Środa, 11 Grudzień, Imieniny: Biny, Damazego, Waldemara -
Jesteś świadkiem jakiegoś wydarzenia? ZGŁOŚ

Śmierć to dopiero połowa drogi


Na pewno ten czas nie jest spotkaniem ze śmiercią, bo dla nas, chrześcijan, ona nie ma znaczenia. Śmierć to taka futryna, nawet nie drzwi, przejście – mówi ksiądz Andrzej Preuss, proboszcz parafii p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Szczytnie.



Odwiedza ksiądz groby 1 listopada?

 

 

Z racji pełnionej funkcji, tak, 1 listopada idę na cmentarz z procesją. Od lat mam jednak zwyczaj, że w każdy dzień listopada idę wieczorem na cmentarz, chodzę po nim, modlę się, odmawiam różaniec, koronkę. Staram się, jak mogę, aby tego nie opuścić. Dlatego bywa, że wędruję po cmentarzu samotnie nawet po godz. 22. Ale mówimy w tej chwili o dwóch różnych rzeczach.

 

 

To znaczy? 1 listopada nie powinniśmy iść na cmentarz?

 

 

1 listopada powinniśmy iść do kościoła, a potem na dobre wino. Bo jest to bardzo radosny dzień.

 

 

1 listopada i radość? Zaskakuje mnie ksiądz. Od dziecka kojarzy mi się ze smutkiem i zadumą.

 

1 listopada to uroczystość wszystkich świętych, czyli tych wszystkich, którzy są już u Pana Boga. Oni nie potrzebują modlitwy wstawienniczej. Przeciwnie, to oni modlą się za nas. Czyli 1 listopada powinniśmy iść do kościoła, aby podziękować Bogu za tych, którzy osiągnęli zbawienie i za to, że modlą się przed Panem Bogiem za nas. A po kościele na wino, by uczcić naszą własną świętość, którą zostaniemy obdarzeni. To jest zatem nasze święto. Jestem przekonany, że wśród moich parafian jest wielu świętych, bardzo świętych ludzi. Czy kościół to odkryje, czy nazwie ich świętymi, to inna sprawa.

 

 

Czyli 1 listopada powinniśmy radośnie świętować, dlaczego zatem pędzimy na cmentarze? Nawet księża.

 

 

Jest to po prostu dziecko komunizmu. I mówię o tym, nie w tonie potępienia, a pokazania zasady przyczynowo-skutkowej. W tamtych czasach państwo dało ludziom wolny 1 listopada. Mamy wolne, więc pędzimy na groby tego dnia, bo 2 listopada trzeba iść do pracy. Korzystamy z tego, co mamy. Czyli kościół też powiedział, no dobrze, idziemy. Idzie też procesja na cmentarz. Modlitwa jest zawsze dobra i każdemu z nas się przyda.

 

 

Jak zatem znaleźć się w gronie świętych?

 

Jak stanę się przyjacielem Pana Boga, ludzi i siebie - to idę prosto do nieba.

 

To pewne?

 

Oczywiście. Bywa tak, że tuż po śmierci, przed pogrzebem, przychodzą do mnie członkowie rodziny zamarłej osoby. Mówią wówczas tak pięknie o swojej mamie, tacie. Składają niesamowite świadectwa. Jeśli ci ludzie nie trafia do nieba, to kto? W moim odczuciu w niebie jest sto tysięcy znanych świętych i biliony nieznanych. Moja babcia być może, mój wujek, ciocia...

Czasem mamy w głowach taki schemat myślowy, że aby trafić do nieba, to trzeba każdego dnia po kilka godzin być w kościele, nieustannie się modlić, przyjąć księdza po kolędzie, spowiadać się jak najczęściej, itp... To jest dobre i ważne, ale droga do świętości jest dłuższa: chodzi o to, aby zaprzyjaźnić się z Panem Jezusem, drugim człowiekiem i sobą.

 

 

Jest jakaś skuteczna recepta, aby mieć pewność, że trafimy do nieba?

 

Nie ma czegoś takiego. Kiedyś ksiądz Piotr Pawlukiewicz mówił, że mamy upodobnić się do Pana Jezusa. Upodobnić, a nie być identyczni, bo na to drugie i tak nie mamy szans. Na tej kanwie ksiądz Piotr stwierdził, że Sąd Boży może polegać na tym, że staniemy w szeregu, Bóg Ojciec podejdzie do każdego, popatrzy na mnie i zapyta „Czy ty jesteś Preuss, czy Jezus, bo już nie poznaję, bo tacy jesteście podobni.” Jeśli to różnica będzie duża, to może powiedzieć „Ja cię nie znam”. Każdy z nas do świętości ma inną drogę.

 

 

Wróćmy do 1 i 2 listopada. Jakie ksiądz ma wspomnienia z dzieciństwa?

