Środa, 19 Czerwiec, Imieniny: Elżbiety, Marka, Pauli -
Jesteś świadkiem jakiegoś wydarzenia? ZGŁOŚ

Muzyka – rodzinne hobby klanu Ałajów (zdjęcia)


Ilu pokoleń wstecz sięgają muzyczne uzdolnienia Andrzeja i Janusza Ałajów – nikt nie wie. Niewątpliwie jednak, jak obaj zgodnie twierdzą, uzdolnienia muszą mieć w genach zakodowane. I jest to „dolegliwość” rodzinna, nawet jeśli nie wszyscy członkowie klanu muzyką na co dzień się parają. Niewiele jest jednak już osób, które żyją w świecie szczycieńskiej kultury na co dzień niemal tak długo... jak żyją. Z Andrzejem i Januszem rozmawiam o muzycznej historii, zarówno tej rodzinnej, jak i miejskiej, o kulturze w ogóle, o jej problemach i przyszłości.



Jak daleko sięga wasza wiedza i pamięć, by określić: kiedy w rodzinie pojawiła się muzyka?

 

Janusz. Najwięcej wiemy o śpiewaczych upodobaniach naszej mamy. Śpiewała od zawsze. Początkowo młodszemu rodzeństwu. Mimo że życie jej nie pieściło. Było ich troje w domu, gdy, podczas okupacji, ich mama, a więc nasza babcia, jak to mówili na głębokiej kurpiowskiej wsi, „przerwała się” dźwigając różne towary przez polsko-pruską granicę, niedaleko której mieszkali. Dziadek ożenił się po raz drugi. W tym drugim związku miał kolejną czwórkę dzieci i tymi maluchami właśnie opiekowała się moja mama, kiedy dorośli pracowali. Kiedy mama śpiewała tym dzieciom, np. do snu, to jej dziadek, a więc nasz pradziadek zawsze miał powtarzać: „Oj, z ciebie Halinka, to będzie wielka artystka”. Życie jednak nie było łaskawe i śpiewaniem, w „Mazurskich Pofajdokach” zajęła się dopiero w latach 90. Wcześniej miała na głowie wychowanie własnej czwórki dzieci i bardzo ciężką pracę w szczycieńskiej rzeźni.

 

 

 

Wam też śpiewała kołysanki?

 

Andrzej: Też. Chyba naprawdę ciągle śpiewała. Najczęściej ludowe piosenki, które poznała wcześniej w rodzinnym otoczeniu, ale też i takie współczesne, w tamtych latach uznane za przeboje. Piosenki Koterbskiej, Przybylskiej, Fogga... Na nich sami się wychowywaliśmy. Było ich tak wiele, że trudno dziś powiedzieć, jakiej piosenki my nauczyliśmy się jako pierwszej.

 

 

 

A kiedy w was się odezwał muzyczny zew?

 

A. Już jako uczeń podstawówki, bodaj od siódmej klasy podstawówki, zacząłem uczęszczać na zajęcia w domu kultury. Dyrektorem był wtedy jeszcze Krzysztof Daukszewicz, instruktorem muzycznym – Janusz Sokołowski, zwany „Pąćkiem”. Zacząłem grać w stworzonym zespole muzycznym. Nazywał się „Trigerst” złożony z kilku chłopaków 13 i 14-letnich.

J. Grałem w nim i ja. Zespół istniał dość długo, bo mnie z tego grania wyrwali do wojska. Jakoś tak wyszło, że pozostałych kolegów kamasz ominęły. Byłem strasznie zawiedziony, wręcz chyba nawet zrozpaczony, że muszę się rozstać z muzyką, że kariera mi ucieka. Andrzej mnie pocieszał, że mam się nie martwić, bo może trafię do „Radaru”. To był centralny zespół mojej formacji, a służyłem w wojskach łącznościowych. I Andrzej to „wykrakał”. Najpierw zostałem radiotelegrafistą w jednostce w Nowym Dworze. „Radar” koncertował w całym kraju, a jego menadżerowie wyłuskiwali po drodze z jednostek tych, którzy im muzycznie pasowali. Przeprowadzali przesłuchania i w takim też uczestniczyłem. Zupełnym przypadkiem. Bo na przesłuchanie na terenie jednostki nie zostałem zawołany, dowództwo nie wytypowało. Ale w całych tych przesłuchaniach w kraju nie znaleźli perkusisty, który by im pasował. Ktoś sobie o mnie przypomniał i pojechałem do stolicy. A jak pojechałem, to już zostałem w tym „Radarze”. Miałem propozycję, by zostać w wojsku i zespole już jako żołnierz zawodowy, ale się nie zdecydowałem. Wróciłem do Szczytna.

