Środa, 8 Grudzień
Imieniny: Delfiny, Marii, Wirginiusza -

Reklama


Reklama

Terminator - felieton Romana Żokowskiego


Dzień sądu ostatecznego nadchodzi. Maszyny rządzą światem, a ludzie ukrywają się w podziemiach. Obraz świata żywo wyjęty z filmu ze znanym aktorem Arnoldem. Jeszcze do niedawna myślałem, że to tylko filmowa fikcja, ale po zamieszaniu z przyjęciem do szkół średnich, fikcja przeobraziła się w rzeczywistość.



Na wstępie źle się wyraziłem, bo dzień sądu ostatecznego już nadszedł. Zafundowała go nam dobra zmiana w osobie byłej pani minister od edukacji. W jednym czasie zgoniła dwa roczniki i jeszcze zafundowała nam program komputerowy, który rządzi przyjmowaniem do szkół. Ten tajemniczy edukacyjny program można porównać do tego filmowego, bo w całości zawładnął przyjęciami do szkół średnich. Drogą elektroniczną trzeba złożyć wniosek o przyjęcie do szkoły, a właściwie do szkół, bo wymienia się trzy szkoły, do których kandydat chce się dostać.

 

Na pierwszym miejscu wstawić należało klasę i szkołę tzw. wymarzoną przez ucznia. Na drugim i trzecim miejscu, klasy i szkoły, do których uczeń chciał się dostać w przypadku odrzucenia z pierwszego wyboru. I do tego momentu wszystko jest w porządku. Schody zaczynają się w momencie, kiedy uczeń po wypełnieniu wniosku chce jednak zmienić kolejność wybranych przez siebie szkół. Jak to zrobić? Dobre pytanie, bo nikt nie ma zielonego pojęcia. W złożonym już wniosku, nie ma możliwości nanoszenia zmian i korekt. Uczeń zwraca się do przyszłej szkoły (tej z pierwszego miejsca na liście), a szkoła odpowiada, że nie jest władna w tym temacie i odsyła do firmy, która zarządza programem z wnioskami.


Reklama

 

Firma odpowiada, że oni nic do tego nie mają i tylko starostwo jest władne grzebać w tym programie. W starostwie odsyłają do szkoły, bo to na wniosek szkoły, firma zarządzająca programem dokonuje zmian we wnioskach. Uczeń zataczając koło wraca do szkoły i słyszy, że niech na początku września złoży pisemko o zmianę klasy. Niemoc ogarnęła wszystkie instytucje, bo żadna nie potrafi sobie poradzić z programem. Ów tajemniczy program zawładnął przyjęciami do szkół, o czym boleśnie przekonała się spora grupa uczniów, która po pierwszej rekrutacji nie dostała się do żadnej szkoły. Zamiast szaleć na wakacjach, drżą o swój dalszy los i czekają gdzie prześwietny program ich rzuci.

 

Ciekawość mnie zżera, ilu uczniów w naszym powiecie nie otrzymało przydziału? Słyszałem, że w Olsztynie to problem 1000 osób. A przecież miało być tak pięknie. Uśmiechnięta pani w telewizorze mówiła, że nie ma obawy, bo wszyscy dostaną się do wymarzonej szkoły. Kiedy płynęły sygnały, że tak nie będzie, to z podwójnym uśmiechem powtarzała to samo.

 

W podziękowaniu za dobrze przygotowaną reformę edukacji, część rodaków zafundowała tej pani płatne wczasy w europarlamencie. Może dobrze, że wyniosła się z kraju, bo sfrustrowani rodzice mogliby zrobić jej niezły matrix. Szkoda tylko naszych dzieci, które żyją w ciągłym stresie. A to egzamin wstępny, a to egzamin końcowy, walka o osiągniecie lepszych ocen na koniec roku, a na deser zamieszanie z przyjęciem do szkół. Dawka stresu i emocji, która niejednego ucznia przyprawiła o palpitację serca. Mam jednak nadzieję, że znajdzie się jakiś mądry i położy kres szaleństwu w szkole, bo szkoła jest dla „Terminatorów”, czyli uczniów pobierających nauki rzemiosła pod okiem mistrza.

Reklama

 

 

Filmowy „Terminator”, to zabójca przysłany z przyszłości. Dobrze, że nasz „Terminator” został odesłany do przeszłości, bo Bóg jeden wie, ile by nam jeszcze szkody narobił. Niech teraz robi rozpierduchę w Brukseli, a my błagajmy prezesa, by następny nie był taki sam.

 

Roman Żokowski

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama