Poniedziałek, 28 Wrzesień, Imieniny: Libuszy, Wacławy, Wacława -

Reklama


Reklama

Jubileuszowy koncert Farben Lehre w Szczytnie (rozmowa)


W piątek 24 lipca, w klubie Agaton zagrał Farben Lehre. To wyjątkowe wydarzenie co najmniej z dwóch powodów. Była to już dziesiąta, a więc jubileuszowa wizyta tego zespołu w Szczytnie i jednocześnie pierwszy otwarty koncert po przymusowej, pandemicznej przerwie. Jest to zatem dobra okazja, by zamienić parę słów z liderem grupy – Wojciechem Wojdą.



Pamięta pan Waszą pierwszą wizytę w Szczytnie?

 

W szczegółach nie bardzo. To było jakieś piętnaście lat temu. Graliśmy wtedy w takim bardzo małym klubie, w okolicach dworca – to pamiętam.

 

A później?

 

Później były już większe koncerty. Dwa razy w plenerze (podczas Dni i Nocy Szczytna – przyp. H.B.), dwa razy na Hunterfeście, ale graliśmy też bardziej kameralnie, w różnych klubach.

 

Pojawiacie się na scenach w kraju, i nie tylko, już bez mała 35 lat. Nie nudzi taka jednostajność?

 

Z pewnością nie, a jeśli zacznie się nudzić, to zrezygnujemy. Każdy w jakimś momencie życia wybiera swoją drogę życiową i się jej trzyma. My postawiliśmy na muzykę. Pozostaje ona naszą pasją, a bodaj w 2004 roku stała się też naszym zawodem.

 

To znaczy?

 

Zespół gra od 1986 roku. Na początku przez wiele lat koncertowaliśmy, ale równolegle każdy z nas miał swoje pozamuzyczne, zawodowe życie. Łączenie jednego z drugim było coraz trudniejsze i w pewnym momencie stało się oczywiste, że musimy wybrać: muzyka albo fabryka. Gramy na serio, czy też pozostajemy jedynie pasjonatami? Wybraliśmy to pierwsze i poświęciliśmy się muzyce.

 

A jakie zajęcie „uboczne” pan zostawił?

 

Pracowałem w płockich, lokalnych mediach, m.in. w radio, gdzie miałem swoje programy autorskie czy dorywczo w telewizji kablowej. W mediach zdobyłem doświadczenie biznesowe, bo przez kilka lat pracy w radio byłem również „człowiekiem od marketingu i reklamy”. Moje muzyczne dokonania nie działały zbytnio na reklamodawców, bo biznes rządzi się swoimi prawami, pozbawionymi sentymentów, ale to doświadczenie bardzo mi się przydaje w prowadzeniu zespołu. Nie mieliśmy i nie mamy menadżera – sam pełnię tę rolę „od zawsze”.


Reklama

 

Trudno było przetrwać czas koncertowej „posuchy”?

 

To była dotkliwa przerwa, najdłuższa w naszej historii. Nie graliśmy koncertów blisko 120 dni. Oczywiście, że ten przymusowy urlop niekorzystnie odbił się na zespole, głównie – co oczywiste – na naszych finansach. Lubię scenę, bezpośredni kontakt z publicznością, dlatego długo nie dawałem się namówić na koncerty on-line. Jednak zagraliśmy taki jeden, z miesiąc temu, w Wołominie. Część restrykcji była już zniesiona, więc na widowni była obecna publiczność, ale ze względu na wymogi transmisji światła były tak ustawione, że ludzie nas widzieli – my ich nie. Bezpośredni kontakt z widzami jest niezbędny, bo zmusza do większego wysiłku i zaangażowania na scenie, pozwala obserwować reakcje, a przy tym się do nich dostosować. Dlatego, choć dużo czasu spędziłem na antenie radiowej, nieszczególnie mi to odpowiadało. Mówiłem do mikrofonu, ale nie widziałem słuchaczy, co powodowało pewien dyskomfort.

 

Piątkowy, pierwszy, otwarty koncert w Szczytnie to już jakieś światełko w tunelu po przymusowej przerwie?

 

Niewielkie, chociaż w sobotę gramy już następny koncert. Zwykle w wakacje robiliśmy sobie 2-tygodniowy urlop, ale w tym roku wystarczy już tej przerwy. Niemniej jestem pełen obaw, bo trudno przewidzieć, czy i ile osób zdecyduje się na udział w koncertach, biorąc pod uwagę natłok wielu sprzecznych informacji. Raz słyszymy, że nie ma już zagrożenia, za chwilę, że jednak jest. W moim odczuciu pandemia koronawirusa ma obecnie wymiar polityczny. Staje się dobrym „alibi” dla podejmowania przez władze najróżniejszych decyzji, które niekoniecznie z pandemią mają jakikolwiek związek. Prędzej czy później musi nastąpić powrót do normalności i myślę, że przełomowym punktem będzie wynalezienie szczepionki. Rodzi się jednak pytanie, czy – w naszym przypadku – będzie do czego wracać? Bo sytuacja dotknęła nie tylko nas, artystów, ale wiele branż. Kwestią nie jest więc tylko to, czy my będziemy grać, ale czy będziemy mieli gdzie, dla kogo i na czym. Wiele koncertów odbywa się w klubach, zatem to one muszą w pierwszej kolejności przetrwać...

Reklama

 

Rozumiem, że obecna wakacyjna próba powrotu do tej normalności łączy się z koncertowaniem możliwie intensywnym. Nie należy więc liczyć na to, że wybierzecie Szczytno na miejsce choćby kilkudniowego urlopu?

 

Niestety nie, zresztą jakoś i wcześniej nie było po temu okazji. Ze Szczytna do Płocka nie jest bardzo daleko, więc zwykle po koncertach wracamy do domu. Chyba tylko podczas Hunterfestów nocowaliśmy. Jednak, mimo że nasze wizyty były krótkie, to wspominam Szczytno jako urokliwe miasteczko, które zawsze będzie mi się kojarzyć z Klenczonem. Mam nawet zdjęcie, zrobione kiedyś przy jego pomniku. Wiem też, że jest w Szczytnie niewielkie, ale ładne jeziorko. W sumie z Mazurami jestem związany od lat. Ponieważ lubię wędkować, przyjechałem kiedyś na ryby, w okolice Miłomłyna, jako 14-letni chłopak. Byłem tak zachwycony sytuacją, że te wędkarskie wyprawy powtarzały się przez kolejne ponad 30 lat. Kto wie, może kiedyś przyjadę do Szczytna czy w jego okolice nie tylko śpiewać, ale także powędkować?

 

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama


Komentarze