Poniedziałek, 26 Październik, Imieniny: Ewarysta, Lucyny, Lutosławy -

Reklama


Reklama

Scena – spełnienie marzeń Krzysztofa Berendta (zdjęcia)


Ze Szczytnem związana była Krystyna Sienkiewicz, Krzysztof Daukszewicz - oczywiście – Krzysztof Klenczon i zapewne sporo innych ludzi sceny i estrady. Nie koniec jednak na tym, co było, bo utalentowanych ludzi nam nigdy nie brakowało i nie brakuje. Do tego grona należy Krzysztof Berendt, obecnie aktor Teatru Miejskiego w Gdyni. Warto tu przytoczyć jedną z recenzji, jaką otrzymał najnowszy spektakl z jego udziałem: „Krzysztof Berendt jako Myszkin jest urzekająco delikatny, wrażliwy. Ma oczy dziecka, które się zadziwia otaczającym go światem. Promieniuje miłością do ludzi i wiarą w Boga. Choć - i warto na to zwrócić uwagę - jest scena, gdy jego oczy stają się szalone. To postać i z Dostojewskiego, i z naszych czasów równocześnie.” Z Krzysztofem rozmawiamy o drodze na teatralną scenę i spełnianiu marzeń.



Pamiętasz swój pierwszy publiczny występ?

 

To już było w przedszkolu. To był chyba koncert, który był prezentowany podczas majówki. Pamiętam, że stałem przy mikrofonie w białej koszulce i zielonych portkach, które wtedy wychowawczynie szyły same. Na koszulce była korona, jako logo przedszkola „Bajka”. Coś śpiewaliśmy, ale co to było, to już nie wiem. A później, rzecz jasna, to już były wszystkie wydarzenia okolicznościowe, jak to w przedszkolu, a to dla mam, a to dla babć i dziadków. I tak już mi zostało także w kolejnych szkołach. W Szkole Podstawowej trafiłem pod skrzydła pani Kasi Zygmuntowicz. Uczyła języka polskiego. Zachęciła mnie do udziału w konkursie recytatorskim. Swoją interpretacją „Ptasiego radia” wygrałem etap szkolny, później miejski, a także wojewódzki. W kolejnych konkursach recytatorskich też mi dobrze szło...

 

I wtedy uznałeś, że...

 

Że może to jest właśnie moja droga: scena, występy, recytacja, a to w sumie składało się na aktorstwo. Wtedy nawet moja mama uznała, że tak może się stać, że mogę mieć sceniczną przyszłość przed sobą. Co prawda, jak mówiła, nie prorokuje tego ze względu na mój ewentualny talent, ale na... umiejętność przekonującego kłamania.

 

A kiedy już tak na pewno wiedziałeś, że chcesz spędzić życie na scenie?

 

Chyba podczas... debiutu filmowego. Wybrałem się na casting w Szczytnie do filmu „Róża” Wojciecha Smarzowskiego. Poszedłem z tatą, bo byłem nieletni i musiałem mieć zgodę opiekuna. Miałem wtedy jakieś 12 czy 13 lat. Trzeba było się przedstawić, powiedzieć parę słów o sobie, zrobili mi zdjęcia z prawej i lewej – i tyle. Zdziwiłem się kilka dni później, gdy realizatorzy zadzwonili, że będę w tym filmie grał.

 

Opowiedz dokładniej o tej filmowej przygodzie.

 

To było coś między statystą a aktorem, bo byłem tzw. epizodystą. Nawet, podczas kręcenia, wypowiadałem w różnych momentach kilka słów czy zdań, ale w ostatecznej wersji ich nie ma. Moja rola ograniczała się do udziału w kilku scenach. Na przykład prowadziłem Marcina Dorocińskiego, który grał główną rolę męską – Tadeusza, gdy w stanie tzw. mocno trunkowym wracał do domu. Albo np. gdy Agata Kulesza, w roli tytułowej Róży, spoczęła już w trumnie, moją rolą było się przy tej trumnie modlić. W sumie więc uczestniczyłem w kilku epizodycznych scenach, które przeplatają się przez cały film, przez co moja przygoda filmowa trochę trwała. Łącznie to było może ze trzydzieści dni zdjęciowych, rozłożonych chyba na pół roku albo i więcej.

