Sobota, 25 Maj, Imieniny: Joanny, Zdenka, Zuzanny -
Jesteś świadkiem jakiegoś wydarzenia? ZGŁOŚ

Walter Późny wspomina powojenne Szczytno i powiat


Po zakończeniu działań wojennych na przyznanych Polsce terenach Warmii i Mazur pozostało 170 tysięcy mieszkańców – w większości starców, kobiet i dzieci, natomiast w pierwszych powojennych latach, Mazury zamieszkiwało około 80 tysięcy autochtonów. Przez wiele lat najpierw czystkę wśród Mazurów zrobili Niemcy, potem Sowieci, a na końcu polscy osadnicy z pomocą władzy ludowej i bynajmniej nie były to odosobnione przypadki.



„Autochtoni byli szykanowani i bici przez osadników, którzy przejmowali ich gospodarstwa, a często Milicja Obywatelska więziła ich, by odstręczyć od powrotu z całymi rodzinami”, pisał wojewoda olsztyński do Ministerstwa Ziem Odzyskanych w lutym 1947 r.

 

Bezbronni Mazurzy

 

Znany działacz mazurski Fryderyk Leyk w swych wspomnieniach pisał: "Wraz z wojskiem sowieckim dotarło na nasz teren inne nieszczęście i to nadchodzące z przygranicznych powiatów Polski Centralnej. Polacy z powiatów kurpiowskich: Chorzele, Maków, Przasnysz itd. Szaleli wprost na naszym terenie. Wypędzali Mazurów z przekleństwami, groźbami, kijami i siekierami z ich dobrych gospodarstw i sami się w nich osadzali”

 

W dalszej części swoich wspomnień Fryderyk Leyk pisze, że na porządku dziennym był zabór żywności oraz żywego inwentarza. „Bili i maltretowali ich. Niejednego Mazura i Mazurkę zamordowali lub ciężko skaleczyli, by przywłaszczyć sobie ich mienie”.

 

Wielu osadników z przygranicznych powiatów polskich przyjeżdżało tylko po to, aby rozbierać domostwa i budynki gospodarcze w celu pozyskania cegły. Proceder nabrał takich rozmiarów, że znikały całe mazurskie wsie, które później istniały tylko na mapach.

 

Mazur = Niemiec

 

Znany i ceniony polski historyk Edmund Dmitrów wskazuje, że nie tylko na terenach przygranicznych dochodziło do różnego rodzaju napadów, kradzieży i pobić. Niemcom i Mazurom, którzy nie podpisali deklaracji o przynależności narodowej, kazano nosić białe opaski. Podczas wysiedlania postępowano z nimi brutalnie. Dość często z powodu głodu, mrozu i braku opieki lekarskiej wywożeni do Niemiec Mazurzy umierali w pociągach.

 

Prawda jednak jest taka, że Mazurzy zaczęli czuć się obco w powojennej polskiej rzeczywistości. Gdy Mieczysław Moczar został wojewodą w Olsztynie, zmuszano ich do składania deklaracji, czy są Polakami czy Niemcami. To była zbrodnicza polityka wobec Mazurów.

 

Jest oczywiste, że w domach najczęściej mówili po niemiecku, ale w wielu rodzinach polszczyzna jednak przetrwała. Zmuszanie ich do wspomnianej deklaracji było formą prześladowania. Ludność napływowa z nieodległych Kurpi traktowała ich niechętnie. Wbrew całej ideologii Polacy nie widzieli w Mazurach „braci Polaków”, lecz Niemców, odpowiedzialnych za zbrodnie narodowych socjalistów.

 

Decyzje wojewody

 

W maju 1946 r. u wojewody olsztyńskiego odbyła się ważna narada, by ukrócić bandytyzm, złodziejstwo przybywających z Mazowsza osadników i szabrowników. Zwracano uwagę na to, że również postępowanie milicjantów i urzędników jest naganne.

