Reklama


Reklama

Szefowa covidowego personelu


Anna Kalinowska koordynuje pracą nowego oddziału covidowego w Szczytnie. Jest z urodzenia szczytnianką, chociaż wiele ostatnich lat pracowała i mieszkała w Olsztynie. Teraz znów wspomagać będzie szczycieński szpital.



Jak doszło do tego wsparcia?

 

Przez ostatnie sześć lat już Szczytno wspieram, przyjeżdżając tu na dyżury. Jestem wykwalifikowaną pielęgniarką anestezjologiczną, a to nie jest zbyt powszechna specjalizacja. W momencie, gdy było już wiadomo, że w nowej części szpitala tworzony będzie oddział covidowy, dyrektor Beata Kostrzewa zaproponowała mi, bym zajęła się koordynowaniem pracy pielęgniarek, a ja się zgodziłam. W swoim macierzystym szpitalu udało mi się dojść do porozumienia z dyrekcją, chociaż tam też są odczuwane problemy kadrowe. Udzielono mi urlopu bezpłatnego na czas pracy w Szczytnie, czyli właściwie na cały czas istnienia tego oddziału, który dopiero co rozpoczął pracę.

 

Ma pani lat...

 

44, w tym 24 lata pracy pielęgniarskiej. W Szczytnie się urodziłam, tu wciąż mieszka moja mama. I w tutejszym szpitalu, zaraz po szkole pielęgniarskiej, podjęłam pierwszą pracę. Po kilku latach przeniosłam się do Olsztyna.

 

Jest pani pielęgniarką anestezjologiczną. Teraz się o tej specjalizacji robi głośno w związku z sytuacją, ale to nie znaczy, że powszechnie wiadomo, co ta specjalizacja dokładnie oznacza...

 

Pełny tytuł brzmi: specjalistka w anestezjologii i intensywnej opiece medycznej. To najszersza, pod względem wiedzy i umiejętności, specjalizacja pielęgniarska. Najkrócej rzecz ujmując – zajmujemy się pacjentami w najcięższych stanach, wymagającymi szczególnej opieki, poddawanymi bardzo skomplikowanym procedurom medycznym, które też musimy znać, bo w nich bezpośrednio uczestniczymy. To też specjalizacja, która wymaga nie tylko wiedzy z wielu dziedzin medycznych, ale też dużego doświadczenia oraz – co nie mniej ważne – dużej odpowiedzialności i odporności...

 

Rozumiem, że chodzi o odporność psychiczną. Przypuszczam, że częściej niż pielęgniarki o innych specjalnościach, ma pani do czynienia z ludzkimi tragediami, ze śmiercią pacjentów, których nie daje się uratować, z rozpaczą rodzin... Jak pani sobie z tym radzi?

 

Bywa różnie. To prawda, że stres w tej pracy jest ogromny. Niektórych pacjentów pamiętam do dziś, szczególnie jeśli chodzi o ludzi w młodym wieku. Zdarza się, i to wcale nierzadko, że bezsilność jest przytłaczająca. Kiedy zdaję sobie sprawę, że mimo ogromnego wysiłku, włożonego w ratowanie czyjegoś życia, nie da się... Wtedy bywa, że muszę się gdzieś ukryć, muszę się wypłakać... To nieuniknione. Kilka lat pracowałam na oddziale dziecięcym, ale odeszłam stamtąd, bo z takim obciążeniem psychicznym już sobie nie radziłam. A poza tym staram się oddzielać pracę od życia prywatnego, rodzinnego. Po prostu, gdy wychodzę z pracy, staram się nie myśleć już o tym, co zostawiłam w szpitalu. To właściwie jedyna forma „samoobrony”.


Reklama

 

Oddział covidowy to jednak duże prawdopodobieństwo, że ze śmiercią będzie się pani stykała jeszcze częściej niż dotychczas...