 

Szczerze? Była to przygoda. Wyjazd na cmentarz z Malborka do Gdańska. Pociąg, kanapki, znicze, sprzątanie grobów. Fajna przygoda, ale w ogóle nie kojarzyła mi się ze świętem, a wyłącznie ze zmarłymi. Być może moi rodzice też wówczas nie odkryli tej różnicy. Na pewno ten czas nie jest spotkaniem ze śmiercią, bo dla nas chrześcijan ona nie ma znaczenia. Śmierć to taka futryna, nawet nie drzwi, przejście.

 


 

Jak powinno wyglądać w takim razie idealne świętowanie 1 listopada?

 

Mój idealny obraz wygląda tak: rano idę na świętą eucharystię, wsłuchuję się w swoje serce. Potem podtrzymuję tradycję, czyli sprzątam groby, modlę się za swoich bliskich zmarłych. Zapewne na cmentarzu spotkam też swoją żyjącą rodzinę, zabieram więc ich wszystkich na kieliszek dobrego wina bądź grzańca. Tak to widzę, bo naprawdę jest to dobry czas, a nie smutny.

 

 

Przynosi ksiądz na groby znicze? Kwiaty?

 

Pierwszego listopada jestem urzędowo, więc nie (śmiech). Ale generalnie jest tak, że mam kupione 15, czy 17 zniczy. Stawiam je zawsze tam, gdzie jest całkiem ciemno. Czyli na groby, o których zapomniano. Parafia to moja rodzina. Staram się dbać o wszystkich. Modlić się za wszystkich.

 

 

Dlaczego modlitwa za zmarłych jest tak ważna?

 

To jest bardzo dobre pytanie. Czy jak zmarł mój wujek, to on żyje, czy nie żyje? Jeśli wciąż żyje, to mogę mu pomóc, a jeśli nie żyje, to moja modlitwa jest nic nie warta. Ważne, jest też to, czy ja wierzę, że zmarli żyją w tamtym świcie, bo jeśli nie wierzę, to dajmy sobie na spokój ze zniczami. Jeśli wierzę, to mam pewność, że im pomagam dostać się do nieba.

 

Jak ksiądz myśli, ilu ludzi naprawdę wierzy?

 

 

Oby połowa. Nie wiem, to jest niemierzalne. Mam jednak nadzieję, że wszyscy idą na groby, aby modlić się za swoich zmarłych. Myślę, że w Polsce traktuje się groby jak część domu - tam też przecież mamy światło i kwiaty, dbamy, by było czysto, ładnie.

 

 

Śmierć przeraża nas, dlaczego? Dlaczego boimy się umierać?

 

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że nie jest to brak wiary. Strach wynika z odpowiedzialności. Trzeba będzie ponieść konsekwencje swojego życia. Potwierdzają to moje spotkania z ludźmi umierającymi, gdy idę ich namaścić. Nierzadko mówią wówczas, że będą musieli teraz odpowiedzieć za swoje życie. Myślę, że boimy się konsekwencji za nasze grzechy. Wszystko zależy od stanu naszego serca. Ktoś, kto pięknie żył, nie boi się śmierci. Mam na to mnóstwo dowodów. Jeśli miałem dobre życie nie żal umierać, jeśli złe, żal. Być może ten żal i strach wynika z tej świadomości, że jeszcze nie zdążyłem odpokutować tu na ziemi tych złych rzeczy.

 

 

Pogrzeb, cmentarz, nagrobek, świeczki. Dlaczego miejsce pochówku jest tak ważne?

 

Ono jest potrzebne nam, nie zmarłym. Dlaczego tworzymy symboliczne groby tych, co zginęli na morzu albo podczas wojny? Żeby mieć gdzie do nich wrócić myślami, mieć gdzie się pomodlić, przeżyć żałobę. Odwiedzając groby bliskich nam osób, nieuchronnie wpadamy w zadumę, myślimy o przemijaniu. Pamiętajmy jednak, że chrześcijaństwo niesie ze sobą bardzo mocne przesłanie związane ze śmiercią. Listopad wiąże się zatem z Wielkanocą. Śmierć nie jest końcem, Chrystus ją zwyciężył, a więc i nas czeka życie wieczne. Trudne do wyobrażenia, bo poza czasem i miejscem, ale wieczne. To Norwid powiedział: "Śmierć dotyka tła, nie istoty".

 

Jakie ma to znaczenie dla współczesnego człowieka?

 

Krzyż to połowa drogi. Grób jest znakiem tego, że dotarliśmy do półmetka. Ale pamiętajmy, że był on pusty. Grób pokazuje nam zwycięstwo Chrystusa nad śmiercią, ratuje wszystkie nasze pragnienia i marzenia. Gdyby śmierć oznaczała koniec, jakie one miałby sens? Jaki sens miałyby nasze dążenia, starania? A jednak się liczą. 1 listopada to nie jest smutny dzień. To święto zwycięzców.



Komentarze do artykułu

Napisz


Komentarze