Wtorek, 20 Kwiecień
Imieniny: Alfa, Leonii, Tytusa -

Reklama


Reklama

Szpitalne seriale - felieton pastor Andrzeja Seweryna


Dawno, dawno temu w naszych polskich domach były telewizory czarno-białe. Pamiętam, jak w dzieciństwie chodziło się do bogatszych sąsiadów pooglądać telewizję, bo wtedy nie było tak jak dzisiaj, kiedy w każdym domu jest telewizor, a nierzadko kilka. O innych ekranach, w które gapią się dziś miliony ludzi, nie wspominając. Jak mawiał bohater kultowej polskiej komedii, mieliśmy w telewizorach aż dwa kanały, ale telewizja była jedna. Świat był o wiele prostszy, wszyscy oglądali to samo i było o czym pogadać z tymi, którzy mieli te pudła do oglądania w swoich domach.



Repertuar był również dość skromny, a możliwości do wyboru znacznie mniej niż dzisiaj, kiedy mamy różne telewizje, setki kanałów, a i tak nie ma co oglądać. Dawniej zaś oglądało się na przykład albo filmy wojenne, albo westerny, z kultową „Bonanzą” na czele. Czy ktoś z was, drodzy czytelnicy, pamięta jeszcze tamte czasy?

Potem przyszła moda na seriale, wśród których pojawił się nowy gatunek, który roboczo nazwałbym serialem szpitalnym. Chyba jedną z pierwszych tego typu produkcji jakie pamiętam, był serial pt. „Dr Kildare” z Richardem Chamberlain’em w roli głównej. To było coś nowego i ekscytującego zarazem.

 

Dziś mamy bardzo wiele takich seriali medycznych, które cieszą się niesłabnącym powodzeniem, ponieważ w praktyce lekarzy szpitalnych czy na oddziałach ratunkowych dzieje się zawsze wiele dramatycznych zdarzeń, które są opowiadane bardzo dynamicznie, a każdy odcinek to oddzielna historia do opowiedzenia. I trzeba przyznać, że lubimy z żoną pooglądać czasem takie filmy, choćby również z tego powodu, że są bardzo życiowe i autentyczne. Ale także dlatego, że nie epatują przemocą, brutalnością lub nachalną erotyką, lecz podkreślają heroizm lekarzy, pielęgniarek lub ratowników medycznych, którzy często z bezprzykładnym poświęceniem starają się ratować ludzkie życie. Kiedy zaś przegrywają, a ich pacjenci umierają na stołach operacyjnych, przeżywają to silnie i bardzo po ludzku.

 

Nie jestem lekarzem i nie mam lekarzy w swojej najbliższej rodzinie, ale kiedy czasem oglądam te filmy, uświadamiam sobie, jak trudna jest praca ludzi pracujących w służbie zdrowia, a szczególnie chirurgów. W ich rękach spoczywa często ludzkie życie. Ryzykują, walczą o uratowanie pacjentów, robią wszystko, co w ich mocy, ale nie zawsze wygrywają. I tu pojawia się jeszcze jeden aspekt ich trudnej pracy. Muszą bowiem kontaktować się z bliskimi ofiar lub nieuleczalnie chorych ludzi, których trzeba powiadomić twarzą w twarz, że ich ojciec, żona, mąż, brat czy dziecko niestety zmarło, bo nie udało się uratować tego życia. Oglądanie rozpaczy najbliższych, to dla lekarzy wielka trauma i zwykle są to najbardziej przejmujące sceny w takich lekarskich serialach.


Reklama

 

Zawsze lubimy szczęśliwe zakończenia, ale na oddziałach szpitalnych oraz na korytarzach klinik, w tym także onkologicznych czy psychiatrycznych, często rozgrywają się ludzkie dramaty i w środku tych emocjonalnych tajfunów znajdują się ludzie w białych fartuchach ze stetoskopami na szyi. Winniśmy mieć tego świadomość i tym bardziej cenić tych, którzy muszą mieć nerwy ze stali, by sprostać również tym emocjonalnym presjom i wyzwaniom.

 

Mam również świadomość, że ludzie zmagają się nie tylko z chorobami ciała, ale także z chorobami duszy. Jako pastor mam na myśli duchowe dolegliwości, a czasem ciężkie choroby, przez które przechodzą ludzie wokół nas, a może i my sami też… Ktoś musi również im pomagać, wspierać, „operować” ich chore dusze. Tego typu lekarzy potrzebujemy coraz bardziej i bardziej.

 

O prawdziwych i wiernych, a przy tym dyskretnych przyjaciół coraz trudniej. Chorób duchowych – jak i tych fizycznych – wciąż przybywa. Duchowa kondycja ludzi dzisiaj wyraźnie osłabła, spada zaufanie do duszpasterzy oraz do stosowanych przez nich sposobów pomocy. Ludzie wokół cierpią, rodziny i małżeństwa się rozpadają, kościoły pustoszeją i wydaję się, że jako grzeszni, upadli ludzie jesteśmy bez szans i nie ma dla nas realnego ratunku.

 

Tymczasem prawda jest taka, że ten ratunek duchowy jest możliwy i dostępny dla każdego. Chodzi tylko o to, by mieć świadomość, że potrzebuję ratunku, że jestem zagubiony i nieszczęśliwy, a doczesność doskwiera coraz bardziej. Otóż dziś wieczorem wraz z grupą ponad 30 osób rozważaliśmy online 17. rozdział Księgi Rodzaju, gdzie w wersecie 1 czytamy takie oto słowa: „Gdy Abram miał dziewięćdziesiąt dziewięć lat, ukazał mu się PAN i powiedział do niego: JA jestem Bogiem Wszechmogącym, żyj blisko Mnie i bądź nienaganny”.

Reklama

 

W tych słowach Stwórcy zawiera się wielka prawda o możliwości odzyskania duchowego zdrowia. My ludzie jesteśmy słabi, ale Pan Bóg jest Wszechmocny. Ja sam nie dam rady, ale nasz Bóg da radę. Chodzi tylko o to, by przylgnąć do Niego wiarą, żyć blisko Niego, a wtedy zamiast naszych duchowych upadków i grzeszności pojawi się nienaganność. To po ludzku niemożliwe, ale z Bożą pomocą możliwe. Zapewniam i zachęcam do spróbowania! Naprawdę warto!

Andrzej Seweryn

andrzej.seweryn@gmail.com



Komentarze do artykułu

Napisz

Reklama


Komentarze