Środa, 8 Grudzień
Imieniny: Delfiny, Marii, Wirginiusza -

Reklama


Reklama

Tu się urodziłem - felieton pastora Andrzeja Seweryna


Zawsze miło udać się w rodzinne strony, do miejsca swojego urodzenia. Wracają wtedy wspomnienia z dzieciństwa i młodości, kiedy mieszkało się w domu rodziców razem z rodzeństwem. Były to dzięki Bogu czasy spokojne, nienaznaczone co prawda nadzwyczajnym dostatkiem materialnym, ale też były wolne od głodu lub innych nieszczęść, przed którymi chronił nas Pan Bóg. Myślę, że każdy z nas na dźwięk miejscowości, w której się urodził, reaguje zawsze z nutką wzruszenia, bo to po prostu nasza rodzinna wioska czy miasto – miejsce naszego dzieciństwa i młodości.



Mamy je zresztą zapisane we wszystkich naszych dokumentach. Nie sposób zapomnieć tej nazwy, tak jak nie można zapomnieć daty swoich urodzin. To są elementy, które nas identyfikują i czynią nas osobami powiązanymi nie tylko z czasem, ale i przestrzenią. Różne są zresztą te drogie nam miejsca. Urodziliśmy się wszak w tak różnych częściach świata czy naszego kraju, ale dla każdego z nas miejsce urodzenia jest najmilsze i najbliższe sercu.

Czasem żartuję, że urodziłem się nie w czepku, lecz w Chełmie, co kojarzy się ludziom raczej z hełmem – twardym, żelaznym okryciem głowy żołnierza na wojnie. Tak wygodnie jak w czepku pewnie nie było, choć i ten czepek to pojęcie, które należy traktować bardziej metaforyczne niż dosłownie. Kiedy jednak zdarza mi się pojechać do mojego rodzinnego miasta, to zawsze jest to trochę nostalgiczna podróż, a także okazja do spotkania z moimi dwiema siostrami i ich rodzinami, które żyją nadal w miejscu naszego dzieciństwa.

 

Ostatni weekend spędziłem z kolei w Gdańsku, gdzie jako pastor zostałem zaproszony do pierwszego zboru baptystycznego, by tam na porannym niedzielnym nabożeństwie wygłosić kazanie. Ten wyjazd był dla nas z żoną miłą okazją do spotkania przyjaciół i kolegów, z którymi przed laty spędzaliśmy wakacje na chrześcijańskich obozach dla młodzieży. Z niektórymi kolegami spotkaliśmy się po latach, więc wspomnieniom z naszej młodości nie było końca.

 

Dla mnie jednak ta wizyta w gdańskim zborze była szczególnie wzruszającym przeżyciem dlatego, że niemal pięćdziesiąt lat temu, jako 18-letni chłopak, w lipcu 1970 roku, brałem udział w wakacyjnym obozie dla młodzieży, który tam się wtedy odbywał, a był dla mnie szczególnie ważny i do dziś niezapomniany. Otóż w ostatnich dniach tego obozu odbywała się tzw. ewangelizacja, czyli rekolekcje. W czasie ostatniego wieczoru pastor głoszący Słowo Boże zaapelował do nas młodych, abyśmy podjęli decyzje oddania swojego życia Jezusowi Chrystusowi jako osobistemu Zbawicielowi. Pan Bóg w bardzo silny sposób dotknął wtedy mojego serca, umysłu i woli i wtedy poruszony w duchu powierzyłem całe swoje przyszłe życie Bogu, stając się Jego naśladowcą – świadomie i z własnego wyboru.


Reklama

 

Pan Bóg wzbudził we mnie najpierw pragnienie pokuty, czyli wyznania swoich grzechów, a kiedy to zrobiłem we łzach, bardzo szczerze i serio, wtedy odczułem w sercu Boże przebaczenie i narodziłem się na nowo dla Niego. Postanowiłem odtąd żyć dla Jego chwały, a nie dla własnych celów i pragnień. To był dla mnie niezapomniany i przełomowy moment osobistego nawrócenia, który totalnie i na zawsze odmienił moje życie. I tak trwam w tym przymierzu z moim Panem aż do dzisiaj. Takim również chciałbym pozostać aż do końca moich dni, bo wtedy w Gdańsku obiecałem to Jezusowi.

 

Kiedy więc znalazłem się po latach na tym miejscu, gdzie duchowo narodziłem się dla Boga, wzruszenie ogarnęło moje serce i tym przeżyciem podzieliłem się ze słuchaczami mojego niedzielnego kazania. Dla mnie bowiem Gdańsk jest kolebką mojej duchowości, miejscem mojego duchowego urodzenia.

 

To moje przeżycie i doświadczenie ma zresztą silny i bezpośredni związek z nauczaniem samego Pana Jezusa, który kiedyś powiedział do Nikodema, bogobojnego i powszechnie szanowanego nauczyciela w Izraelu, takie słowa: „Ręczę i zapewniam, kto się nie narodzi na nowo, nie może zobaczyć Królestwa Bożego”, a potem Jezus dodał z naciskiem: „Musicie się na nowo narodzić” (Ew. Jana 3,3 i 7).

 

Ten imperatyw ma swoje ponadczasowe i wciąż aktualne znaczenie. Życie z Bogiem według przykazań i nakazów Jezusa nie może być kwestią wyłącznie naszych tradycyjnych przyzwyczajeń, mglistych deklaracji i powierzchownych wyznań wiary, lecz głęboko przeżytym nawróceniem od życia w grzechu i obojętności wobec Boga do życia pełnego wiary, miłości oraz posłuszeństwa i poświęcenia życia Chrystusowi. Ta przemiana duchowa czyni wielką różnicę w naszym życiu, w naszej pobożności, w naszym stylu życia i naszej moralności. Stajemy się wtedy naprawdę dziećmi Bożymi (1 List Jana 3,1) i przyjaciółmi Jezusa (Ewangelia Jana 15,14-15), a nie tylko nominalnymi, niepraktykującymi chrześcijanami. Przy tym musimy pamiętać o jednym: nawrócenie człowieka dzieje się wyłącznie z powodu łaski i miłości Boga do nas wszystkich bez wyjątku. To jest wielka prawda i wciąż aktualna nadzieja dla tych, którzy jak dotąd urodzili się tylko raz. Warto o tym poważnie pomyśleć, a potem zapragnąć nowego narodzenia.

Reklama

 

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama