Reklama


Reklama

Sukces sklepu tkwi w uśmiechu pracownic


Blisko 450 polubień, czyli tzw. „lajków” o różnej intensywności i 92 komentarze – to „utarg” czterech pań ekspedientek, którym na początku grudnia przyznaliśmy gwiazdki za mikołajkowe stroje i klimat sklepu. Zgodność komentatorów była zdumiewająca w naszym narzekającym na wszystko i wszystkich narodowym tygielku, bo posty wychwalały pod niebiosa sklep i widniejące na fotografii niewiasty. Po blisko dwóch miesiącach udało nam się zebrać razem i „przesłuchać” te z pewnością nietuzinkowe panie.



Wydawałoby się, że jedna zwykła fotka i garść gwiazdek przydzielonych w mikołajkowym dniu paniom przebranym w mikołajowe stroje zostanie przyjęta z okolicznościową sympatią, nikt więc nie spodziewał się reakcji czytelników mającej rozmiary wręcz eksplozji.

 

Równie zdumiewające były komentarze - wszystkie radosne i bardzo pochlebne, a taka zgodność w narodzie naszym jest absolutną rzadkością. Szczególnie te miejsca, gdzie świadczone są usługi, w których codziennie „przewija się” wiele osób, a do takich z pewnością należą sklepy, są narażone na utyskiwania. I szybciej można by się spodziewać wiadra pomyj niż wychwalania pod niebiosa. A tu taka niespodzianka!

 

Oto kilka tylko z zamieszczonych na naszej stronie facebookowej komentarzy czytelników. Kilka, bo wszystkie brzmiały podobnie:

 

„Bywałam w tym sklepie nie raz i muszę powiedzieć, że takich ekspedientek nie na na całej kuli ziemskiej. Są przemiłe, uśmiechnięte, obsługa doskonała. Te kobietki powinny mieć premię co miesiąc. Pozdrawiam moje kochane Panie.”

„Super kobietki, sympatyczne i zawsze uśmiechnięte, dobrze, że w końcu ktoś Was zauważył i docenił. Brawo Wy!! Tak trzymać!!”

„Gratulacje, jest tam taka atmosfera jakbym była w domu.”

„Panie są zawsze uprzejme i uśmiechnięte :) Aż chce się wejść i zrobić tam zakupy. Zasłużone 5 gwiazdek :)”


 

Nieziemski team

 

Na zdjęciu od lewej: Marzena Płocharczyk, Elżbieta Szmigiel, Barbara Żebrowska, Małgorzata Bors.

 

 

Małgorzata Bors w sklepie partnerskim JBB przy ul. Polskiej pracuje od początku jego istnienia czyli blisko cztery lata. Ma jednak za sobą już prawie ćwierćwieczne doświadczenie w handlu. Prywatnie to mieszkanka Szczytna, mężatka, matka 20-letniego, już samodzielnego syna. Jest kierownikiem zespołu. Stara się zachować stosowną, „kierowniczą” powagę, ale niezbyt jej się to udaje.

 

Elżbieta Szmigiel zaczynała pracę w tej handlowej placówce razem z panią Małgosią, której jest zastępcą. W handlu, za ladą najróżniejszych sklepów, spędziła już ponad 20 lat. Subtelnie rubaszna, emanuje zaraźliwym humorem, przed którym nikt nie jest w stanie się obronić. Mężatka z trójką dorosłych już dzieci. Mieszka w Rozogach. I już się martwi, że za jakieś cztery lata czeka ją emerytura.

 

- Pewnie z niej skorzystam, ale pracować nie przestanę. Co ja bym robiła w domu całymi dniami? - pyta retorycznie. - Sama, bez moich dziewczyn? Absolutnie niemożliwe! - dodaje. - Kiedy w Rozogach otwierali sklep JBB mąż mówi: zadzwoń, będziesz miała pracę na miejscu, nie będziesz dojeżdżać. Ale jak pomyślałam, że wtedy nie pracowałabym już z Małgosią czy Basią... Nie, to już wolę jeździć.

 

Barbara Żebrowska, również mieszkanka Szczytna, dołączyła do zespołu kilka tygodni po otwarciu sklepu. Nigdy wcześniej nie miała do czynienia z taką pracą. Wiele lat zajmowała się działalnością... kulturalną. Pracowała w Gminnym Ośrodku Kultury w Kamionku, dopóki istniał, a także w GOK-u w Jedwabnie, między innymi jako instruktor tańca i fitnessu.

