Środa, 8 Grudzień
Imieniny: Delfiny, Marii, Wirginiusza -

Reklama


Reklama

Trudne sprawy - felieton Wiesława Mądrzejowskiego


Przypuszczam, iż niektórzy moi stali Czytelnicy będą zawiedzeni, ale nie będzie dziś ani słowa o polityce, bo po prostu nie ma o czym. Jest wiele innych ważnych spraw skłaniających do przemyśleń, które dość trudno wtłoczyć w ramy felietonu. Tak się tej wiosny składa, że odeszło na wieczną służbę kilkoro moich koleżanek i kolegów.



Żadna zaraza, można powiedzieć taka kolej rzeczy, pesel nie kłamie i z naszej półki już od kilku lat coraz szybciej trzeba się zbierać. Żal, że w tych epidemicznych obostrzeniach nie można nawet się osobiście pożegnać, bo w skromnych konduktach ledwo wystarczy miejsca dla najbliższej rodziny.

 

Pozostaje pamięć i kilka miejsc do odwiedzenia, gdy w końcu się jakoś to wszystko unormuje. Przegadałem przed chwilą kilkanaście minut ze starym druhem. Obaj telefon uważamy raczej za instrument do przekazywania komunikatów a nie do pogaduszek. To była chyba nasza najdłuższa rozmowa na odległość, bo i wspomnień się nagromadziło o tych właśnie, którzy ostatnio odeszli. Nietuzinkowi, pyskaci, odważni zarówno wobec przeciwników, jak i w obronie swoich zasad. Nie nadawali się do wtłoczenia w sztywne ramki. Nieraz skakaliśmy sobie do oczu i bywało ostro. Wiadomo było jednak, że gdy padło „trzeba”, to za plecy nikt nie musiał się oglądać. Spoko.

 

Póki co żyć trzeba, nawet gdy za oknem szerzy się zaraza. Spowszedniała już trochę. Widać wyraźnie, że jeszcze miesiąc temu jakoś tak bardziej się tym przejmowaliśmy. Sam nie wyszedłem z domu bez rękawiczek, przed wejściem do samochodu dezynfekowałem klamki, kierownicę, dźwignie itp., w pustych sklepach omijałem innych kupujących z daleka.

 

Dziś jakby już się trochę z tym oswoiliśmy. Maseczki, rzecz jasna, każdy (prawie) nosi, ale część tylko pro forma, na szyi czy na ustach. Sklepy odpuściły i w kolejkach zdarza się ścisk jak za dawnych dobrych czasów. Po ulicach jeździły szczekaczki nawołujące do siedzenia w domu, do lasu (hi, hi ,hi) wchodziło się z duszą na ramieniu, bo akurat jeleń przebiegający ścieżkę mógł się okazać mundurowy i tłumacz, że nie jesteś wielbłądem. W ostatni majówkowy weekend siedziałem sobie na działce, samotnie jak minister Szumowski przykazał. O tej porze roku jeszcze nigdy działeczka nie była tak wypielęgnowana.


Reklama

 

Za płotem jednak ruch już był prawie lipcowy. Dziesiątki samochodów z rejestracjami z całej Polski, dymiące smakowicie grille, spacerujący w sporych grupach ludzie z nieodłącznym piwem (lub nawet winem) w ręku. Nawet kajak już nadmuchałem i pierwszych parę kilometrów na wodzie został zaliczony. Tu zaimponowała mi pewna pięcioosobowa rodzinka, z Łodzi chyba.

 

Woda temperaturę ma jeszcze akurat doskonałą tylko do schłodzenia właściwych napojów, a tymczasem rodzice z trójką dzieciaków zażywają kąpieli w Sasku. Żadne „morsy” jak się dowiedziałem, po prostu - jak już się z tej Łodzi na Mazury wybrali to trzeba się przecież w mazurskim jeziorze wykąpać. Takiej rodzinki żadna zaraza nie ruszy. Twarde sztuki!

 

Poważnie jednak mówiąc z jednej strony się cieszę, bo może niezbyt dużo, ale trochę grosza goście u nas zostawili. Z drugiej jednak poczekamy z tydzień, dwa i zobaczymy, czy i jak to się odbije na stanie zdrowia w naszym dotąd podobno wolnym od zarazy regionie. Rzecz jasna, jeżeli ktoś tu będzie jakieś testy robił. Naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego, gdy można robić w kraju podobno 25 tysięcy testów dziennie (w Niemczech ok. 150 tysięcy) to mamy ich 10, maksimum 15 tysięcy.

 

Ba, wyczytałem dziś, że kumate władze Wrocławia dogadały się z sąsiadami z Saksonii i codziennie 200 próbek pobranych od medyków jedzie do Drezna, a za parę godzin wracają wiarygodne wyniki. Za darmo zresztą. My najbliżej mamy do Kaliningradu, ale na wsparcie z tamtej strony trudno chyba liczyć. Nie wiem, jak większość suwerena, ale ja wolę wiedzieć niż nie wiedzieć. Naprawdę byłbym spokojniejszy wiedząc, że przynajmniej co drugi mieszkaniec Szczytna i okolic został „przetestowany” i wykryto albo lepiej nie - tyle i tyle zakażeń.

Reklama

 

Może bym znów nabrał ochoty do dezynfekowania samochodu, odpuściłbym niekonieczne codzienne zakupy. Patrzę w tej chwili przez okno, pod sklepowym okapem ukryło się przed deszczem kilka rozchichotanych nastolatek zawzięcie o czymś dyskutujących. W maseczkach nie da rady, szczególnie gdy krąży między nimi jedna czy dwie butelki mam nadzieję, że z owocowym sokiem. Ech młodość beztroska, której nawet zaraza się nie ima. Pozwolicie więc, że zakończę tym optymistycznym jednak mimo wszystko obrazkiem.

Wiesław Mądrzejowski (wiemod@wp.pl)



Komentarze do artykułu

Napisz

Reklama


Komentarze

Reklama