 

A. Ja odsłużyłem wojsko w straży pożarnej w „Lenpolu”, a dokładniej w działającej tam wówczas orkiestrze. Ale już pracowałem też w MDK jako instruktor muzyczny. I tak to trwa od 80. roku. W czerwcu minęło więc już 38 lat. Chyba pobiłem rekord.

J. Podobnie jest ze mną. Też pracowałem w szczycieńskim domu kultury na pół etatu, a na całym w Dźwierzutach. I też mi to zostało do dziś, już od ponad 30 lat

 

 

 

Z grup, zespołów, z którymi współpracowaliście, czy w których sami graliście, które najlepiej wspominacie?

 

 

A. Zespół „Adept”. Powstał po „Trigerście”. Dziś już pewnie niewiele osób pamięta, że w tym zespole grali tacy muzycy jak Arek Letkiewicz czy Leszek Bil i Czarek Miszczuk. Wtedy jednak nie byliśmy jednak dorośli, decydowali rodzice i „pognali” kolegów na studia. Arek został policyjną szychą, Leszek – sędzią, a nawet czasowo prezesem sądu, Czarek – nauczycielem. Miłość do muzyki im jednak została, czego dowodem, że Arek wciąż gra z Hunterem.

J. I ja, i ja! Też w „Adepcie” grałem. I świetnie się czułem w „Kapeli Jędrka”, którą utworzyliśmy w 1992 roku, z ówczesnym dyrektorem Tadkiem Grzeszczykiem. Z tą kapelą graliśmy nawet w telewizyjnym programie „Swojskie klimaty” Jana Pospieszalskiego.

 

 

 

Uczestniczyliście w wielu inicjatywach, patronowaliście wielu zespołom, jako instruktorzy. Czy trochę nie żal wam, że nie wybraliście własnej drogi artystycznego wyrazu. Drogi, która może doprowadziłaby was na estrady, na ekrany...

 

 

J. Czasem targa mną lekki żal, że nie zdecydowałem się zostać w wojsku, w „Radarze”. Byłbym w stolicy, gdzie, co oczywiste, większe możliwości i szanse. Przez te ponad 30 lat pracy instruktorskiej zdarzyło się ocierać o estrady i ekrany. O festiwale, konkursy, przeglądy... Każdy inny, każdy gdzie indziej. Przez te lata byłem muzykiem sam i opiekowałem się muzykami, ale byłem też fotografem, akustykiem, technikiem, a i tragarzem, kiedy trzeba było przygotować jakąś scenografię czy coś w tym rodzaju.

A. Dokładnie tak to wygląda. Można by powiedzieć, że robiliśmy wszystko, więc jakby nic... Bo ciągle byliśmy i jesteśmy odpowiedzialni za coś, za kogoś i w tym „kotle” nie ma miejsca, nie ma czasu na własną twórczość. A skłamałbym, gdybym powiedział, że nie miałem czy nie mam takich ambicji. Nawet, szczerze mówiąc, próbowaliśmy z bratem coś tworzyć własnego, ale żeby były tego jakieś wielkie, sceniczne efekty, trzeba by się tylko temu poświęcić i... czekać kilka a nawet kilkanaście lat. Dla nas na wielka karierę sceniczną jest już za późno, ale wciąż wszystko przed nami. W sumie nie żałuję tego czasu spędzanego z innymi wykonawcami, twórcami, zespołami. To ogrom często wspaniałych ludzi i wcale niemałych sukcesów, do których w mniejszym czy większym stopniu się przyczyniłem.

 

 

 

Ale mimo to próbujecie coś robić nowego. W ostatnim czasie pojawiło się sporo inicjatyw, jak spektakl „Urodziny mamy reggae”, czy przygotowana z Robertem Arbatowskim i dziewczynami z ogólniaka płyta z niepodległościowymi piosenkami.

 

 

A. Próbujemy, bo jest klimat do tego, by robić. Nie zawsze tak było. Inicjatyw i pomysłów mi akurat nigdy nie brakowało, ale nie zawsze miałem możliwości. Jestem pracownikiem publicznej instytucji i przede wszystkim muszę wykonywać tę pracę, za którą mi płacą. Pomysły i projekty raz były ucinane twierdzeniem: „nie od tego jesteś”, a innym: „rób, bo to fajne”. Teraz mam etap: „rób”.


J. Czasem dochodzę do wniosku, że sam się już wypaliłem, chociaż Andrzej mnie z marazmu wyciąga i wciąga w swoje pomysły, to się przyłączam. W Dźwierzutach nowa ekipa, dyrektor Ewa Baczewska i Radek Dąbrowski mają mnóstwo energii i pomysłów. Uczestniczę w ich realizacji i naprawdę cieszę się, że tak dużo się u nas dzieje. Ale też i cieszę się, że ktoś inny jest za to odpowiedzialny. To młodzi ludzie i wciąż chętni, zaangażowani, twórczy. Oby takich więcej.

 

 

Gdybyście mieli porównać zaangażowanie czy zainteresowanie uczestnictwem, tak czynnym, jak i biernym w kulturze lokalnej społeczności, głównie młodych ludzi w czasach, gdy sami byliście młodzi a dziś, to jakby to porównanie wyszło?

 

 

A. Nie ma porównania. Jako dziecko, młokos, byłem bardziej zaangażowany. Chciało mi się chcieć. Pamiętam, że samo zbieranie kasy na wymarzony instrument trwało kilka lat, a gdy się już udało, to był wielki sukces i wielka radość. Ludzie łaknęli kontaktu ze sobą. Chcieliśmy być razem, coś wspólnie zrobić, a wszystko, co się udało, niezmiernie cieszyło. Dziś młodzież za szybko chce wszystko mieć i to bez wysiłku. Może dlatego, że jest wiele możliwości, może nawet za dużo.

J. Kiedyś, żeby coś zrobić, coś przeżyć, trzeba było wyjść z domu. Dziś nie ma takiej konieczności. Wystarczy wysłać smsa, połączyć się z kimś i porozmawiać na facebooku. Niedawno widziałem taki rysunek: pogrzeb, trumna, a przy niej jedna osoba, która szepcze: „A mówił, że ma dwa tysiące znajomych na facebooku!”. Otacza nas powszechna samotność w tłumie. Obserwuję dzieci, młodzież, pracuję przecież z nimi. Oni często nie potrafią ze sobą rozmawiać. Zdarza się, że rezygnują z zajęć. Gdy pytam: dlaczego, nie wiedzą. Zwykle mówią, że już im się nie chce. Nam, kiedy byliśmy w tym wieku, po prostu się chciało. I taka jest chyba różnica.

 

 

 

Czy jest szansa na poprawę?

 

A. Może warto byłoby wrócić do czegoś, co kiedyś było, do wzorców, do pokazywania dzieciom i młodzieży tych, którzy mają pasje, mają zainteresowania, realizują je. Że ta aktywność ich cieszy, daje satysfakcję, że warto wyjść poza internet, do ludzi, do rówieśników, do innych, bo wspólne działania dadzą większe efekty, większe zadowolenie.

J. Byłem na dwóch szkoleniach dla kierowników, dla liderów. Na pierwszym, przed wielu laty uczono, że to lider jest guru. On wie, co trzeba zrobić i jak, a reszta ma realizować. To drugie szkolenie było już odmienne. Wskazywano, że lider ma inicjować, ale przede wszystkim starać się o to, by w pracownikach czy uczestnikach jakichś zajęć wyzwalać ich energię, umiejętności, wskazywać na ich indywidualne możliwości, które w nich tkwią. Myślę więc, że ten problem „niechcenia”, o którym mówimy jest już dostrzegany dość powszechnie i podejmowane są próby, by zacząć ludzi, głównie młodych, przekonywać, że umieją, potrafią i mogą w życiu zrobić coś więcej niż napisać 100 smsów dziennie.