 

- Pewnie pani nie pamięta, ale malowałam pani kota na twarzy podczas pierwszego festynu w Kocie – wspomina. Faktycznie. Kot i kota pamiętam, mam gdzieś nawet zdjęcia, ale malarki – nie. Cieszę się, że odnawiamy znajomość i dziwię, że tak diametralnie zmieniła zawód.

 

- Nie było dla mnie pracy, a coś musiałam robić – odpowiada. - Trochę z polecenia, trochę po znajomości, dostałam zatrudnienie w sklepie, chociaż o tej pracy nie miałam żadnego pojęcia. Dziewczyny uczyły mnie wszystkiego, nawet tego, jak się uśmiechać do klientów. A dziś... Nie wróciłabym już do żadnego GOK.-u. Naprawdę. W naszym sklepie jest super! - podkreśla ze szczerym entuzjazmem.

 

Gdy nie pracuje, zajmuje się domem, mężem i trójką niezbyt jeszcze samodzielnych dzieci. - Jak Basia przyszła na rozmowę o pracę, to miała pazury w kolorze fest czerwonym, długie jak ptasie szpony – opowiada Małgorzata. - Szef na nie krytycznie zerkał, ale dałam mu znak, że i z pazurami sobie poradzimy. Zaufał i mi, i Basi. - No co! - zaperza się „obgadywana”. - Wybierałam się akurat na wesele, to musiałam jakoś wyglądać! - i oczywiście wszystkie cztery kwitują tę replikę wybuchem śmiechu.

 

Marzena Płocharczyk to najmłodszy nabytek, dosłownie i w przenośni. Ma, co prawda, 15-letnie doświadczenie w pracy w handlu, ale w tym sklepie działa zaledwie od kilku miesięcy. Jeszcze trochę niepewna, jeszcze chwilami wątpiąca, ale już świetnie wpasowana w specyfikę tego niezwykłego „babskiego klanu”. Czas dzieli między pracę i dom z mężem i dwiema małoletnimi córkami.

 

- Gdy jako kandydatka na pracownicę stanęła za ladą, po 15 minutach wiedziałam, że się nadaje – wspomina pani Małgorzata. - Nie znała przecież sklepu, towaru, kodów, a mimo to tak obsługiwała klientów, że nikt się nie zorientował, że ona nic o sklepie nie wie.


Reklama

 

- A gdy mi Małgosia po tych 15 minutach „podziękowała” i powiedziała, że już mogę iść do domu, byłam święcie przekonana, że nie mam szans na tę pracę – dopowiada Marzena. Zapewnia, że choć już trochę tych lat za ladą spędziła, to nigdy nie pracowała w tak zgranym zespole. - Z nimi po prostu chce się pracować, człowiek wręcz marzy o tym, by być w sklepie.

 

 

Domowa, rodzinna atmosfera

 

Nawet jeśli brzmi to podejrzanie, a już z pewnością nietypowo, to takim marzeniom w przypadku tych kobiet trudno się dziwić. Sprawiają wrażenie jednej duszy w czterech ciałach. Tę rodzinną wspólnotę zapoczątkowały Małgorzata i Elżbieta. Choć obie zaprawione w handlowych „bojach”, to nigdy wcześniej ze sobą nie pracowały. Spotkały się w tym niewielkim sklepiku przy ul. Polskiej, by go otworzyć, zorganizować i pozyskać klientów.

 

- Początki nie były łatwe, gdy byłyśmy tylko we dwie. Sklep otwieramy o godz. 8., ale w pracy trzeba być już dużo wcześniej, około 6 rano: przyjąć towar, sprawdzić, ułożyć... Jest co robić. Zamykamy o 17., ale to nie oznacza dla nas końca pracy, bo z godzinę zajmuje posprzątanie, przygotowanie wszystkiego na kolejny dzień – opowiadają zgodnie. I równie zgodnie podkreślają, że od pierwszej chwili „wpadły sobie w oko”: podobne charaktery, podobny stosunek do pracy, takie same poczucie odpowiedzialności wobec klientów.

 

- To nie tylko odpowiedzialność – mówi Małgorzata. - Ja po prostu lubię pracować w sklepie, mieć ciągły kontakt z ludźmi. A żeby klienci chcieli nas odwiedzać, to nie wystarczy być ekspedientką. Trzeba być po trosze i psychologiem, i powiernikiem, i doradcą, i... - Kabareciarzem – dodaję, bo te już wszak nie nastoletnie panie wciąż chichoczą, coś wspominają, żartują, kpią z siebie nawzajem, ale bez śladu złośliwości. Chociaż spotykamy się wieczorem, po całym dniu ich niełatwej przecież pracy, tryskają energią i humorem.

 

- Czy jest coś, co was może skłonić do płaczu? - pytam. - Tak! Śmiech! Często płaczemy ze śmiechu! - wykrzykują zgodnym chórem. - Ale tak na poważnie, to płakałybyśmy, gdyby którejś z nas przytrafiło się jakieś nieszczęście – mówi Małgorzata, a koleżanki przytakują. - Może w to trudno uwierzyć, ale ja naprawdę cieszę się z każdego dnia pracy. Cieszę się, że spotkam się z koleżankami, że będziemy razem, że znów cały dzień będziemy się śmiać, żartować... - dodaje Małgosia. - Jak mam wolne, to i tak dzwonię do sklepu, do którejś z pracujących dziewczyn, by chociaż spytać: jak leci – wtrąca swoje Elżbieta. - A gdy byłam na urlopie, raptem tydzień, to któregoś dnia z Małgosią i tak ponad dwie godziny gadałyśmy przez telefon – „zeznaje” Marzena.

 

 

Klient nasz... przyjaciel

 

Jak sobie radzą z trudnymi klientami, bo z pewnością i takich nie brakuje? - Teraz to już brakuje... Mamy samych świetnych klientów, bardzo wielu stałych, którzy nie tylko przychodzą, by kupować, ale zaglądają ot tak, po drodze, choćby po to, żeby powiedzieć „dzień dobry”.

 

- Był – jest taki pan, który kiedyś chciał nawet skargę pisać, a dziś zagląda do nas, gdy tylko jest w pobliżu, żeby się chociaż przywitać. Nie on jeden. Inny klient zawsze nas wita: „Cześć laleczki”, inny mówi o nas: „moje kochane blondynki”. Jeszcze inny, po jakimś czasie, gdy pytałam: „Co panu podać?” odrzekł: „A co my tak będziemy sobie panować – Zdzisiek jestem”.

 

- Ostatnio to nawet ksiądz do nas przyszedł po kolędzie, takiej prawdziwej, chociaż do sklepu. On zresztą żartuje, że jak do nas zagląda ze trzy razy na dzień, to w sklepie bywa częściej niż w kościele – opowiadają. - Lubimy wszystkich klientów, ale ja chyba jednego szczególnie – mówi Elżbieta. - To młody chłopiec, może 10-letni. Przychodzi raz, dwa razy w tygodniu po wyznaczone pewnie przez mamę zakupy. Zawsze mówię do niego na pół poważnie: „Witam pana”, a on jest wtedy trochę zażenowany, ale się cieszy. Bardzo miły, sympatyczny dzieciak. A w ogóle to dla dzieci, takich mniejszych zawsze mamy jakieś słodycze, cukierki czy lizaki. I obowiązkowo, w tłusty czwartek, częstujemy klientów pączkami.

 

 

Każdego można... rozśmieszyć

 

 

Nie może być tak landrynkowo – nie jestem przekonana do prezentowanej idylli.

 

- Z pewnością jednak od czasu do czasu zjawia się ktoś wyjątkowo upierdliwy... Co wtedy? - Takiego klienta bierze się na rzadko – odpowiada niby poważnie Elżbieta, ale nie wyjaśnia szczegółów tej „metody”. - Cóż, w takich przypadkach, na szczęście naprawdę bardzo rzadkich, pozostaje odwrócić się do krajalnicy i zacisnąć zęby – mówi Małgorzata. - Ale my... My zwykle patrzymy jedna na drugą i... zaczynamy się śmiać. Klient jest początkowo zdezorientowany, ale po chwili się rozchmurza, bo śmiech jest zaraźliwy. I w końcu śmieje się razem z nami, żartuje. - Ja opowiem jakiś dowcip, on też w rewanżu i... zostaje naszym stałym klientem – uzupełnia Elżbieta.

Reklama

 

Po sąsiedzku mają „konkurencję”, inny sklep o podobnym asortymencie.

 

- Ale jaka to konkurencja? Właściwie się uzupełniamy, przyjaźnimy – podkreśla Barbara. - Przecież chodzi o to, by zadowolony był klient. Jeśli więc potrzebuje czegoś, czego u nas akurat nie ma, to mu podpowiadamy, że u sąsiadek znajdzie to, czego szuka. I odwrotnie. Koleżanki z niby „konkurencyjnej” firmy też przysyłają klientów do nas, jeśli u nich czegoś brakuje.

 

Obie sklepowe nestorki – Małgorzata i Elżbieta - zapewniają, że właśnie na takiej pracy, na takiej atmosferze, zależało im od początku. - Nie było łatwo zbudować zespół. Przez te cztery lata rotacja w sklepie była naprawdę duża – wspominają. - Przychodziło do pracy wiele dziewczyn, ale nie mogły albo nie chciały dostosować się do naszego stylu i... poczucia humoru. Były takie, co wytrzymywały tylko dzień, czasem kilka dni. Kilka może przepracowało miesiąc, jedna chyba tylko z pół roku. Najtrudniej, szczególnie młodszych, było przekonać, że to praca, wcale niełatwa i nie ma miejsca na: to zrobię, a tamtego nie. Trzeba dźwigać – to się dźwiga, trzeba sprzątać – to się sprząta. I każdy to musi robić. - Na początku, gdy byłyśmy tylko we dwie, to nawet nasz szef – pracodawca, zmywał podłogi po zamknięciu – wspominają.

 

 

Dobry pracodawca to jeszcze lepszy pracownik

 

Swojego pracodawcy - „szefa” dziewczyny nie mogą się nachwalić. To, co mówią, nie brzmi jednak jakby było podszyte obawą o etat. - To młodzieniec, ma może 30 lat, może kilka więcej. Jest młodszy od każdej z nas, ale to naprawdę porządny człowiek – zapewniają. - Owszem, jest wymagający, ale to chyba nic nadzwyczajnego, że zależy mu na tym, by wszystko w firmie grało. Przede wszystkim jednak jest uczciwy wobec pracowników, a to jest bardzo ważne.

 

Zgrany team zgodnie twierdzi, że każda z nich ma rzetelne umowy o pracę, godne zarobki i częste premie, płacone w terminie, żadnej ściemy, żadnego naciągania. - I nigdy żadna nie usłyszała standardowej groźby rodzimych pracodawców: „jak się nie podoba to won, na twoje miejsce czeka innych piętnaście?” - pytam z niedowierzaniem.

 

- Nigdy – zapewniają solennie. - Zresztą, gdyby coś w tej firmie było nie tak, to czy pracowałybyśmy tak chętnie, z taką radością i zadowoleniem? Wykluczone – odpowiadają same na zadane przez siebie pytanie.

 

Zaznaczają, że właściwie w całym przedsiębiorstwie panuje przyjazna atmosfera, a firma mała nie jest. - To sieć sklepów działających w partnerstwie z zakładem JBB w Łysych. A tych sklepów nasz szef ma chyba ze trzydzieści, w różnych miejscowościach – rzeczowo wyjaśnia Małgorzata.

 

- Ale żenił się w Szczytnie, chociaż sam jest z Olsztyna! - W Elżbiecie odzywa się nutka lokalnego patriotyzmu. - A my mu na ślubie zrobiłyśmy niespodziankę. Początkowo się ukryłyśmy, żeby nas nie zauważył, ale jak wychodzili z kościoła, to zrobiłyśmy im „bramę”, ubrane w firmowe fartuszki i czapeczki, taki ukłon i w jego stronę, i firmy – opowiada. - Był strasznie zaskoczony, ale też ucieszony. Jego żonie nasz „wyskok” też się bardzo spodobał i wszystkim gościom właściwie. Było przy tym mnóstwo śmiechu i zabawy.

 

Wady tkwią w... siniakach

 

Trudno oprzeć się entuzjazmowi moich rozmówczyń. Trudno nawet nad nimi zapanować, bo wciąż gadają ze sobą, opowiadają, o czymś wspominają, przekrzykują nawzajem i ciągle się śmieją. Uparcie jednak próbuję wyciągnąć z nich choćby jedną skargę, jakiś drobny żal, bo to by było wtedy takie bardziej naturalne, nasze narzekająco-narodowe. W końcu się udaje.

 

- Gdy wracam do domu i idę się umyć, mąż trochę podejrzliwie pyta skąd mam te siniaki na d... na tyłku – z właściwym sobie humorem mówi Elżbieta. - Co on sobie o nich myśli i co sobie wyobraża, w to nie wnikam. A ja się po prostu obijam w pracy. Dosłownie. O półki, o kanty szaf czy lodówek. Bo sklep jest niewielki, a klientów... mnóstwo. Musimy więc zamawiać sporo towaru i jakoś sobie w tej ciasnocie radzić. I wszystko trzeba mieć pod ręką, bo często w kolejce stoi ze dwadzieścia i więcej osób, nie mieszczą się w środku.

 

- Wszystkie mamy takie siniaki – przyznają i pozostałe: Małgorzata, Barbara, Marzena. - Ale to są takie pozytywne sińce, naprawdę. Właściwie, to nawet nas cieszą, bo jak mamy tłok w sklepie, to znaczy, że klienci chcą do nas zaglądać. A nam nic więcej, przynajmniej w pracy, do szczęścia nie potrzeba.

 

 

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama


Komentarze