 

Nie rozważałam tej kwestii, przyjmując propozycję pracy. Bardziej byłam podekscytowana nowymi obowiązkami: nigdy wcześniej nie uczestniczyłam w tworzeniu szpitalnego oddziału od podstaw. W tym czasie na covid-19 zachorowała moja rodzona siostra. Była w ciężkim stanie, wymagała tlenoterapii, a poszukiwanie miejsca w szpitalu zaopatrzonym w odpowiedni sprzęt trwało dwadzieścia godzin, w sytuacji gdy ważna była każda godzina, każda minuta. Na szczęście wszystko się skończyło pomyślnie, siostra wyzdrowiała, ale jej przypadek też był dla mnie ważną przesłanką. Rozumiałam, niejako na własnej skórze odczułam, jak ważne jest powstawanie takich oddziałów, jak niezbędne jest zwiększanie liczby miejsc dla chorych, którzy przechodzą ciężko to zakażenie. No i, oczywiście, wiem, że w takich placówkach, budowanych od podstaw, najbardziej potrzebni są właśnie ludzie z doświadczeniem, a ja takie mam.

 

Czym się pani dokładnie zajmowała tworząc oddział?

 

Przede wszystkim organizowałam kadrę pielęgniarek i ratowników, uczestniczyłam w organizacji pomieszczeń na tzw. brudne i czyste, łącznie z opiniowaniem przebudowy wewnętrznej tego oddziału, by go przystosować do nowych potrzeb. Nie jestem w stanie wymienić wszystkich niezbędnych czynności, to ciąg pracy... Powiem tak: przez ostatnie dwa tygodnie męża widywałam tylko z daleka, odebrałam ponad 2,5 tysiąca telefonów... Ile przeprowadziłam rozmów, ile zrobiłam kilometrów, biegając po korytarzach i piętrach... Nie wiem, nie miałam czasu liczyć.

 

We wtorek, 1 grudnia, oddział miał zacząć działać. Zaczął? Jak wyglądał ten pierwszy dzień?

 

Jeszcze spokojnie. Praca sprowadzała się do, nazwijmy to, ostatnich szlifów, w oczekiwaniu na pierwszych pacjentów, którzy zostali na oddział przyjęci dopiero wieczorem. Dwóch panów, w tym jeden w stanie dość ciężkim. Przewidujemy, że liczba pacjentów będzie zwiększać się z dnia na dzień. Ale cały personel, zanim jeszcze pojawili się pacjenci, przeszedł szkolenie w zakresie obsługi sprzętu, który na tym oddziale jest podstawą leczenia, dokładnie poznał topografię oddziału. Przygotowaliśmy sale chorych jak najbardziej optymalnie, żeby wszystko to, co może być w każdej chwili potrzebne, było w każdej chwili dostępne.

Reklama

 

Czy i jakie doświadczenie mają pielęgniarki i ratownicy, których, jak sądzę, pani oceniała i akceptowała do pracy?

 

Duże. Każda z zatrudnionych pielęgniarek ma ukończoną specjalizację, czy to z anestezjologii, czy też z innych dziedzin medycznych. Są to więc osoby ze sporym już doświadczeniem. Podobnie jest w przypadku ratowników. Uważam, że jeśli chodzi o personel tego oddziału, to naprawdę udało się, i to w krótkim czasie, zbudować sprawny, doświadczony zespół. Zresztą bardzo wiele z tych osób znałam wcześniej i wiedziałam, że są to ludzie odpowiedzialni, godni zaufania, a przede wszystkim, że są to fachowcy.

 

Oddział w Szczytnie nie był jedynym w województwie, który w ostatnim czasie był tworzony na potrzeby pandemiczne. W całym kraju głośno jest o tym, że największym problemem jest brak doświadczonego personelu. Ten brak odczuwał też wojewoda warmińsko-mazurski, próbując zapełnić otwierane placówki. Na tym tle Szczytno jawi się jak rajska wyspa...

 

Pierwszy czynnik, to... łańcuch zawodowych znajomości i przyjaźni. Ktoś namówił kogoś, ten kolejną osobę i tak to poszło. Na pewno zachętą są dodatki do wynagrodzeń, jakie uzyskują pracownicy oddziałów covidowych, z tym, że z tymi dodatkami bywa różnie, i z obietnicami. W tym kontekście kolejnym ważnym czynnikiem była, według mnie, uczciwość dyrekcji szpitala: bez żadnego ściemniania, bez deklaracji, że coś, kiedyś... Rzeczowo, konkretnie. Każdy ma umowę na piśmie, każdy wie, czego oczekiwać. To ważne, kiedy pracodawca podchodzi do przyszłego pracownika otwarcie i kiedy rzetelnie spełnia swoje obietnice. Wtedy obie strony darzą się zaufaniem i szacunkiem. I w takich warunkach każdy chętnie podejmuje pracę.



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama


Komentarze