 

Zachowały się dokumenty z narady, z których możemy się dowiedzieć, że powiat szczycieński "Stał się terenem gwałtów i formalnych napadów ze strony ludności zamieszkującej sąsiednie powiaty Polski Centralnej. - Ktoś chce zbić kapitał wyborczy. Przeciwko repatriantom miejscowi Polacy nie mają żadnych zastrzeżeń, przeciwnie, uważają ich za wartościowe, za najspokojniejszych i najlepszych sąsiadów" pisał starosta Walter Późny.

 

Podczas jednej ze swoich kontroli w Rozogach, starosta Późny wraz z funkcjonariuszami milicji, zatrzymał do kontroli trzy furmanki. Ich właścicielem był Zyśk z nieodległych Dąbrów. Pierwsza furmanka była wyładowana różnymi przedmiotami gospodarstwa domowego, natomiast dwie pozostałe – cegłami z rozebranych domów mazurskich. Walter Późny w swoim sprawozdaniu podaje nazwiska pozostałych szabrowników: Nalewajk, bracia Drozd oraz Polak. Należy również w tym miejscu nadmienić, że dokumenty z nazwiskami mają status jawny i można je przejrzeć w Archiwum Państwowym w Olsztynie oraz Białymstoku.

 

Kontrola „za miedzą”

 

Walter Późny dzięki ich zeznaniom, postanowił w asyście milicjantów 5 czerwca 1946 roku wybrać się za tzw. „miedzę” i sprawdzić, jak wygląda sytuacja w sąsiedniej gminie. Dojechawszy do Dąbrów, skierowali się na kolonię wsi. Przyjechali do gospodarstwa niejakiego Banacha, „…by przekonać się jak tam wygląda” – pisał starosta szczycieński.

 

Banach posiadał 25-morgowe gospodarstwo (ok. 13 ha). Późny był nieco zaskoczony, gdy ujrzał, jakie „dobra” posiada Banach w swoim obejściu, a znajdowało się tego dość dużo: 2 silniki, sieczkarnia do napędu silnikowego, kosiarka, żniwiarka, kartoflarka, 4 sanie (!), młockarnia, siewnik, grabie konne, słupy betonowe i siedem opon samochodowych, której jak twierdził Banach – kupił podobno w Szczytnie. Taki majątek u biednego jeszcze do niedawna gospodarza zrobił na kontrolujących niesamowite wrażenie.

 

Banach, według sprawozdania Waltera Późnego, posiadał również drugie gospodarstwo, które zostało mu przydzielone przez Państwowy Urząd Repatriacyjny na początku czerwca 1946 roku. Problem związany z drugim gospodarstwem był dość prozaiczny. Otóż mieszkała w nim jeszcze prawowita właścicielka – Mazurka Mina Kopacz z Zawojek. Za nic nie chciała opuścić tzw. ojcowizny i przekazać majątku jakiemuś Banachowi.


 

Mazurka z Zawojek

 

Gospodarstwo Miny Kopacz przyznano na papierze Banachowi dlatego, że kobieta nie podpisała deklaracji, nakazującej określenie swojej przynależności narodowej. Tym samym, wedle obowiązującego wówczas prawa, nadal była Niemką.

 

Walter Późny postanowił pojechać do Zawojek i sprawdzić, w jakich warunkach żyje Kopacz. Był bardzo zdziwiony, gdy przekroczywszy próg jej domu stwierdził, że w środku nie ma właściwie jakiegokolwiek wyposażenia, za to u Banacha w Dąbrowach na strychu „spoczywały” dwa zegary, dywan i wiele innych rzeczy pochodzących prawdopodobnie z domu Miny Kopacz.

