Reklama


Reklama

Tragedia nie zabiła uśmiechu Daniela


Sobota, 28 grudnia, godzina 19.35. Siedzących przy stole małżonków Jędrzejczyków podrywa z krzeseł krzyk kolegi – gościa: - Czemu zrobiło się tak jasno? To pożar! I tak właśnie było. Ogień strawił marzenia Daniela Jędrzejczyka. Dziś trwa walka o to, by mimo przeciwności losu mógł je wciąż realizować.



W Olszynach spłonęła drewniana stodoła, w której zaledwie od trzech miesięcy Daniel, 32-letni mechanik pasjonat, prowadził zakład mechaniki pojazdowej. Poważnie uszkodzone zostały trzy pojazdy stojące w środku i pięć, pozostających na zewnątrz. Obecnie trwa internetowa zbiórka na to, by Daniel mógł odbudować warsztat, odbudować marzenia...

 

https://zrzutka.pl/9ctx2e

 

 

Jesteś mechanikiem?

 

Formalnie nie. Skończyłem szczycieńskie technikum organizacji usług gastronomicznych. Nigdy nie miałem zamiaru gotować, a zawsze – zajmować się samochodami. Ale, cóż... Szczerze mówiąc nie chciało mi się jeździć do Olsztyna, do technikum mechanicznego, bo za daleko. A mechaniką zajmowałem się właściwie od pieluch, ucząc się fachu od taty. Fachu i miłości do samochodów, bo on też nie był mechanikiem wykształconym w szkołach, ale dotychczas nie spotkałem nikogo, kto by o samochodach i ich naprawianiu wiedział więcej od niego.

 

Można więc powiedzieć, że masz te samochody w genach...

 

Chyba tak. I największą radość sprawia mi, gdy poznaję jakieś auto dosłownie do ostatniej śrubki. A jeszcze większą – gdy je potrafię nie tylko naprawić, ale i ulepszyć. Zresztą, przyznam, że miałem i mam czasem własne pomysły...

 

Pierwszy sukces zawodowy to...

 

Naprawa silnika w maluchu. Była w nim jakaś drobna usterka, ale już nie pamiętam jaka. Rozebrałem go na czynniki pierwsze, później złożyłem i... przejechał nawet z kilometr. Miałem wtedy jakieś 12 może 13 lat.

 

A jakieś poważniejsze?

 

To chyba nagroda od Warmińsko-Mazurskiego Moto Clubu za najniższe auto zlotu sprzed pięciu lat. Przerobiłem własnego volkswagena passata tak, że między podłożem a podwoziem było tylko 5 cm. Ostatnio zaś budowałem golfa II z napędem na cztery koła, którego przeznaczeniem był udział w wyścigach na 1/4 mili. Niestety, spłonął w pożarze.

 

Rezygnujesz?

 

Nie ma takiej opcji! Może nie dziś i nie jutro, ale na pewno taki samochód zrobię. Spalony golf to miał być mój debiut w takich wyścigach. Ale prędzej czy później wystartuję...


Reklama

 

Mechaniki uczyłeś się od taty, miałeś młodzieńcze marzenia i szalone pomysły, ale w końcu wydoroślałeś...

 

Może nie całkiem, ale oczywiście życie zaczęło wymagać ode mnie więcej. Po szkole poszedłem do wojska, „załapałem” się na przedostatni pobór do obowiązkowej służby. Przez dziewięć miesięcy w wojsku byłem kierowcą bojowego wozu piechoty. Później pracowałem w Zygmunta Rząpa, jeszcze później w warsztacie samochodowym. Wtedy szedłem do pracy, wracałam do domu, jadłem obiad i... naprawiałem samochody kolegom czy znajomym.

 

To jakim cudem udało ci się ożenić, z piękną zresztą kobietą...

