Wtorek, 20 Kwiecień
Imieniny: Alfa, Leonii, Tytusa -

Reklama


Reklama

Ryszard Juszczak – kontynuuje rodzinną tradycję


Nie jest rzadkim przypadkiem, że syn idzie w ślady ojca. Często zależy to jednak od atrakcyjności zawodu. Czy gazownictwo taką atrakcją jest? Według Ryszarda Juszczaka – zapewne, skoro kontynuuje rodzinną tradycję. Nie jest to zresztą jedyne powielenie zawodowe, jakie w tej rodzinie przeszło z pokolenia na pokolenie. O tradycjach i współczesności rozmawiamy.



Jak to było z wyborem zawodu?

 

Siłą rzeczy gazownictwo było w domu obecne, skoro ojciec się tym zajmował. W szkole podstawowej byłem, nie chwaląc się, dobrym uczniem. Naturalnym wyborem wydawało się liceum, ale rodzice sugerowali technikum twierdząc, że lepiej mieć jednak zawód. Zamierzałem więc uczyć się w istniejącym wówczas świetnym technikum budowy dróg i mostów, ale ostatecznie ukończyłem również świetne, a do tego jedyne w Polsce, Technikum Roszarnicze.

 

ART Olsztyn 1984.

 

Młodsze pokolenie szczytnian nie ma pojęcia, że takie szkoły u nas istniały...

 

I żal, że ich nie ma. W tym czasie Lenpol był lnianym gigantem i to technikum kształciło przede wszystkim na potrzeby tego zakładu, ale też i kilku innych, bo wtedy jeszcze, na przełomie lat 70/80, przemysł lniarski w Polsce należał do światowej czołówki. Ostatecznie jednak nie zostałem roszarnikiem...

 

Gdyż...?

 

Studia rozpocząłem na wydziale mechanicznym ART w Olsztynie (obecnie UWM). Zostałem inżynierem mechanikiem, ale gdy po studiach przyszedł czas na wybór tzw. podyplomówki, wybrałem gazownictwo.

 

Dlaczego?

 

Trudno powiedzieć... Wpływ na to miała z pewnością praca, którą rozpocząłem w 1990 roku, w szczycieńskiej gazowni. To był niełatwy czas, po transformacji ustrojowej zakłady padały, bezrobocie rosło... Szczerze przyznam, że zatrudnił mnie tam własny ojciec.

 

Praktyka studencka  URSUS 1984.

 

 

Wybór podyplomówki był związany ze stanowiskiem, jakie pan tam uzyskał?

 

W żadnym wypadku. Ojciec „przeczołgał” mnie przez wszystkie „funkcje”, od najniższego szczebla. Zmuszony byłem nabyć doświadczenie zawodowe „od podszewki”. Początkowo byłem na ojca zły, ale po kilku latach, kiedy sam już objąłem funkcję kierowniczą uznałem, że było to z jego strony bardzo dobre posunięcie. Zresztą taka ścieżka zawodowa, od samego nazwijmy to – dołu, była wtedy dość powszechna. To dopiero w tym wieku, gdzieś od początku roku 2000, firma zatrudniała inżynierów po studiach od razu na stanowiskach tzw. umysłowych.

 

Pana ojciec był kierownikiem szczycieńskiej gazowni, po nim pan. Ile lat łącznie ten zakład był w rękach rodziny?

 

Urodziłem się w Reszlu (w 1965 roku) i tam tata również kierował zakładem gazowniczym. W 1970 roku zaproponowano mu swoisty awans poziomy. Nadal był kierownikiem, ale Szczytno to już było i większe miasto, i większy zakład, i większe potrzeby, a wraz z tym wszystkim – i większa odpowiedzialność. W 1997 roku tata odszedł na emeryturę, a mi władze firmy powierzyły jego stanowisko. Później, w 2012 roku, można powiedzieć, że awansowałem i pracowałem w olsztyńskim oddziale. Wytrwałem do 2017 roku, kiedy to uznałem, że dojazdy są zbyt męczące. Odszedłem więc z państwowej spółki, ale nie rozstałem się z zawodem – uruchomiłem własną działalność gospodarczą. Nie zajmuję się jednak budową sieci czy instalacji gazowych, lecz ich projektowaniem. Sumując – szczycieński zakład gazowniczy był – jak to pani ujęła - w rękach rodziny ponad 40 lat.

