Reklama


Reklama

Rozmowa „Tygodnika Szczytno”: Zima – raj dla morsów i... foczek


Trochę mrozu, trochę śniegu i plaża miejsca znów zaczęła tętnić życiem. Tym razem w połączeniu z muzycznymi akcentami Sławka Staszaka. Szczycieńskie morsy zanurzyły się w jeziorną toń już w niedzielę, 17 stycznia. - To było na potrzeby nagrywanego teledysku i podobnie było we wtorek, 19, tyle że w wieczornej scenerii – mówią Milena Siwek i Elżbieta Lewandowska, dwie foczki, bo tak zwie się morsujące, czy może raczej foczkujące kobiety.

 



Milena Siwek mieszka w Pasymiu, ale związana jest ze Szczytnem, a może nawet bardziej z... Wielbarkiem. - Prowadzę firmę cateringową w sieci Dussmann. To niemiecka sieć, która ma polską centrale w Warszawie, a ja, jako menager, zajmuję się obsługą wielbarskiej Ikei. Najkrócej rzecz ujmując moim obowiązkiem jest nakarmienie załogi tej fabryki. W biurowcu jest kuchnia, tam zatrudnionych jest 12 pracowników, a za całość tych działań ja odpowiadam.

 

Warto przy okazji wspomnieć, że IKEA, jako jeden z nielicznych zakładów, nie zamknęła kuchni, którą wraz ze stołówką odpowiednio przystosowano, by zachować sanitarne reżimy. Alternatywą byłoby dowożenie posiłków i serwowanie ich w plastikowych pojemnikach. - Ale IKEA ma wybitną niechęć do plastiku wykorzystywanego w ten sposób, dyrekcja wolała więc pozostać przy systemie tradycyjnym, tyle że nieco zmodyfikowanym ze względu na pandemię.

 

Pani Milena pracuje w niemieckiej sieci od 4 lat, a od 2,5 roku jest samodzielnym menadżerem i niemal na starcie uzyskała firmowy tytuł „Menadżera Roku”.

 

Elżbieta Lewandowska jest szczytnianką od urodzenia. Chociaż z wykształcenia mediator rodzinny, pracowała w kwiaciarni.

 

- Ale teraz, po grudniowym zachorowaniu na covid-19, dochodzę do zdrowia i szukam pracy – mówi i dodaje, że tą życiową podstawą zajmuje się nieco na boku, bo swoją energię głównie przeznacza na aktywną działalność w szczycieńskim stowarzyszeniu morsów.

 

Obie panie, chociaż z innych miast, innych zawodów, odmiennej życiowej codzienności, łączy upodobanie do pławienia się w lodowatej wodzie.

 

Od kiedy?

 

Milena Siwek: - Będzie ze trzy lata. Zaczęłam w Pasymiu, ale szczycieńskie morsy mnie „podkupiły” swoją, nazwijmy to, wszechstronnością. Działalność naszego Resetu nie ogranicza się tylko do kąpieli, ale dzieje się mnóstwo innych rzeczy. Lubię biegać, a tego w szczycieńskim stowarzyszeniu nie brakuje. Ważne jest dla mnie też i to, że ta aktywność ma głównie charytatywny cel, a to mnie osobiście zachęca do jeszcze większej osobistej aktywności. Zaczynałam razem z 9-letnią córką, później dołączył mąż. Jeszcze syn się wzbrania, ale jest na dobrej drodze... do nabycia odwagi.

 

Elżbieta Lewandowska: - Ze mną jest podobnie. Zresztą obie z koleżanką jesteśmy zwykle pierwsze do udziału w takich imprezach, gdzie można samemu świetnie spędzić czas, a jednocześnie komuś pomóc. Z to wszystko przez moją... córkę. Chciała zostać morsem, gdy miała sześć lat, ale po raz pierwszy weszła do wody dwa lata później. Wzięła udział w kilku kąpielach, a że ja w tym czasie przechodziłam ciężką anginę, to moje dziecię w ramach pochorobowego dochodzenia do zdrowia, wyciągnęło mnie na to morsowanie. I tam nam zostało. Starszy syn też próbował, ale na razie sobie odpuścił.


Reklama

 

Jaki był ten pierwszy raz?

 

M.S. - Zima, lód. Byłam w szoku, jak można wejść do wody, jak jest lód. Ale korciło mnie to już dawno. Zaczęło to wchodzić w modę i była już grupa ludzi, która to robiła. Ostatecznie namówiła mnie koleżanka. Nie było to spontaniczne. Miałam kilka dni na to, by się przygotować, przynajmniej teoretycznie, poznać tajniki, co wziąć, co nałożyć, co później zdjąć... chciałam spróbować, ale też nie chciałam się zniechęcić. Weszłam do wody w lekkich, letnich butach. Pierwsze wrażenie to szok. Drugie – mrowienie, kłucie zimna w ciało, prawie do bólu. Ale to trwa krótko, nawet nie minutę. I zaraz robi się naprawdę przyjemnie, tak bardzo, że aż nie chce się z tej wody wychodzić.

