Reklama


Reklama

Włodzimierz Mackiewicz – ojciec osiemnaście razy


Zbyt mała liczba urodzeń – to obecnie poważna dolegliwość w wielu krajach tzw. wysoko rozwiniętych. Dzieci ubywa, a osób starszych przybywa, co staje się ogólnoświatowym problemem. Innymi słowy – wielodzietność nie jest w modzie, ale nie zawsze tak było. Świadczy o tym rodzina Mackiewiczów z Lipowca. Pan Włodzimierz, senior rodu, ma bowiem „na koncie” osiemnaścioro dzieci. O rodzinnych losach rozmawiamy.



Pochodzi pan z Lipowca?

 

Z Lubelszczyzny. Na Mazury przyjechałem w 1947 roku. Mieszkałem z rodzicami w niewielkiej miejscowości dosłownie 2 kilometry od Buga. Granice państwa były co prawda ustalone, ale wciąż niepewne. Rosjanie namawiali ludność miejscową wyznania prawosławnego do tego, by przesiedlać się na drugą stronę Buga. Część ludzi się zgodziło, a moi rodzice nie. Dostali więc „propozycję” osiedlenia się na Mazurach. Przywieziono nas tu bydlęcymi wagonami, z niewielkim dobytkiem, bo nie było czasu, żeby się spakować. Miałem siedem lat, ale pamiętam, jak nas rozładowano na rampie w Szczytnie. Nowych osiedleńców odwiedził na tej rampie ówczesny starosta Walter Późny. My dostaliśmy przydział do Lipowca, dokąd odwieziono nas podstawionymi furmankami.

 

Rozumiem, że w Lipowcu mieliściue też wskazany dom do zasiedlenia?

 

Mieliśmy wskazany dom, na kolonii, jakieś dwa kilometry od wioski, ale on się w ogóle nie nadawał do mieszkania. Był kompletnie rozszabrowany. Nie było nic. To był lipiec. Na początek przygarnął nas jeden z sąsiadów. Później zwolnił się inny dom, po sąsiedzku, ten, w którym mieszkam do dziś. Z tym domem też łączy się ciekawa, a właściwie tajemnicza historia...

 

Jaka?

 

Mieszkało w nim małżeństwo Sobiechów, gdzieś z terenu Kurpi. W czasie, gdy my przyjechaliśmy do Lipowca, pani Sobiech mieszkała już w samym Lipowcu, a dom stał opuszczony. Wyprowadziła się, gdy zaginął jej mąż. Któregoś dnia pojechał furmanką z jakimś towarem, mąką chyba... i nigdy nie wrócił. Był już wtedy sołtysem i wstąpił do partii, podejrzewano więc, że za tym zniknięciem stoją partyzanci, bo jeszcze i później przez jakiś czas przebywali w okolicach Lipowca. Nie pamiętam, czy to był jeszcze 47 czy już 48 rok, kiedy oddział „Łupaszki” chyba z dobę miał swoje obozowisko w lesie, ze 300 metrów od naszego domu. Nawet byli u nas na podwórku, ale tylko wypytywali: kto my, skąd, dlaczego... Krzywdy nie zrobili. Później był ten słynny napad na posterunek milicji w Lipowcu. My już wtedy mieszkaliśmy w domu pozostawionym przez Sobiechów, bo on był w lepszym stanie niż ten, który nam przydzielono. I tak zostało do dziś.

 

Rodzice prowadzili gospodarstwo?

 

Tak. Rodzice otrzymali 10 hektarów. Pracowaliśmy całą rodziną, dorośli i dzieci, a było nas trzech braci – ja najstarszy. W 1956 roku mój ojciec zginął. Spadł z konia tak nieszczęśliwie, że uderzył głową w kamień. Miałem szesnaście lat, a najmłodszy brat – tylko sześć. Przyszło mi więc zostać dla rodzeństwa nie tylko bratem, ale ojcem. Średni brat, rok po odbyciu służby wojskowej, zginął w wypadku jadąc na motorze. Zostałem głową rodziny na kolejne wiele, wiele lat.

 

Ale też już własnej...

