Poniedziałek, 1 Czerwiec, Imieniny: Gracji, Jakuba, Konrada -

Reklama


Reklama

Ćwierćwiecze „Rywala” (zobacz zdjęcia)


Kilka tysięcy ludzi wzmocniło swą krzepę w pierwszej szczycieńskiej siłowni. - Nie liczyłem, ale jednak 25 lat działalności to czas, który tę liczbę raczej potwierdza – mówi Marek Jałoszyński, założyciel i właściciel siłwni „Pod Rywalem”. Jubileusz to dobra okazja, by o tym przedsięwzięciu porozmawiać.



Ćwierć wieku temu otworzenie siłowni było chyba dość ryzykowne...

 

Trochę tak, bo moda na tężyznę fizyczną dopiero nastawała. To był czas, gdy młodzież zaczęła chcieć upodabniać się do Schwarzeneggera i innych aktorów, nazwijmy to... dużych i sprawnych fizycznie. Po każdym nowym głośnym filmie, który się wtedy w kinach pojawiał, przybywało osób chętnych do ćwiczeń, chociaż nie było to łatwe.

 

 

 

 

Dlaczego?

 

Rozpoczynałem w 1995, dokładnie 2 stycznia. Nie było łatwo, bo dostęp do specjalistycznego sprzętu był utrudniony, chociaż po prawdzie wchodziłem na teren już z grubsza przygotowany.

 

Czyli?

 

Siłownię, pierwszą w Szczytnie, tak naprawdę uruchomiła Spółdzielnia Mieszkaniowa „Odrodzenie”. Początkowo działała w jej lokalu nieopodal SP nr 6, później została przeniesiona do pomieszczeń piwnicznych w budynku przy ul. Solidarności 6a, dokładnie pod sklepem spożywczym „Rywal”. Z perspektywy lat i dzisiejszych oczekiwań może tę pierwszą siłownię trudno jest tak właśnie określić i może to powodowało, że zainteresowanie korzystaniem z niej nie było duże. A może mody na te ćwiczenia jeszcze nie było... Trudno powiedzieć. W każdym razie ja z niej korzystałem gdzieś już od 1993 roku. Kiedy spółdzielnia zdecydowała się ją zlikwidować, ostro protestowaliśmy, nawet na łamach gazet i w eterze. I wtedy nam powiedziano: „Jak tak bardzo wam zależy na tej siłowni, to ją sobie bierzcie”. To wzięliśmy.

 

 

 

Ot, tak sobie – spółdzielnia wam to dała?

 

Wydzierżawiła. I do dziś tak jest. „Wzięliśmy”, a właściwie ja wziąłem tę siłownię z tzw. całym dobrodziejstwem inwentarza, a więc ze sprzętem, który tam wtedy był. Dziś z tego sprzętu zostały już tylko dwie ławki, bo reszta... no cóż. Siłownia ma 25 lat, ale sprzęt niekoniecznie tak długo może trwać, szczególnie sprzęt, powiedzmy... prymitywny. Ale – jak wspomniałem – wyposażenie w nowe urządzenia wcale nie było proste. W tym czasie w Polsce praktycznie istniała tylko jedna firma, która produkowała sprzęt do siłowni. Trzeba było tam pojechać, dokonać wyboru, zamówić i... czekać. Po pół roku to pierwsze zamówienie sprzętowe zostało zrealizowane. I przyznać trzeba, że to były naprawdę dobre urządzenia, nie tylko pod względem jakości wykonania, ale przydatności do określonych celów, ergonomiczne, przemyślane. W każdym razie od nich się zaczęło.

 

Sprzęt już więc był, a ludzie?