 

 

 

Czyli jednak jakieś światełko w tunelu się pojawia?

 

A. Trzeba chyba dostrzec to, że do najbardziej aktywnej grupy wiekowej w Szczytnie należą seniorzy. To jest to dawne pokolenie, w którym chęci nie zanikły. Pracuję przecież z zespołami seniorskimi, od „Mazurskich Pofajdoków” poczynając. Młodzież z pewnością mogłaby się od nich uczyć.

J. Od wielu lat opiekuje się dźwierzuckim zespołem „Wrzosy”. Jestem pełen podziwu dla energii tych pań, przecież już w zacnym wieku, dla ich zaangażowania. Albo na przykład popatrzmy na to, jak się w ostatnich latach odradzają koła gospodyń wiejskich. Myślę więc, że ta potrzeba wspólnych działań, bezpośrednich kontaktów powoli się odradza. Najpierw w tych mniejszych środowiskach, bo może tam właśnie o to łatwiej. Nie wiem, może dzisiejsza młodzież zaktywizuje się, poczuje tę potrzebę wspólnych działań, tworzenia czegoś dla siebie i innych wtedy, gdy sama dojdzie do seniorskiego wieku? Może... Mam nadzieję, że nie będzie wtedy za późno. Że wciąż jeszcze będzie kultura i zapotrzebowanie na kulturę, tę bezpośrednią, dla ludzi i z ich udziałem.

 

 

 

Weszliśmy na bardzo poważne tematy, oczywiście ważne ze społecznego punktu widzenia, ale może coś dla przeciwwagi. Czas więc na anegdoty. Co najbardziej zabawnego przytrafiło wam się w ciągu tych kilkudziesięciu lat pracy? Albo może coś, co wywołało wyjątkowe emocje, pozytywne rzecz jasna?

 

J. Nic mi nie przychodzi do głowy. Na pewno bardzo mi było miło podczas ostatniego przeglądu w Pieniężnie, gdzie byłem z „Wrzosami”. Po koncercie podszedł do mnie jakiś człowiek dziękując i gratulując. Powiedział też, że ucieszył się, że zobaczył jeszcze kogoś, kto odróżnia białe i czarne klawisze. Okazało się, że to był członek jury, z Teatru Muzycznego w Gdyni.

A. Przez tyle lat podczas różnych koncertów, jakie się w Szczytnie odbywały, prawie zawsze zdarzało się coś zabawnego. Pamiętam jednak szczególnie występ Urszuli Dudziak w „dziewiątce”. Przyjechała sama, autobusem, przywiozła ze sobą swoją słynną „czarną skrzyneczkę” - urządzenie zwane wokalizerem, a także gitarę. I podczas piosenki wykonywanej przy akompaniamencie tej gitary wysiadła w instrumencie bateria, która wzmacniała dźwięk. Zbaraniałem, gdy usłyszałem ze sceny dramatyczny szept: „Andrzejku, pomóż”. Ale nie miałem czasu się zastanawiać. Chwyciłem mikrofon i zwykłą taśmą klejącą, bo akurat z jakiegoś powodu była pod ręką, przykleiłem ten mikrofon do gitary. Tym razem i ona zbaraniała. Podziękowała publicznie, a po koncercie podeszła i stwierdziła, że żaden ze znanych jej akustyków nie wpadłby tak szybko na takie proste, ale skuteczne rozwiązanie. Ech, to już prawie 40 lat na, przy, a nawet pod scenę. Mnóstwo czasu, mnóstwo ludzi, mnóstwo zdarzeń. Dużo by można mówić i wiele wspominać. Może te wszystkie historie kiedyś opiszę. Teraz wszyscy książki piszą, to czemu nie ja?

 

Fot. Archiwum prywatne Andrzeja Ałaja



Komentarze do artykułu

Napisz

Powiązane wydarzenia


Komentarze