycieńskiego starostwa skierowanym do wojewody utworzonego właśnie województwa olsztyńskiego. Z dalszej części dokumentu można się dowiedzieć, że Mazurzy masowo porzucają swoją ziemię i dosłownie oblegają budynek starostwa, błagając o wydanie przepustek, które pozwolą na wyjazd za Odrę. Musiało upłynąć wiele lat, aby o takim traktowaniu dawnych mieszkańców tych ziem można było pisać i przedstawiać ich los bez zakłamania i politycznej propagandy, jaką narzucały komunistyczne władze.



Bracia Mazurzy…

 

Los dawnych mieszkańców Mazur i ich traktowanie przez przybyłych tu osadników to nie kwestia wyłącznie powiatu szczycieńskiego. Podobnie działo się na całym terenie tzw. Ziem Odzyskanych. Istniała wówczas bardzo niska świadomość społeczna wśród napływających tu osadników. Dla nich – nowych gospodarzy tych ziem – wszyscy, których tu zastali, byli „szwabami”, natomiast Mazurzy traktowali ich jako nowych okupantów, którzy przybyli po Sowietach. Komuniści już o wiele wcześniej starali się przekonywać, że Mazurzy to bracia Polaków lecz osadnicy „wiedzieli lepiej”.

 

W Mazurach widzieli Niemców, odpowiedzialnych za zbrodnie narodowych socjalistów. Odgórna ideologia często nie trafiała nawet do przekonania nawet tym, którzy tę ideologię mieli propagować. Niejednokrotnie to funkcjonariusze milicji wręcz zachęcali ludność polską do terroryzowania Mazurów. Wśród ludności napływowej istniało głęboko zakorzenione przekonanie, że dobrym Polakiem może być tylko katolik, a Mazurzy, niemal wszyscy bez wyjątku, byli ewangelikami, więc według nich, łatwo było ustalić, kto jest „szwabem”, czyli Niemcem.

 

Po 1945 roku komunistyczne władze poddały Mazurów rejestracji, dzieląc ich tym samym na poszczególne grupy. Każdy, kto mógł jednoznacznie wykazać polskie pochodzenie, należał do uprzywilejowanych, natomiast osoby jednoznacznie zidentyfikowane jako Niemcy – dyskryminowano i z czasem zmuszano do wyjazdu.

 

Pod koniec 1946 roku, mimo szykan i nękania, według ówczesnych statystyk, prawie 31 tysięcy Mazurów było „nie zweryfikowanych”. Ich status pozostawał niewyjaśniony.

 

Bezsilny starosta

 

„Na całym terenie jest popłoch, a ludność wyniszczona, która aczkolwiek mówi po polsku i twierdzi, ze jest mazurska, ucieka z zabudowań (zwłaszcza z kolonii), ponieważ nie może wytrzymać” – pisał w połowie 1946 roku starosta szczycieński Walter Późny. Był to oficjalny meldunek, który został wysłany jako telefonogram do wojewody olsztyńskiego. W dalszej części dokumentu starosta pisze, że Mazurzy na podległym mu administracyjnie terenie, nie mają zbyt dobrego wyobrażenia o Polsce i wstrzymują się od składania deklaracji (dokumentów weryfikacyjnych), ponieważ ich podpisanie i tak im nie zapewni bezpieczeństwa.

 

Przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej wielokrotnie podczas swoich wystąpień mówił, że za czasów niemieckich region szczycieński był najbardziej polski wśród powiatów, ponieważ zamieszkiwało go aż 90% ludności polskiego pochodzenia, co - jak tłumaczył – potwierdzały dawne urzędowe statystyki niemieckie. W jego rodzinnej miejscowości – Klonie na długo przed wybuchem wojny istniała polska biblioteka, w której znajdowało się około 1000 woluminów. Jan Lippert przypomniał, że na konferencję pokojową w Wersalu w 1919 roku z gmin Lipowiec i Wielbark wyjechało czterech Mazurów, którzy – jako polska delegacja - domagali się przyłączenia tych terenów do Polski.