 

Technikum Roszarnicze 1983 r.


Reklama

 

 

Ma pan też czas na działalność społeczną. Został pan członkiem Szczycieńskiej Rady Gospodarczej, a nawet zastępcą jej przewodniczącego. To nowość w pana życiu, czy aktywny bywał pan wcześniej?

 

Właściwie nowość. Jeśli gdzieś się udzielałem, to głównie na forum branżowym. Czemu akurat ta rada? Mieszkając w mieście trudno nie widzieć, co i jak się dzieje, nie oceniać, nie rozważać czy i co można by zmienić, poprawić. Żaden z wcześniejszych włodarzy nie wpadł jednak na pomysł, by zasięgać rady i współpracować z lokalnym biznesem. Zrobił to dopiero obecny burmistrz, a dodam, że również się do tego przyczyniłem. Pechowo mamy jednak obecnie taki czas, że trudno jest nam, jako Radzie Gospodarczej, funkcjonować i pełnić swą rolę.

 

A jaka to rola?

 

Rada jest ciałem opiniodawczym, doradczym i pomysłodawczym dla burmistrza Szczytna.

 

Ta trzecia funkcja jest szczególnie ciekawa. Jakie zatem pomysły ma Rada?

 

Sporo. Nie są to jednak pomysły, nazwijmy to – jednostkowe, mówiące o ustawieniu gdzieś ławeczki czy wybudowaniu fontanny, chociaż i takie się zdarzają. Pracujemy nad pomysłami o szerszym spektrum, które można by chyba nazwać wizją rozwoju miasta. Zdajemy sobie sprawę z tego, że Szczytno nie stanie się gigantem przemysłowym, ale potencjał turystyczny mamy spory i chodzi o to, by go możliwie jak najlepiej wykorzystać. Nie brakuje nam terenów, które temu wykorzystaniu mogą służyć. Jeziora, nawet niewielkie, jak nasze, mogą być atrakcyjnie „sprzedane”, duży potencjał tkwi też, na przykład, w parku przy ul. Skłodowskiej-Curie.

 

2019r.  40-lecie rozpoczęcia nauki Technikum.

 

Opinia rady ma być wiążąca?

 

Nie tylko. Uważamy, że wszyscy mieszkańcy Szczytna powinni mieć więcej do powiedzenia. Chcielibyśmy, aby mieszkańcy swą wyrażali swą opinię, a przede wszystkim, by robili to chętniej niż obecnie, bo pod tym względem aktywność i zaangażowanie szczytnian uważam za znikome.

 

A gdzie i w jaki sposób mieszkańcy mogą tę swoją opinię wyrażać?

 

I to jest właśnie jeden z tematów, nad którym pracujemy. Łączy się to też z polityką informacyjną miasta, która – delikatnie mówiąc – nie jest wystarczająca. Tak osobiście uważam. Jak to połączyć, jak umożliwić mieszkańcom udział w procesie decyzyjnym – nad tym pracujemy, chociaż nie jest to proste. W Radzie Gospodarczej licznie reprezentowane są różne środowiska, różne branże, a każda z nich inne sprawy uważa za te najważniejsze.

 

Przypuszczam, że i sytuacja rodzinna pozwala panu obecnie na większą aktywność w sferze społecznej?

 

Poniekąd. Dzieci dorosły i się usamodzielniły, a to zawsze daje rodzicom dopływ wolnego czasu, który jakoś trzeba zagospodarować. Ja projektuję, żona pracuje...

Mediolan szkolenie 1994 Fabryka Stacji Gazowych Pietro Fiorentini.

 

 

Żona pracuje w...

 

Jest nauczycielką. Uczy w ZS nr 2. Z jej zawodem również łączy się pewna rodzinna anegdota. Nauczycielką była też moja mama i z przekonaniem twierdziła, że przedstawicielka tego zawodu nigdy nie zostanie wybranką mojego serca. W istocie - początkowo tak właśnie było. Moja żona, która na ART ukończyła technologię żywności, prowadziła handlową działalność gospodarczą. Kilkanaście lat temu otrzymała propozycję, by nauczać chemii w szkole. Zgodziła się i tak to trwa. Mama, która niestety, już nie żyje, nie tylko zmieniła swoją wcześniejszą opinię, ale nawet się ucieszyła. Obie panie miały tym sposobem wiele wspólnych tematów do rozmów.