 

Z tego co wiem, to nawet statystom płaci się honorarium, a epizodystom pewnie więcej. Ile?

 

Nie wiem. Byłem nieletni, więc finansami zaopiekowali się rodzice. Jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy spytać, czy i jak bardzo przyczyniłem się do poprawy domowego budżetu. Dla mnie to była ogromna przygoda. Zdarzyło mi się rozmawiać osobiście z reżyserem. Wcześniej mnie ostrzeżono, że nie należy się do niego zwracać: „Proszę pana”, ani nawet „Panie Wojciechu”. Wszyscy, absolutnie wszyscy zwracali się do niego per Wojtek, ja też.

 

To ciekawe wspomnienie. Jakieś jeszcze?

 

Nie wiem... Jeśli mnie ktoś z tych najważniejszych na planie zapamiętał, to pewnie głównie z tego, że wszystkim ciągle robiłem herbatę. Gdy miałem przerwę, nie uczestniczyłem akurat w żadnym ujęciu, to przecież czymś się musiałem zająć, więc pomagałem chociaż tak właśnie – robiąc tę herbatę. A że sporą część filmu kręcono zimą, to każdy chętnie korzystał.

 

Po podstawówce nastał czas ogólniaka. Wciąż z myślą o aktorstwie?

 

Najpierw jeszcze gimnazjum. I już wtedy mówiłem cały czas, że będę aktorem. Wszyscy ze mnie żartowali, kpili, zarówno rówieśnicy, jak i nauczyciele. Jakoś tak niezbyt dolegliwie, ale i tak było to mało motywujące. Właściwie wierzyły we mnie tylko moje wspaniałe polonistki: Ewa Misiuk w gimnazjum i Ewa Napiórkowska w liceum...

 

Czyli rodzice jednak nie?

 

Zawsze mnie wspierali, to bezsprzeczne. Finansowali moje przygotowania, udział w kursach. Mama zawsze mówiła, że mam robić to, na co mam ochotę, co sprawi mi przyjemność. Nigdy żadne z rodziców nie sugerowało, że jakiś inny zawód byłby lepszy, nie namawiali do tego, bym został lekarzem czy policjantem jak tata. Rodzice ode mnie i od mojej młodszej siostry właściwie wymagali tylko jednego: byśmy żyli i postępowali tak, by nikomu nie wyrządzić żadnej krzywdy. Naprawdę mam wspaniałych rodziców. To mi nawet trochę przeszkadzało w szkole aktorskiej, gdzie trzeba się przecież wcielać w różne postaci, przedstawiać emocje. Na przykład miałem pokazać jak się zachowuję, gdy ojciec wraca pijany do domu. Mówię: nie wiem, nie widziałem. Podobnie było, gdy podczas ćwiczeń miałem odgrywać skrzywdzonego chłopca, który został pobity. Też miałem problem, bo nigdy nie dostałem lania. Ci, którzy mieli za sobą jakieś osobiste przeżycia mieli trochę łatwiej, a ja musiałem sobie to wszystko wyobrażać.


Reklama

 

Czyli po maturze już szkoła aktorska...

 

W Olsztynie. To było Policealne Studium Aktorskie przy Teatrze im. Jaracza. Nauka trwała trzy lata. Uzyskałem dyplom rok temu, w czerwcu. Marzyła mi się praca nad morzem. Postawiłem na Gdynię, więc do dyrektora tamtejszego teatru jeździłem jeszcze jako student ze swoim studenckim portfolio i zapraszałem na spektakle, w których grałem. W końcu udało mi się go przekonać. Przyjechał do Olsztyna na nasz ostatni, dyplomowy spektakl.

 

Co to było?

 

Nosiło tytuł „Z Różewicza dyplom” w reżyserii Zbigniewa Brzozy, dyrektora „Jaracza”. Była to kompilacja dziewięciu dramatów Różewicza. Odgrywałem tam kilka różnych postaci. Po spektaklu dyrektor z Gdyni, Krzysztof Babicki, przyszedł do garderoby, pogratulował wszystkim uczestnikom, poprosił mnie na bok i... powitał w jego zespole. Dodał, że dziś, czyli w dniu tego występu, mam jeszcze świętować, a od następnego dnia zaczynamy pracę.

 

I od razu pojechałeś do Gdyni?

 

Jeszcze nie. Musiałem, hm... odpocząć po tym świętowaniu. Ale później potoczyło się już szybko. Spektakl dyplomowy odbył się 26 czerwca, później kilka organizacyjnych wizyt w Gdyni, gdzie na stałe osiadłem 26 września i od 1 października zostałem etatowym aktorem w Teatrze Miejskim im. Witolda Gombrowicza.

 

To może akurat debiutowałeś w „Ferdydurke”?

 

Nie. Przypadły mi w udziale Mickiewiczowskie „Dziady”. Grałem Literata i Diabła.

 

Poważnie? To „Dziady” jeszcze trafiają na sceny?

 

Poważnie. Też się dziwiłem trochę. Ale okazuje się, że to jedna z najbardziej, powiedziałbym, rozchwytywanych teatralnych produkcji. Premiera była w grudniu ubiegłego roku, a bilety na wiele kolejnych spektakli były wyprzedane jeszcze przed tą premierą. Graliśmy „Dziady” aż do wybuchu pandemii i zamknięcia teatrów.

 

No właśnie. Jak twoje aktorstwo wygląda obecnie?

 

Czas zamknięcia nie był łatwy. Pracowaliśmy, ale próby online trudno nazwać aktorstwem. Teatr otworzyliśmy, gdy tylko było można, czyli 6 czerwca. I od razu przywitaliśmy widzów premierą. Była to zresztą pierwsza premiera w kraju po tej przymusowej przerwie. Pokazaliśmy sztukę „Nastazja wychodzi za mąż” na motywach „Idioty” Fiodora Dostojewskiego. Tu się już muszę pochwalić - gram w tym spektaklu główną rolę, czyli księcia Myszkina. Spektakl miał już kilka recenzji, samych pozytywnych, ale to już pani wie.

 

Z tego co wiem, „na boku” robisz też sporo innych rzeczy. Jakieś warsztaty, kolonie dla dzieci...

 

To głównie w wakacje. Przed etatem w teatrze jeździłem, jako wychowawca, z młodzieżą na kolonie, bo współpracuję z biurem turystycznym z Olsztyna. Prowadzę warsztaty teatralno-animacyjne. Ostatnio np. współpracowałem ze stowarzyszeniem „Płozytywni”. W Gdyni też się tym zajmuję. Uczestniczę również w spotkaniach ze studentami, uczniami...

 

Jakieś ciekawostki z tej sfery twojej działalności?

 

Różne. Niektóre fajne, nawet śmieszne, inne mniej. Pamiętam zdarzenie z kolonii. W jednym z pokoi mieszkało razem pięć dziewczynek. Zaczęły im ginąć różne rzeczy. Cztery z nich uznały, że tych kradzieży dokonuje ta piąta. Przygotowały „pułapkę”, która jednak wykazała niewinność tej wytypowanej. Spytałem wówczas te cztery dziewczynki, dlaczego uznały, że kradnie akurat ta ich koleżanka. To, co mi odpowiedziały, do dziś wywołuje u mnie dreszcz zgrozy. Stwierdziły bowiem, że ta jedna nie ma oryginalnych butów, a one wszystkie miały. Uznały więc, że skoro tego jednego dziecka nie stać na markowe ciuchy, a więc jest biedne i na pewno kradnie. Byłem zszokowany. Innym razem, już w Gdyni, podczas jednego ze spotkań uczeń średniej szkoły, zupełnie poważnie, spytał mnie, czy mam osobistą kucharkę. I był zdziwiony, gdy powiedziałem, że nie mam. No bo jak to? Aktor - to ma wszystko. Taka jest świadomość młodych ludzi. Chociaż w sumie sam jeszcze jestem młokosem, mam przecież zaledwie 23 lata.

 

Masz jakąś teorię? Skąd się biorą takie irracjonalne opinie wśród dzieci i młodzieży?

 

Trudno mi powiedzieć. Myślę, że to kwestia głównie tego, co się wynosi z domu. Jeśli ktoś uważa drugiego człowieka za gorszego, za zdolnego do złych czynów tylko dlatego, że nie ma markowych butów... To nie rodzi się samo z siebie. W tym jest też, moim zdaniem, duża wina mediów, gdzie promuje się właśnie taką postawę: że trzeba mieć najlepsze, najdroższe, że trzeba wyglądać super. Że to jak wyglądamy i w co jesteśmy ubrani mówi o tym, kim i jacy jesteśmy. Do tego dochodzą jeszcze najróżniejsze filmiki na youtube, które też „uczą”, że najważniejsze jest „mieć”, a nie „być”. Taka moda. To jestem w stanie zrozumieć, byle tylko to wszystko nie przekonywało, że jeśli ktoś nie jest, piękny, wystrzałowo ubrany, z bezkonkurencyjnym makijażem czy fryzurą, to jest gorszy.

Reklama

 

Ale skądś się jednak ta aktorska, celebrycka sława bierze...

 

Jest takie powiedzenie, że prawdziwy aktor ma związek z teatrem, a romans z filmem. Tyle że w odbiorze społecznym jest zupełnie odwrotnie. Mam na przykład koleżankę, która jest aktorką w teatrze w Płocku. Gra główne role w bardzo wielu spektaklach, naprawdę ważnych, a ona jest świetną aktorką. Zdarzyło się, że została zaproszona do krótkotrwałego udziału w popularnym serialu, w „Barwach szczęścia”. Po kilku wyemitowanych odcinkach spacerowała po płockiej starówce. W wielu miejscach były tam porozwieszane plakaty informujące o nowej sztuce w teatrze. Opowiadała, że wiele osób ja zatrzymywało, prosiło o wspólne zdjęcia. Nie odmawiała i pytała, w jakim spektaklu ją widzieli. Byli zdziwieni. W spektaklu? W teatrze? A nie, nie. Przecież pani gra w „Barwach szczęścia”. Taka to jest aktorska „sława”. Sam się już z tym zaczynam stykać. Spotykam dawnych kolegów czy znajomych i oczywiście pytają, co robię. To mówię, że jestem aktorem. „Tak?! A w jakim serialu?” - to pytanie pada zawsze. Odpowiadam więc, że nie w serialu, tylko w teatrze. I wtedy ich entuzjazm i zainteresowanie zupełnie znika. Niestety, popkultura dopada wszystkich i wszędzie. Niekoniecznie jest to pozytywne.

 

To może wróćmy do spraw przyjemniejszych. Ostatnio zachęcaliśmy mieszkańców Szczytna, by zapoznali się ze słuchowiskiem, w którym bierzesz udział. Możesz coś więcej na ten temat powiedzieć.

 

To bardzo ważna inicjatywa, tyle że wcale nie dotyczy spraw przyjemniejszych. Słuchowisko powstało przy współpracy z Fundacją „Oczami Brata” w Częstochowie. Nosi tytuł „Cebula”. Jest to prawdziwa historia rodziny założyciela tej Fundacji, a właściwie jego brata, który miał zespół Downa i zmarł kilka lat temu. Słuchowisko mówi o ludziach „innych”, odepchniętych, wykluczonych, odtrąconych tylko dlatego, że są osobami z niepełnosprawnościami. Fundacja gromadzi obecnie środki na rozpoczętą już budowę domu właśnie dla osób z niepełnosprawnościami, tych, którzy stracili już bliskich, opiekunów, którzy nie mają już nikogo, kto by im pomógł radzić sobie z trudną codziennością. To był spektakl przygotowany nie tylko po to, by pokazać ten niezwykle ważki problem społeczny, ale też przy okazji promować ten dom i zebrać fundusze. Niedawno odbyło się wbudowanie kamienia węgielnego, którą to uroczystość miałem okazję prowadzić. „Cebula” jest dostępna na kanale youtube. Zachęcam.