 

Ludzi zaczęło przybywać. „Wstrzeliłem” się z siłownią w dobry moment, bo wtedy właśnie zaczęła się rodzić moda na to umięśnione wyglądanie. Jak też już wspomniałem, po każdym filmie z Arnoldem czy innym Chuckiem Norrisem, siłownia się zapełniała. I tak, trochę metodą tzw. „pantoflową”, dowiadywało się o niej coraz więcej osób. Z czasem pojawiły się w mieście kolejne siłownie. Jedne przetrwały, inne nie. Ale – na szczęście - „Rywala” nic nie rusza. Mamy swoich stałych bywalców, sympatyków, może nawet – miłośników, a na pewno szeroką grupę przyjaciół. Mamy nawet swoich sportowców.

 

 

 

 

Sportowców od czego?

 

Powiem tak. Trenują u nas przedstawiciele różnych dyscyplin sportowych, nie tylko tzw. sportów siłowych. Bo przecież sport w każdej swojej formie wymaga wytrzymałości. Trenują więc „Pod Rywalem” ultramaratończyk Rafał Kot, maratończyk Zenon Klimik czy też triathlonista Marcin Andrzejczak. Jest też, co oczywiste, grupa zawodników – ciężarowców. Najbardziej znany jest zapewne Zbyszek Stakun, ale towarzyszą mu m.in. Stanisław Bogus (mój wieloletni wspólnik), Darek Chmieliński. Trenuje też, niezmiennie na podium podczas zawodów, Ewa Gimerska.


Reklama

 

Czy od ćwiczeń na siłowni można się uzależnić? Podobno jest z tym tak, jak z oddawaniem krwi: przerwa powoduje jakieś problemy z organizmem.

 

Istotnie – można. Nie jest tak, że brak tych ćwiczeń powoduje jakieś skutki uboczne, jakieś dolegliwości. Nazwałbym to zdrowym nałogiem. Jak ktoś się przyzwyczaił i przerwie, to mu po prostu czegoś brakuje. Ćwiczenia wzmacniają, ale też zmuszają organizm do większej aktywności, do produkcji energii, którą trzeba gdzieś wyładować, a do tego potrzebne są kolejne ćwiczenia. I tak się kółko zamyka.

 

 

 

Przyjmijmy taką sytuację. Ulicą Solidarności spaceruje sobie pan czy pani w średnim wieku, spędzający swój czas głównie za biurkiem w pracy, a później przed telewizorem bądź ekranem komputera. Zerka na wasz szyld i myśli sobie: „a niech tam, zobaczę, o co w tym chodzi” i wchodzi... Co się wtedy dzieje?

 

I wtedy ten ktoś staje się dla mnie najważniejszą osobą na ziemi, jak najbliższa rodzina i tak jest traktowany. Nawet jeśli taka osoba weszła przypadkiem, to jednak gdzieś tam, głęboko, ma ukryty cel, motywację. Chce być silniejsza, sprawniejsza, zdrowsza, chce przytyć czy też schudnąć. Najpierw więc rozmawiamy i odszukujemy te motywy i potrzeby. Następnie ustalamy indywidualny program ćwiczeń. Najpierw ogólny, żeby to zasiedziałe ciało nieco rozruszać, by podczas ćwiczeń kierunkowych nikt nie zrobił sobie krzywdy. A następnie przechodzimy już do konkretów, chociaż też powoli, sukcesywnie zwiększając wysiłek.

 

Jak długo trzeba ćwiczyć, żeby były widoczne efekty?

 

Nie da się tego określić, bo to zależy od każdego ćwiczącego indywidualnie. Ale pewien bakcyl zostaje. Udział w ćwiczeniach odbywa się najczęściej etapami. Najpierw przychodzi ktoś jako młody człowiek, jeszcze uczeń. To są ci, którzy są zmotywowani przez Chucka czy Arnolda, chcą być silni, bo w swej młodzieńczej buńczuczności uważają, że w życiu najłatwiej coś osiągnąć rozpychając się łokciami. Przychodzi jednak czas dorosłości: podejmują pracę, zakładają rodziny i wtedy przerywają swoje treningi. Mija jednak kilka lat i... wracają. Ale już z inną motywacją. To swego rodzaju sentyment do lat młodości, ba taki człowiek pamięta, że wcześniej, gdy ćwiczył, był bardziej wytrzymały, przechodził przez miasto bez zadyszki, lepiej się czuł. I wraca na siłownię właśnie po tę energię, której mu potrzeba w codziennym życiu, już nie dla szpanu, a dla zdrowia. I wtedy już zostają. To już nie są wyczynowe ćwiczenia, ale wydolnościowe. Dwa-trzy razy w tygodniu przez godzinę poprawiają pracę serca, wydolność płuc itp. Ktoś kiedyś powiedział, że ćwicząc dwie godziny w tygodniu przedłużamy swoje życie o dwadzieścia lat.

 

Jakieś wyjątkowe przykłady tej cykliczności?

 

Przytrafił mi się w siłowni przypadek niezwykły, ale bardzo sympatyczny: w jednym czasie, wspólnie, przyszli poćwiczyć: dziadek, ojciec i syn. Trzy pokolenia.

 

Faktycznie świetna sytuacja. Coś więcej o tych pokoleniach?

 

Najpierw na siłownię chodził dziadek, jako człowiek w średnim wieku. Później na trochę przerwał, ale znów zaczął ćwiczyć i przychodził wtedy z synem, który był jeszcze uczniem. Jeszcze później dziadek nam „zaginął”, a jego syn został, tak się trochę wymieniali, a ostatecznie pojawili się całą trójką. To naprawdę była ogromna przyjemność patrzeć na tych trzech mężczyzn w różnym wieku, połączonych rodzinnymi więzami.

 

 

 

To taka rzadkość, że ćwiczą całe rodziny bądź przynajmniej kilku jej przedstawicieli?

 

Aż taka rzadkość to może nie, ale też i nie jest to zbyt powszechne. Głównie są to tatusiowie z dziećmi, synami, ale też córkami.

 

Od ćwierćwiecza jesteś biznesmenem. Ale ten akurat biznes, jak zresztą wspomniałeś, był następstwem tego, że sam korzystałeś z siłowni. Jak, kiedy zaczynałeś i dlaczego?

 

Jak wszyscy. W 1993 roku uznałem, że jestem za duży, za ciężki i za brzydki. Poszedłem więc na siłownię, tę pierwszą, podlegającą Spółdzielni Mieszkaniowej. Znajomi zakłady robili, że wytrzymam z tydzień, a ja już jestem tam 27 lat. I stanowię chodzący dowód, że te ćwiczenia są skuteczne. Z moich ówczesnych wad pozostało jedynie to, że jestem brzydki (śmiech). Czemu akurat siłownia? Na bieganie jestem za duży, pozostawała siłownia tym bardziej, że jakieś ciągoty miałem chyba od zawsze. Już jako dzieciak zrobiłem sobie sztangę z fajerek, w pokoju zawsze miałem ciężarki, hantle. Kiedy wróciłem do Szczytna w tym 1993 roku stwierdziłem, że muszę się za siebie wziąć. Usłyszałem o jakiejś siłowni, która mieściła się w Kamionku. Poszedłem tam, ale mnie nie chcieli. Usłyszałem, że... jestem za duży. Później ktoś mi wspomniał o tej siłowni spółdzielczej. Poszedłem i... zostałem.

Reklama

 

Najmłodszy uczestnik ćwiczeń, który pojawił się „Pod Rywalem” to...

 

Trudno powiedzieć... Chyba było to dwóch braci – bliźniaków, a przyszli gdy mieli po 12 lat. Dziś to już dorośli ludzie. I powiem od razu, że najstarszy z ćwiczących, jak pierwszy raz przyszedł na siłownię, miał już 74 lata.

 

Czasy mamy takie, jakie mamy. W porównaniu z naszymi dziadkami, a nawet rodzicami, jest nam po prostu za łatwo, za wygodnie. Życie nie wymaga codziennego wysiłku, bardzo ciężkiej, ciągłej pracy. Czy to życiowe wygodnictwo widać na siłowni?