 

Przewodniczący Lippert wspominał też, że uświadomienie mieszkańców regionu o polskości tych ziem było tak silne, że w 1898 roku podczas wyborów do parlamentu niemieckiego, Mazurzy o mało nie wprowadzili swojego posła. Wystąpienia Lipperta i innych działaczy mazurskich, którzy stawali w obronie autochtonów, nie przynosiły spodziewanego rezultatu. Nie pomogły również inne działania osób odpowiedzialnych m.in. za politykę, która miała niejako spolonizować pozostałych po 1945 roku Mazurów. Nie pomógł nawet otwarty w 1945 roku w Rudziskach Pasymskich Mazurski Uniwersytet Ludowy, który zgodnie ze swoim programem miał być „kuźnią polskości”. Powoli i sukcesywnie ojczyzna Mazurów stawała się dla nich obczyzną.

 

Według dokumentów, Mazurzy ku niezadowoleniu komunistycznych władz z uporem trzymali się swojej niemieckiej tożsamości i mowy i wszędzie reprezentowali kurs niemiecki. Nie wysyłali swoich dzieci do szkół, ponieważ wykładano tam tylko po polsku. Część dzieci w ogóle nie otrzymała żadnej edukacji szkolnej.

 

Złodziejski proceder

 

W drugiej połowie lat czterdziestych ubiegłego wieku, na mapie powiatu szczycieńskiego gmina Rozogi uchodziła za najbardziej niebezpieczną. Walter Późny w swych sprawozdaniach pisał, że ci biedni Mazurzy najbardziej skarżą się na przybywających pod osłoną nocy mieszkańców „zza miedzy”. Bandyckie eskapady, gnębiące Mazurów, według starosty Późnego, były najczęściej organizowane w miejscowościach Dąbrowy i Pełty. „ …w nocy przychodzą, biją, maltretują, rabują i kradną co się da…” - raportuje Późny. Informuje również o zastraszaniu gospodarzy bardziej zasobnych obejść, że jeśli ich w porę nie opuszczą, to zostaną spędzeni do stodoły, oblani benzyną i podpaleni.

 

Na polecenie starosty Późnego, Państwowy Urząd Repatriacyjny przydzielił ograbionym ze wszystkiego Mazurom nieco odzieży. Nie minęło wiele czasu i to też im odebrano. Podczas jednej z wizyt Późnego w gminie Rozogi, w miejscowości Zawojki, zapytał tamtejszą mieszkankę, niejaką Marię Pędzik, dlaczego jej trzyletnie dziecko nie ma majtek, na co Mazurka odpowiedziała: „…wszystko zabrali...”.


 

Złodziejko-bandycki napad, o dość dużej skali, miał miejsce w Lipowcu. 13 maja 1946 roku około godziny 22 od strony Myszyńca dotarł do Lipowca duży, ciężarowy samochód, z którego wysiadło 20 mężczyzn ubranych w wojskowe mundury. Swoje kroki skierowali najpierw w kierunku posterunku Milicji Obywatelskiej, gdzie bez problemu rozbroili znajdujących się tam funkcjonariuszy. Zabrali im również i umundurowanie, pozostawiając jedynie w samej bieliźnie.

 

„Nadto uprowadzili komendanta i jego zastępcę, których poprzednio skuli w łańcuchy” pisze w sprawozdaniu Walter Późny. Na zakończenie dodaje, że oprócz ataku na komisariat, bandyci obrabowali mieszkańców Lipowca z pieniędzy i bardziej wartościowych rzeczy oraz zabrali znajdujące się w miejscowej spółdzielni towary. Według relacji świadków, samochód z bandytami i zagrabionymi rzeczami odjechał w kierunku Myszyńca.