E.L. - Też przeżyłam to szczypanie zimna w nogi. Później człowiek się przyzwyczaja i jak jest plusowa temperatura, to już się tego nie czuje. Szczypało za to w niedzielę, kiedy temperatura sięgała minus 17 stopni. Dla wielu z nas to było swojego rodzaju wyzwanie, bo dawno nie było u nas takiego mrozu. Ale woda miała temperaturę plus 2 i naprawdę było super.

 

Stoi się w tej zimnej wodzie i co?

 

I nic. Opowiadamy sobie dowcipy, żartujemy, czasem chlapiemy się jak dzieci.

M.S. - Czas takiej kąpieli jest różny. Każdy indywidualnie ocenia, jak danego dnia się czuje. To może trwać minutę, ale i kwadrans. Ci, którzy się lepiej czują, decydują się na tzw. pełen reset.

E.L. - Czyli pełne zanurzenie, po czubek głowy. Bywają nawet resety akrobatyczne. Kolega potrafi na przykład stawać na rękach w tej wodzie.

 

I jakie efekty?

 

M.S. - Nie choruję. Córka miała długotrwałe problemy z zatokami, ale już nie ma. Wartością dodaną jest powiększająca się nieustannie rzesza przyjaciół, bo chętnych do morsowania przybywa.

 

E.L. - Warto podkreślić, że w naszym towarzystwie są osoby najróżniejsze: wiekowo, zawodowo. Mnóstwo odmienności, ale dzięki temu jest ciekawiej. Z każdym można porozmawiać, o wielu sprawach się dowiedzieć, ale najważniejsze, że ta nasza różnorodność jest przyjmowana tylko pozytywnie. Nie rodzi to żadnych podziałów, nie ma jakichś konfliktów, nie ma patrzenia na innych „z góry” czy „z dołu”. Wszyscy jesteśmy tak samo... mokrzy po wyjściu z wody.

 

Reklama

M.S. - Ważne jest to, że łączy nas nie tylko morsowanie. Ono samo w sobie mogłoby się znudzić. Ale w naszym klubie ciągle coś się dzieje. I wszędzie nas pełno, bo uczestniczymy w imprezach organizowanych także w innych miastach. W każdym przypadku taką myślą przewodnią jest to, że te wydarzenia mają komuś pomóc. I to też nas wszystkich łączy.

 

E.L. - Trzeba też podkreślić, że zaczęło się od morsowania, ale nie skończyło, bo nasi liderzy ciągle coś dokładają. Konieczność rozgrzewki przed wejściem do wody zaowocowała organizowaniem dodatkowo biegania. Im bardziej ekstremalnego, tym lepiej. Stąd już była krótka droga do naszych autorskich resetowych imprez: morsowania walentynkowego, Szczycieńskiej Ekstremalnej Trójki czy Andrzejkowego Biegu Morsów. To trzy sztandarowe imprezy, które nasze stowarzyszenie wymyśliło i organizuje. Warto też wspomnieć, że są to wydarzenia, które przyciągają do Szczytna wielu ludzi z odległych zakątków kraju. Ze względu na pandemię pary imprez nie było, ale mam nadzieję, że szybko wrócą.

 

Ile osób udało się wam przekonać do morsowania?

 

E.L. -Trudno powiedzieć, bo trwa rotacja. Pojawiają się osoby raz czy dwa i rezygnują, inni pojawiają się i po pierwszym razie zostają.

 

M.S. - Mam koleżankę, która twierdziła, że szybciej jej kaktus na ręku wyrośnie, zanim wejdzie ze mną do lodowatej wody. Mówiła, że na samą myśl albo gdy mnie słucha, to robi jej się zimno i to wystarczy. „Pracowałam” nad nią chyba z rok i w końcu namówiłam. I została foczką, a poza tym namówiła już męża, syna... I tak to się rozwija lawinowo.

 

E.L. - Najtrudniej się odważyć, ale to zawsze chyba przed hm... pierwszym razem czuje się pewne obawy, a po tym pierwszym razie... cóż... nie rezygnujemy jak długo się da (śmiech). Z morsowaniem jest tak samo, jak z seksem, tyle że może nawet zdrowiej. Po takiej kąpieli człowiek od razu czuje się lepiej, jest pełen pozytywnej energii i... chciałby znów!



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama


Komentarze