 

Mimo że stykasz się z wieloma aspektami życia w jego nie najbarwniejszej postaci, to wciąż jesteś pełen młodzieńczego entuzjazmu, energii i optymizmu, a przed tobą jeszcze mnóstwo lat twórczej pracy. Dopiero zaczynasz. O czym marzysz, zawodowo i prywatnie?

 

To właściwie marzenia dotyczące obu tych sfer. Takie skromne: by to, co już mam, trwało i rozwijało się wyłącznie w dobrym kierunku. Tak naprawdę to mam bardzo długą listę swoich marzeń i celów. I ta lista ciągle się powiększa. Chciałbym stanąć kiedyś na deskach Teatru Narodowego w Warszawie, może i zagrać w jakimś serialu (bo świetnie za to płacą), chciałbym kiedyś poprowadzić konferansjerkę podczas „Dni i Nocy Szczytna”. Ale to wszystko jest właściwie jednym marzeniem. Takim skromnym: by to, co już mam, trwało i rozwijało się wyłącznie w dobrym kierunku. Mam też swoje motto: „Żyjmy tak, jakby niebo było na ziemi”. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy to gdzieś wyczytałem, czy sam wymyśliłem... Ale póki co staram się tak właśnie żyć.

 



Komentarze do artykułu

Katarzyna Sławińska

Niezwykła osobowość, zdarzyło mi sie zobaczyć tą niesamowitą pełną pasji twórczość. Niestety nie zdarzyło mi sie wspołpracować, aczkolwiek z młodszą siostrą wiele razy. Utalentowane rodzeństwo, przesymatyczni ludzie, pełni entuzjazju i pozytywnej energii. Podziwiam. Życzę powodzenia w dążeniu do realizacji marzeń i celów. Pozdrawiam serdecznie, wszystkiego dobrego.

Mirosława Lipka

Powodzenia w poszerzaniu terytorium tego NIEBA, zarażaj swoim optymizmem i życzliwością wszystkich wokół siebie, a talent, który masz niech będzie dla Ciebie szerokim terenem nowych wyzwań i sukcesów. Świat stoi przed Tobą otworem, bierz garściami dobro z niego płynące.

Kaczmarczyk Małgorzata

Panie Krzysztofie znam Pana od przdszkola i Pańskich rodziców iwszystko co Pan powiedział jest miłą kwintesencją tego że młodzież rozwija swoje pasje.Jestem mamą córki Sylwii która uwielbiała taniec i za swoją pasją po gimnazjum pojechała 200 km do Bialego Stoku i skończyła szkołę teatralno taneczną.Szkoda że dzisiaj nie rozwija tej pasji.Pamiętam jak jeszcze w gimnazjum brała udział w Dziadku do Orzechów wystawianych przez Ilonę Pawlowicz w Filharmonii Olsztyńskiej .Pół roku prób i 2 tygodnie koncertów codziennie.Staraliśmy się pomagać dowozić córkę.Wspieraliśmy ją.Byłam badzo dumna gdy wśród wszystkich osób 200 tancerzy i 90 osób orkiestry na finałowej scenie była również moja córka.Ale wiem też jak ciężka jest praca na scenie.Dlatego trzymam za Pana Kcióki.Obecnie moja córka jest również w Gdyni chodziła z resztą z Panem do przedszkola i chyba podstawówki jesteście rówieśnikami.Poproszę żeby kupiła nam bilety na Pana spektakl specjalnie przyjedziemy ekipą ze Szczytna.

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama


Komentarze