 

Milicja na cenzurowanym

 

Walter Późny w swych sprawozdaniach w sposób szczególny opisywał, w jaki sposób stara się zmienić światopogląd wójtów i sołtysów. Najwięcej jednak problemów sprawiali mu funkcjonariusze milicji z południowej części powiatu. Jest to o tyle dziwne, że osoby, które powinny stać na straży prawa, niejednokrotnie wchodziły w „interesy” ze zorganizowanym bandyckimi grupami, które najczęściej pochodziły z sąsiednich Kurpii. „Powodem powyższego ustosunkowania się funkcjonariuszy M.O. mogły być tylko bardzo niskie pobudki, między innymi chęć zysku” - informuje Walter Późny.

 

Najgorzej sytuacja związana z bezpieczeństwem i utrzymaniem dyscypliny na odpowiednim poziomie przedstawiała się, jak już wcześniej napisałem – w gminie Rozogi. Walter Późny w jednym ze swoich sprawozdań pisze, że obsada miejscowego posterunku jest całkowicie zdemoralizowana, a ludzie, którzy powinni stać na straży ładu i porządku, powodują w terenie całkowitą dezorganizację i nieład. Według przeprowadzonego przez starostę szczycieńskiego rekonesansu na terenie gminy Rozogi, miejscowi milicjanci są w stałym kontakcie z szabrownikami i złodziejami. „… tolerując takowych umożliwiają im tylko uprawianie ich niecnego procederu – szabrownictwa. Jednocześnie powodują korpusowi bezpieczeństwa wewnętrznego jedynie kłopot”.

 

„Przedsiębiorczy” kierownik

 

Według relacji i sprawozdań Waltera Późnego, na terenie gminy Rozogi nie tylko milicjanci wchodzili w złodziejskie układy z szabrownikami. Miejscowy kierownik PUR (Państwowy Urząd Repatriacyjny), podobnie jak jego koledzy z posterunku, również doszedł do wniosku, że na bezbronnych Mazurach i szabrownictwie można szybko się dorobić. „Kierownik PUR-u postępując niezgodnie z obowiązującymi przepisami postępował jednocześnie sprzecznie z wszelkimi zasadami moralnymi człowieka i urzędnika, zwłaszcza, że w demokratycznym Państwie Polskim urzędowanie takich urzędników stwarza tylko chaos i nieporządek” informował Późny. Starosta szczycieński pisze w dokumencie, że rzeczony kierownik PUR-u zasiedla południową część powiatu bardzo podejrzanym elementem, który w większości niszczy pozostawione przez Mazurów gospodarstwa, działając tym samym na szkodę Polski.

 

Szabrownicza działalność kierownika była bardzo prosta w swojej formie. Zawierał nieformalne umowy z pośrednikami zza dawnej granicy, którzy proponowali dobre mazurskie gospodarstwa - oczywiście za odpowiednią opłatą – gospodarzom z pobliskich Kurpii, a chętnych było sporo.

 

Tak bardzo zaangażował się we wspólne działania z szabrownikami, ze zapomniał o własnych obowiązkach o czym raczył wspomnieć w swoim raporcie Walter Późny „…Kierownik PUR-u do dzisiaj nie potrafi się należycie zaopiekować wieloma repatriantami, bądź też miejscowymi zdeklarowanymi Mazurami, poszukującymi od prawie roku czasu gospodarstw, gdyż jest zbyt zajęty”. Następnie z dokumentu można się dowiedzieć, że kierownik ma bardzo dużo czasu na to, aby jeździć poza teren powiatu do wiosek zamieszkałych przez bardzo podejrzany i uciążliwy element, „… który zabiera z tut. powiatu każdą rzecz ruchomą, rozbierając nawet domy i stodoły”.

 

I w tym przypadku starosta Późny nie mijał się z prawdą. Z nieodległych kurpiowskich miejscowości wyjeżdżały puste furmanki po to tylko, żeby wrócić wyładowane po brzegi cegłami i elementami budynków.

 



Komentarze do artykułu

Napisz


Komentarze