 

To zasługa internetu. Poznaliśmy się wirtualnie na portalu randkowym. Nie jestem „imprezowy”. Nie bywałem w knajpach, pubach czy na dyskotekach, za alkoholem nie przepadam. Nie miałem chyba innej drogi poznania kogoś, z kim mógłbym związać swoją przyszłość, założyć rodzinę. Założyłem profil, a gdy przeglądałem profile i fotki dziewczyn, które też były tam zarejestrowane, jedną z nich „zaczepiłem”. Ona odpowiedziała i... I tak się to potoczyło. To był taki portal, który jakby sam wybierał i wskazywał osoby mieszkające w pobliżu w promieniu iluś tam kilometrów. Edyta mieszkała w Szymankach. I dziś, mimo że jest ode mnie 10 lat młodsza, jesteśmy szczęśliwym małżeństwem i rodzicami dwóch córek, równie wspaniałych i pięknych, jak ich mama.

 

Długo przekonywałeś Edytę do tego, że jesteś dla niej tym jedynym?

 

Raczej niedługo, chociaż do dziś nie wiem, jakim cudem tyle szczęścia mnie spotkało. Po dwóch tygodniach znajomości korespondencyjnej spotkaliśmy się w realu. Odwiedziłem ją w Szymankach, a po dwóch czy trzech miesiącach postanowiliśmy się pobrać. To było cztery lata temu.

 

Już wtedy zacząłeś myśleć o własnym biznesie?

 

Jeszcze nie. Pracowałem na biało i trochę „na czarno”, ale gdy się urodziła druga córka i potrzeby rodziny wzrosły, trzeba było zacząć myśleć inaczej. To znaczy – inaczej pomyślała Edyta i namówiła mnie na uruchomienie własnej działalności gospodarczej. Nie od razu dałem się przekonać. Trzeba się jednak było do tego przygotować, znaleźć miejsce, kupić odpowiedni sprzęt... I w końcu, dokładnie 13 września 2019 roku otworzyłem swój warsztat, korzystając zresztą też ze wsparcia Powiatowego Urzędu Pracy. Na początek musiało to wystarczyć, jak też i stara stodoła rodziny, w której mogłem naprawiać pojazdy przynajmniej pod dachem. Rano odwoziłem starszą córkę do przedszkola w Jerutkach i pracowałem... Do 20, czasem 21... Zależy, ile było tej pracy, a przybywało.

Reklama

 

I pożar to wszystko pogrążył...

 

Niestety. Gdy wybuchł, a kolega dostrzegł ogień, wszyscy wybiegliśmy z domu. Odstawialiśmy samochody, które stały blisko, ratowaliśmy, co tylko się dało. Później najgorsze było czekanie na straż pożarną. Nie wiem ile to było czasu... kilka, może kilkanaście minut, ale dla mnie jakby czas się zatrzymał. Mogłem już tylko bezradnie patrzeć, jak ogień pochłania moje marzenie i chronić rodzinę, dzieci...

 

Dziś już jesteś spokojniejszy...

 

Szok minął i trzeba brać się do pracy. Mama, z którą mieszkamy, udostępniła mi swój garaż, więc mogę nadal naprawiać samochody. W perspektywie, możliwie najszybszej, chcę zbudować warsztat, żeby móc działać skuteczniej, robić to, co robiłem od dziecka i chciałem robić zawsze. Żona, siostra i kolega, chyba wspólnie, wymyślili, by utworzyć internetową zbiórkę na tę budowę. To takie źródło, w którym mogę korzystać z każdej dokonanej wpłaty, ale przyznam, że to pilotuje Edyta, więc szczegółów nie znam. Ja po prostu pracuję, bo mam na głowie nie tylko budowę własnego warsztatu, ale też pokrycie strat klientów – właścicieli samochodów, które spłonęły. Na szczęście większość z nich rozumie sytuację i nie domaga się natychmiastowej zapłaty.

 

Jednym słowem – nie poddajesz się

 

Nie mogę. Mam przecież rodzinę, której muszę zapewnić codzienny byt. I nie chcę – bo musiałbym zająć się czymś, z czego nie czerpałbym zadowolenia. A jak praca nie przynosi satysfakcji, to i nie przynosi efektów. Poza tym wierzę. I w ludzi, że nam pomogą, i w moją szczęśliwą gwiazdę, i w to, że moje marzenia się spełnią. A że los sprawił, że będę musiał na to poczekać dłużej? Trudno. Na spełnienie marzeń zawsze warto czekać.

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama


Komentarze