 

Opiekowałem się matką i bratem, póki nie wydoroślał i nie poszedł „na swoje”. Mieszkał w Piszu, niestety, też już nie żyje. Ja zostałem na rodzinnej gospodarce. Ożeniłem się w 1963 roku. Żona pochodziła z Małdańca, więc z innej parafii i braliśmy ślub w kościele w Szczytnie. Byliśmy wtedy pewnie jednym z nielicznych małżeństw odmiennych wyznań: ja prawosławny, żona katoliczka. Ale ja zawsze mówiłem, że wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga i nie ma większego znaczenia jak go czcimy, byle byśmy byli uczciwymi ludźmi.


Reklama

 

Trzech braci w tym pan, to nie aż tak wiele, więc wielodzietność nie była tradycją rodzinną...

 

Niezbyt. Może bardziej ze strony żony. Ich było w domu pięcioro, a jeden z jej braci, czyli mój szwagier miał dzieci trzynaścioro... Nie planowaliśmy takiej licznej rodziny, po prostu tak się jakoś działo. Ale nigdy, nigdy nie mieliśmy do siebie jakichś uwag z tego powodu, cieszyło nas każde kolejne dziecko, staraliśmy się je dobrze wychować.

 

Z pewnością nie było łatwo tak licznej rodzinie...

 

Nie było. Ale z dumą mogę dziś powiedzieć, że nigdy, ale to nigdy nie wyciągnęliśmy ręki po jakąkolwiek pomoc, nie korzystaliśmy z żadnego wsparcia. Uważałem i nadal uważam, że każdy powinien sam sobie radzić i na swoje życie samemu zapracować.

 

10-hektarowe gospodarstwo to raczej niewielkie źródło dochodu...

 

Pracowaliśmy ciężko, wszyscy i powoli powiększaliśmy to nasze gospodarstwo. Dokupywałem grunty, hodowałem krowy. Swego czasu jako producent mleka zajmowałem drugie miejsce w województwie. Gdy przekazywałem gospodarstwo synowi, liczyło ono już ponad 30 hektarów i ponad 40 sztuk bydła. Syn, niestety, zachorował, musiał przejść na rentę, ale gospodarstwo zostało w rodzinie. Prowadzi je obecnie, wraz z mężem, najmłodsza z moich córek Milena. Świetnie sobie daje radę i gospodarstwo jest jeszcze większe niż to, które ja dzieciom zostawiałem. A my, z żoną, skromnie, spokojnie żyjemy sobie z rolniczych emerytur, niejako pod opieką najmłodszej córki i... rozpieszczamy wnuki.

 

Osiemnaścioro dzieci... Trudno sobie wyobrazić w obecnych standardach tak liczną rodzinę...

 

Najstarszy syn urodził się krótko po naszym ślubie, w lipcu 1963 roku. Pomiędzy dziećmi jest góra półtora roku różnicy. Żona ciąże znosiła dobrze, a że oboje byliśmy i jesteśmy ludźmi religijnymi, to żadnemu z nas nawet przez myśl nie przeszła aborcja. Najmłodszego syna żona rodziła w Biskupcu. Wtedy jakaś pielęgniarka czy położna przyszła do żony z jakąś inną obcą kobietą i namawiały moją Henrykę, by się zrzekła tego dziecka i oddała tej właśnie kobiecie, bo jak już tyle dzieci w domu jest, to wystarczy.

 

Niemożliwe! Coś takiego mogło się wydarzyć?

 

No widzi pani. Takie ludzie bywają bezczelne. A dla nas dzieci były darem bożym. I tak je wychowaliśmy. Każde ma zawód, każde jest szanowanym człowiekiem, żadne nie zeszło na złą drogę... Nie jest więc prawdą, że jak liczne rodziny to od razu patologia. To nie zależy od liczby dzieci. A może moja była taka wyjątkowa? Nie wiem. Ja tak nie uważam, chociaż specjalny order otrzymałem od samego Jana Pawła II, jedyny taki w całej kurii warmińsko-mazurskiej.

 

To proszę o tych swoich dzieciach opowiedzieć. Z któregoś jest pan szczególnie dumny?

 

Nie wyróżniałem i nie wyróżniam żadnego ze swoich dzieci. Dla mnie każde z nich jest tak samo ważne. Z każdego jestem dumny. Nikt nie został złym człowiekiem, każde z moich dzieci jest już dorosłe, uczciwie pracuje. Przynajmniej te, które mogą. Dwie ciąże żony były ciężkie. Jeden syn urodził się jako wcześniak, z niedowładem nóg. Nie jest samodzielny. Mieszka z nami, opiekujemy się nim, a on nami, na ile może. Jedna z córek też jest niepełnosprawna, więc też z nami mieszka. Poza nimi jeszcze dwóch moich synów to „kawalerowie do wzięcia”. Pozostałe dzieci mają swoje rodziny, dzieci, domy, pracę... i żyją, prawie wszyscy...