Reklama

 

Wspomniał pan o dzieciach...

 

Dokładnie to o córkach. Dwóch. Obie już dorosłe, wykształcone w wybranych zawodach, nawet jeśli – w myśl stereotypów – nieco dziwnych dla kobiet. Przynajmniej w przypadku jednej z nich.

 

A czym się zajmują?

 

Starsza – Kaja, ukończyła inżynierię środowiska i pracuje w biurze projektowym. Młodsza wybrała zawód niecodzienny. Dość powiedzieć, że jej praca dyplomowa polegała na skonstruowaniu... silnika rakiety kosmicznej. Ukończyła bowiem w Wojskowej Akademii Technicznej kierunek: lotnictwo i kosmonautyka. Dyplom obroniła rok temu, a obecnie rozpoczęła naukę w innym kierunku – chce być dodatkowo programistką. Obie, jak dotąd, są do wzięcia, przynajmniej teoretycznie, ale nie jestem pewien, czy chętnie dałyby się wziąć. Zajęte własnym rozwojem. Przypuszczam, że na wnuki przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać.

 

Jakieś hobby? Zainteresowania poza gazownictwem i rozwojem Szczytna?

 

Zainteresowania raczej statyczne: film i muzyka. Można by powiedzieć, że jestem kinomanem, chyba od zawsze. Lubię polskie kino, bo po dość długim czasie nazwijmy to marazmu, od ładnych kilku lat jest ono naprawdę wartościowe. Do ostatnich, jakie zrobiły na mnie wrażenie, należy serial „Ślepnąc od świateł”. Za kultowy film dla siebie uważam od dziesięcioleci „Ojca chrzestnego”. Można więc przyjąć, że w moich filmowych gustach dominuje sensacja, mocne emocje. Podobnie tzw. mocne uderzenie dominuje w muzyce, której słucham. Nie jest może tak, że jestem fanatykiem, ale na przykład gdy pracuję, w tle musi coś „brzęczeć” - lepiej mi się myśli.

1997 nominacja na Kierownika Gazowni Szczytno.

 

To może jeszcze parę porad dla czytelników. Jest pan fachowcem w zakresie gazownictwa, a gaz uważany jest za cichego zabójcę. Mieliśmy zresztą i w Szczytnie kilka przypadków zatruć i śmierci. Jak się przed tym chronić?

 

Pierwsza, podstawowa zasada: w pomieszczeniu, w którym znajduje się urządzenie gazowe, nazywane potocznie piecykiem kąpielowym, musi być wentylacja wywiewna oraz nawiewna. Ta druga – to typowa kratka w drzwiach łazienkowych, a ta pierwsza – potocznie nazywana jest kratką pod sufitem. Obie te kratki dają efekt w postaci cyrkulacji powietrza, co pozwala uniknąć gromadzenia się gazu w niebezpiecznym stężeniu. Piecyk do swojej prawidłowej pracy potrzebuje określoną ilość powietrza do spalenia gazu ziemnego. Ilość niebagatelną, bo do spalenia 1 m3 gazu potrzeba aż 9 m3 powietrza. I to kratka nawiewna dostarcza mu to powietrze. Zaklejanie tych kratek to prawie samobójstwo, bo powoduje zmniejszenie dopływu powietrza i zakłócenia w pracy piecyków, szczególnie starszych typów. W taki sposób dochodzi do niepełnego spalenia gazu i powstawania śmiertelnego czadu. Ważne jest też, podobnie jak w przypadku kominów, by raz na jakiś czas zlecić fachowcowi dokonanie przeglądu takiego piecyka. Często powtarzam, że jak o samochód – to ludzie dbają jak o rodowy klejnot, natomiast jeśli chodzi o takie „zwykłe” domowe urządzenia, jak właśnie piecyki czy kuchenki – dbałości nie ma niemal w ogóle. A przecież to tak samo: i niesprawny samochód i niesprawny piecyk może doprowadzić do tragedii. Warto o tym nieustannie przypominać.

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama

Reklama


Komentarze