Piątek, 16 Kwiecień
Imieniny: Adolfiny, Odetty, Wacława -

Reklama


Reklama

Świąteczne światełka - mazurskie gadanie Wiesława Mądrzejowskiego


Odpalono świąteczne lampki na ulicach i placach miast i miasteczek, a największe rzecz jasna w stolicy. Znak, że do świąt już naprawdę blisko. Okres tzw. przedświąteczny trochę się w tym roku nam skrócił, gdyż przez epidemiczne ograniczenia okolicznościowa aktywność handlowa też jest w tym roku znacząco mniejsza. Jak sobie z zamierzchłej przypominam młodości o zbliżających się świętach informowało wtedy jako pierwsze radio. Telewizja była w powijakach. Gdzieś tak na przełomie listopada i grudnia w komunikatach radiowych pojawiały się informacje o płynących na statkach do kraju dostawach owoców cytrusowych, które jako towar świątecznie luksusowy miały trafić na nasze stoły. I aż do samej wigilii trwał wyścig – dopłyną na czas czy nie dopłyną.



Wywiady z dokerami w portach, którzy uroczyście zapewniali, że nie szczędząc trudu i godzin pracy będą rozładowywać te statki dzień i noc. W końcu komunikat: - Są! Pierwsze statki już w portach, gdzieś tak około połowy grudnia. Teraz bohaterami radiowych audycji stawali się kolejarze. Tak, tak mieliśmy wtedy coś takiego jak kolej i większość towarów rozwożono po kraju na szynach.

 

Sensacją była informacja, że jakiś dyrektor od państwowego handlu wpadł na pomysł i do portu wysłał kilka ciężarówek, aby nie czekając na wypełnienie całej procedury za- i wyładunkowej po prostu przywieźć te cytrusy do Bydgoszczy, gdzie wtedy mieszkałem. Na te czasy było to dość daleko, a dziś żabi skok.

 

Ba, pamiętam reportaż (młody był człowiek i pamięć miał jak gąbka) tzw. „interwencyjny”, w którym delikatnie sugerowano czy nie można by było np. cytrusów mających trafić do sklepów na wybrzeżu dostarczać tam od razu, a nie przez Płock, gdzie mieściły się centralne magazyny. Tam dzielono te luksusowe dobra i ekspediowano dalej.

 

Nie można się dziwić przy takim systemie organizacji gospodarki, że o bezrobociu nikt nie słyszał. Ktoś to wszystko musiał zrobić. A przed tym jeszcze wymyślić. Na świąteczną dostawę cytrusów patrzyłem raczej jak na ciekawy wyścig. Nawet gdy udało się gdzieś je kupić nie bardzo mi te pomarańcze, nie wiem dlaczego, smakowały. Gdzie im tam było do soczystych gruszek.


Reklama

 

Na początku lat 90., kiedy u nas handel zaczynał się dopiero budzić, trafiłem na parę tygodni do miasteczka w północnej Anglii. Był początek listopada i nie bardzo łapałem dlaczego we wszystkich sklepach już śnieżynki, brodaci Mikołaje, renifery i kolędy z głośników. Po paru dniach się przyzwyczaiłem i gdy na początku grudnia wróciłem do Szczytna byłem zdziwiony jak tu cicho, ciemno i do świąt daleko. To już mamy z głowy, w świątecznym pogotowiu handlowym Anglików już dawno dogoniliśmy.

 

Ameryki nie dogonimy, przynajmniej w tym wyścigu, raczej nigdy, żeby nawet nie wiem jak pan premier się starał. To, co tam wyprawiają ze świąteczną iluminacją jest po prostu nie do przebicia. Mnie osobiście w tym zalewie przecudnych cudowności podoba się od lat kultywowany w wielu domach zwyczaj układania wokół świątecznej choinki torów kolejki. Jeździ to coś kolorowe i gwiżdże jak nie wiem co. Bajka dla mocno starszych dzieci.

 

W ten styl na maxa wpisała się w tym roku żona najważniejszego w USA mocno odrośniętego bobasa z blond grzywką nad pucułowatym pyszczkiem. To co zrobiła przed wyprowadzką z Białym Domem, a świat obejrzał we wszystkich telewizjach to kwintesencja prowincjonalnej Ameryki. Jacqueline Kennedy w grobie się przewraca.

 

Reklama

Przeszedłem się wczoraj po południu po naszym miasteczku. Lampki i inne ozdoby świecą, coś tam od zeszłego roku może przybyło, coś ubyło. Tu o guście czy bezguściu się nie dyskutuje, bo przecież nie jest ważne, dlaczego święty Mikołaj ma czerwony płaszcz, takiż nochal i brodę odpowiedniej długości. Jest, bo jest i fajnie.

 

Zaszedłem też do kilku sklepów (nie tzw. marketów) i tu chyba nie tylko dla mnie niespodzianka. Nastrój jakoś mniej świąteczny, ozdoby w sklepach skromniejsze, żadnych kolęd polskich czy angielskich nigdzie nie słyszałem. Wprawdzie do wigilii jeszcze dwa tygodnie, ale w ub. latach było jakoś chyba radośniej.

 

Czy ta zaraza może mieć też inne skutki uboczne? Coś chyba jednak wisi w powietrzu, a może tylko mi się tak wydaje? Na wszelki wypadek świątecznego karpia zjadłem na obiad już wczoraj. Pozostałe potrawy też chyba sobie rozłożę na tych kilkanaście przedświątecznych dni. Jutro na przykład, jak już wiem, będzie barszcz z grzybowo – kapuścianymi uszkami. Zdrowiej tak chyba niż pożerać to wszystko za jednym posiedzeniem.

Wiesław Mądrzejowski (wiemod@wp.pl)



Komentarze do artykułu

Napisz

Reklama


Komentarze