 

Niestety, powiedziałbym, że czasem nawet za bardzo. Zdarza się, że przychodzi „siłowy” adept i nie pyta: co ćwiczyć, ale co brać. Chcą szybko i bez wysiłku, to faszerują się sterydami. Walczyliśmy z nimi ze 20 lat. Nigdy nie stosowaliśmy, nigdy nie namawialiśmy, nigdy nie dopuszczaliśmy do obecności jakichkolwiek sterydów w siłowni. Owszem, wiem, że niektórzy z tych środków korzystają, ale na pewno nie u nas. I niestety, znam przypadki, kiedy osoby, które z tych sterydów nadmiernie korzystają, zrobiły sobie naprawdę poważną krzywdę. „Pod Rywalem” sterydów nie było, nie ma i nie będzie, mimo „społecznego” zapotrzebowania. Któregoś razu pojawił się np. młody człowiek, ze 40 kilo żywej wagi w opakowaniu, ręce jak zapałki z żądaniem, że chce „triceps wyrzeźbić”. Przyznam, że mnie rozśmieszył. Spytałem: „A ty co? Michał Anioł?” Ale został, ćwiczył. O tricepsie nie wspominał, ale ogólnie mu się polepszyło, zaczął po prostu normalnie wyglądać. Ale w tym właśnie problem. Ta codzienność, która nie wymaga ciągłego wysiłku fizycznego powoduje, że wiele osób, które pojawiają się na siłowni to – i nie chcę nikogo obrazić – już inwalidzi albo kandydaci. Mięśnie niemal w zaniku, kręgosłupy pokrzywione... Koszmar. Bezruch i brak wysiłku - to jest właśnie chyba współcześnie najgorsza choroba społeczna. Choroba, która jest podłożem, podstawą wszystkich innych, już zabójczych.

 

Czyli uważasz, że w siłowniach tkwi szansa na zdrowe społeczeństwo albo przynajmniej mniej cherlawe?

 

Sam jestem tego dowodem, bo chociaż sześćdziesiątka na karku, to lekarzy znam tylko towarzysko. Oczywiście, rzecz tkwi w stylu życia. Chodzi o to, by nie zapominać o wszystkich potrzebach własnego organizmu, a jedną z takich potrzeb jest z pewnością energia, wytrzymałość, kondycja. Nie mówimy przecież o sportowych wyczynach, ale o zwykłej codzienności. O tym, żeby każdy mógł bez zadyszki przejść z jednej ulicy na drugą, wejść na drugie czy trzecie piętro do znajomych. A nie ma się co czarować, bo jestem pewien, że każda z osób, które spędzają cały swój czas za biurkiem czy na kanapie, boryka się z takimi właśnie problemami. Nie mogę, oczywiście, powiedzieć, że tylko ćwiczenia na siłowni mogą temu zapobiec. Na szczęście coraz więcej osób (chociaż wciąż za mało) dostrzega te problemy i poprawia swoją tężyznę fizyczną w różny sposób. Sprzyja temu każdy jogging czy rowerowe wyprawy. Jednym słowem – każdy ruch, każde ćwiczenie. Tyle że ćwiczenia na siłowni odbywają się pod okiem fachowców, są ukierunkowane. Dzięki nim nie tylko zwiększamy tę tężyznę, ale możemy uzyskać dodatkowe efekty jak choćby ten już dla nas w siłowni sławny „wyrzeźbiony triceps”. Wszystko jednak musi się odbywać w swoim właściwym tempie, we właściwy, bezpieczny sposób. Ja osobiście mówię, że siłownia to pot i łzy, ale te akurat jeszcze raczej nikomu nie zaszkodziły. A już na pewno nikomu nie zaszkodzi... własne zdrowie.

 

Jakoś uczcicie jubileusz?

 

Oczywiście! Będzie tort i szampan. Wszystkich zapraszamy na wspominkowe spotkanie 5 lutego, o godzinie 17.00.

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Powiązane wydarzenia

Reklama


Komentarze