 

Mazurka była bezradna. Małżonek i syn zostali powołani do Wehrmachtu i wysłani na front, z którego już nigdy do domu nie powrócili. Bezbronna kobieta była zdana wyłącznie na łaskę i niełaskę ludzi, którzy się tu osiedlali, jednakże jej los był już właściwie przesądzony. Z braku deklaracji nie mogła uzyskać polskiego obywatelstwa, tym samym musiała w niedługim czasie opuścić swoje rodzinne strony i wyjechać transportem do Niemiec.

 

Przypadek Miny Kopacz nie stanowił wyjątku. Tak się działo na całych Mazurach. Każdy, kto mógł jednoznacznie wykazać polskie pochodzenie, należał do uprzywilejowanych, natomiast osoby jednoznacznie zidentyfikowane jako Niemcy dyskryminowano, a w końcu zmuszano do wyjazdu.

 

Tego samego dnia, czyli 6 czerwca 1946 roku starosta szczycieński wybrał się na lustrację nieodległej wsi Wilamowo. Na miejscu stwierdził, że część mieszkańców wyjechała już do Niemiec. W czasie prowadzonej przez niego kontroli, w Wilamowie pozostało zaledwie pięć rodzin mazurskich.

 

Leniwi osadnicy

 

W swoim sprawozdaniu nie omieszkał podkreślić, jak bardzo „gospodarni” są przybysze z pobliskich Kurpi. „Osadnik przybyły za miedzy, posiadający konia zdołał dotychczas na przydzielonym mu gospodarstwie obsiać raptem 4 morgi (ok. 2 ha), natomiast obok siedzący na swym gospodarstwie Mazur autochton, nie posiadający ani sił pociągowych, ani też żadnego innego inwentarza żywego, potrafił obsiać 24 morgi (ok. 12 ha), zaprzęgając do pługa i brony sam siebie, względnie swą rodzinę, a często przewracając ziemię tylko łopatą” – pisał w dokumencie Późny. Z dalszej części dokumentu dowiadujemy się, że ludność napływowa terrorem zmusza ludność mazurską do opuszczania gospodarstw obsianych. Bezbronni wobec osadników Mazurzy, według Późnego, porzucają swoje ziemie i oblegają starostwo, błagając o przepustki za Odrę.

 

Działania wojewody – towarzysza Mietka

 

Ciężką sytuację Mazurów przedstawia znany niemiecki historyk i znawca dziejów tych ziem – Andreas Kossert. W jednej ze swoich książek pisze, że najgorszy powojenny czas dla Mazurów nastąpił wtedy, gdy na czele województwa stanął Mieczysław Moczar. Na początku 1949 roku, a dokładnie w lutym ogłosił tzw. „wielką weryfikację”, która polegała na tym, że od wsi do wsi jeździły komisje rejestracyjne i wzywały Mazurów, by się stawiali w miejscowych urzędach gminy.

 

Na miejscu dość często stosowano przemoc, a każdego Mazura, który nie podpisał dokumentów określających jego przynależność narodową, przekazywano organom bezpieczeństwa, które przetrzymywały go w areszcie tak długo, aż załamywał się psychicznie.

 

„Było wielu mężczyzn, od chłopaka po starca, z których zdarli ubranie i okładali po nagim ciele stalowymi linami, kijami, żelaznymi prętami” – czytamy w jednych ze wspomnień Mazurów. W szczycieńskim ratuszu, a raczej jego piwnicach „…jedni musieli stać tam w wodzie po pas i rękami wyciągać węgiel z wody i nosić do innych piwnic, drudzy z kolei - klęczeć na lodzie, znów inni, rozebrani do naga, musieli na cementowej posadzce klęczeć lub stać na jednej nodze albo odwróceni twarzą do ściany i nie wolno się im było ruszyć, dopóki nie podpisali”.

 

Opis do zdjęcia: Mieczysław Moczar (w środku w jasnym płaszczu), powojenny wojewoda olsztyński, który politycznie najbardziej gnębił Mazurów.



Komentarze do artykułu

Napisz


Komentarze