Reklama

 

Prawie?

 

Niestety, mój najstarszy syn już odszedł. Jakub... Ukończył studium medyczne i przez wiele lat pracował w szczycieńskim pogotowiu. Zmarł nagle, w domu, bardzo młodo. Był bardzo ceniony w pracy, nawet pośmiertnie dostał odznaczenie. Przykre to było, tragedia dla rodziny, ale cóż... Pozostały wspomnienia.

 

A wnuki? Też są dumą dziadka i babci?

 

Już nie tylko wnuki, ale i prawnuki. Na pewno są naszą dumą. Często nas odwiedzają, nie buntują się, że muszą siedzieć ze staruszkami. Więc myślę... mam nadzieję, że to duma dwustronna. Bo tak nas: mnie i żonę wychowano – w szacunku do rodziny, do rodziców i dziadków, i do ciężkiej pracy, tak my wychowaliśmy swoje dzieci, więc chyba nic dziwnego, że podobne zasady one wpajają swoim dzieciom, a naszym wnukom.

 

Gdyby miał pan dać jakąś radę dzisiejszym młodym, rodzinom, rodzicom, którzy – niestety – coraz częściej nie umieją czy też nie chcą podtrzymywać tych rodzinnych tradycji, co by pan poradził?

 

Najpierw powiem, że w czasie, gdy dzieci były jeszcze małe, byliśmy przez to szykanowani. Wielodzietne rodziny już wtedy nie były w „cenie”. Naśmiewano się z nas, wytykano, kpiono. A ja zaciskałem zęby i robiłem swoje. Pamiętałem czas, gdy zmarł mój ojciec, a ja w nocy orałem pole polane wcześniej obornikiem. Ludzie wytykali nas też palcami i prorokowali, że ta rodzina nie podoła, że z głodu poumierają. Więc zaciskałem zęby i pracowałem, w dzień i w nocy, zawzięty, z myślą: a ja wam pokażę, że nie macie racji! Ale tych przykrości nie robili nam ludzie rozsądni, tylko ci trochę mniej. Dziś chyba niewielu by się tak chciało. Życie jest za łatwe, za wygodne. To dlatego młodzi dziś nie chcą dzieci w ogóle albo bardzo mało. Dla wygody. Z lenistwa. Ale nie będę przekonywał, że źle robią. To wszystko zależy od człowieka, od jego poglądów, wychowania, jak sam na siebie patrzy, na innych, na Boga, na religię... Ci, którzy mają mniej dzieci, na pewno nie muszą tak ciężko pracować, jak my z żoną pracowaliśmy. Ale też... o ile mniej mają radości, chwil dumy z osiągnięć dzieci, z patrzenia jak rosną, jak się rozwijają, jak stają się dorosłymi, porządnymi, dobrymi ludźmi... My z żoną mieliśmy i nadal mamy takich chwil mnóstwo. I to jest to, co nadaje sens życiu.

 



Komentarze do artykułu

Kowalska

Rodzina to siła, piękny artykuł, duma rozpiera, że istnieją takie historie rodzinne w Polsce.

Łukasz G.

Łukasz G. Też pochodzę z lubelszczyzny, a mieszkam w Jezioranach na Warmii zawsze będę szanował i doceniał takie rodziny.

stokrotka

Miło się czyta takie artykuły o rodzinie zacunek dla panstwa dużo zdrowia

Arek

Podziwiam takie osoby , pełen szacunek dla takich ludzi ciekawie się czyta historię Tej rodziny.

Leszek Rosa

Nic dodać , nic ująć . Bardzo szczera i prawdziwa wypowiedz którą widać na co dzień i tak trzymać . Pozdrawiam

Zapomniana

Brawo, cudowna rodzina. :]

Andrzej

Pracowałem razem z Jakubem w końcówce lat 80. Był naprawdę dobrym kolegą, pracowało się razem bardzo dobrze. A przede wszystkim był bardzo pracowity i zawsze można było na niego liczyć. Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia dla całej rodziny.

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama


Komentarze