Piątek, 3 Kwiecień, Imieniny: Pankracego, Renaty, Ryszarda -
Jesteś świadkiem jakiegoś wydarzenia? ZGŁOŚ

Reklama


Reklama

Ratownicy medyczni świętowali w niedzielę


Miniona niedziela to Dzień Ratownictwa Medycznego. Przypadający akurat czas wyborów parlamentarnych przyćmił ratowników, ale to nie powód, by o nich całkiem zapomnieć. O ratownictwie i szczycieńskich ratownikach rozmawiam więc z powiatowym koordynatorem tego działu służby zdrowia - Grzegorzem Achremczykiem.



Ilu ratowników liczy sobie szczycieńskie pogotowie?

 

Wszystkich pracowników w pogotowiu jest 55, w tym 45 ratowników, 8 pielęgniarek, które jeżdżą w zespołach ratownictwa i – co może być zaskoczeniem – 2 pielęgniarzy, którzy pełnia tę samą rolę co panie.

 

To dużo czy mało?

 

Może się pozornie wydawać, że to sporo, ale w strukturze dyżurów wygląda to tak, że nieustająco działają cztery zespoły, pracujące w systemie państwowego ratownictwa medycznego i jeden zespół transportowy, który obsługuje „trasy” międzyszpitalne, czyli służy do przewozu chorych np. na specjalistyczne badania. Nie można tego mylić z transportem sanitarnym, który np. przywozi pacjenta do szpitala, gdy np. lekarz rodzinny da takie zlecenie, czy też ta akurat karetka przywozi z Olsztyna krew, potrzebną do zabiegów. Zespół karetki pogotowia składa się z dwóch lub trzech osób, pracuje na dyżurach 12 godzin lub 24, a czasem i dłużej. To ogromne obciążenie pracą, które wymaga też odpowiedniego czasu na odpoczynek. Do tego trzeba jeszcze doliczyć różne wolne, urlopy, choroby itp. Dlatego w pogotowiu musi być zatrudnionych tyle osób. I przyznam, że wcale nie odczuwam nadmiaru, a wręcz przeciwnie – czasem trudno jest tak ustalić dyżury, by wszystko grało.

 

Zdarzyło się, że jakaś karetka nie miała obsady?

 

Nie. Na szczęście nie doszło jeszcze do takiej sytuacji, żeby nie można było tak ustawić grafiku, by jakaś karetka pozostawała bez załogi. Nawet w tych momentach, kiedy ratownicy w kraju prowadzili akcję strajkową, czy raczej protestacyjną. Jak to słusznie i prawdziwie ujął jeden z kolegów: mimo wszystko nasze sumienie nie pozwalało na to, by nie pojechać do chorych, by nie ratować ludzi.

 

Bywa, bodaj nawet niedawno miało miejsce w Szczytnie takie zdarzenie, że wszystkie karetki pracują, a do kolejnego wezwania jadą strażacy... czy to znaczy, że karetek, zespołów ratownictwa jest za mało na teren naszego powiatu?

 

Nie jest, ale pod warunkiem, że potrzebujący będą wzywać karetkę naprawdę tylko w takich przypadkach, które tego wymagają. Wciąż jednak jest dużo wezwań do przypadłości, które nie są stanem zagrożenia życia. Bywa na przykład, że kogoś gardło boli trzy dni i gdy mu ten ból już zbyt dokucza, okłamuje dyspozytora i wzywa pogotowie. Przedstawia objawy, które mogą wskazywać na poważną dolegliwość, a gdy przyjeżdżamy to okazuje się, że właściwie to pacjent chce tylko żeby mu receptę wypisać czy skierowanie do specjalisty.


Reklama

 

Czy takie nieuzasadnione wezwania nie powinny się kwalifikować jako fałszywe, a wzywający nie powinni być za to karani?

 

Powinni. I bywają, ale tak sporadycznie, że aż wstyd wspominać. Ukarać może policja, wlepić mandat. Ale to są niewielkie dolegliwości dla „żartownisiów”. Na początku, gdy ok. 6 lat temu wprowadzony został system centralnej, wojewódzkiej dyspozytorni, bywało różnie. Teraz jest to już dość dobrze działający system, ale nawet najlepszy nie jest w stanie wyłapać kłamczuchów.

 

Ten nowy system budził wtedy i budzi do dziś sporo kontrowersji.

 

Ma swoje plusy, ale ma i minusy. Na pewno dużym plusem jest ograniczenie do minimum całej papierologii, co łączy się z szerokim wykorzystaniem nowoczesnej techniki. Ona też pozwala na pełen monitoring każdej pracującej karetki. Dyspozytor w każdej chwili wie, gdzie jakiś zespół się znajduje, co robi, dokąd jedzie itp. To znacznie ułatwia organizację pracy i samą pracę też. Minusem jest natomiast to, że czasem dyspozytor nie zna terenu, z którego przyjmuje zgłoszenie, nie zna specyfiki. Ktoś np. dzwoni z Nowego Gizewa 69. Dyspozytor z Olsztyna po prostu przekazuje taką informację. Nasz, miejscowy, wiedział, że Nowe Gizewo to labirynt i dopytywał szczegółowo o to, jak dotrzeć do konkretnej posesji.

 

Wiele wątpliwości budziło też to, że w karetkach nie jeżdżą już lekarze...

 

To też ma swoje dobre i złe strony. Biorąc pod uwagę to, co podają aktualnie media, że brakuje w szpitalach około 50 tysięcy lekarzy, może dobrze się stało. Ratowników medycznych, jak dotąd, na szczęście nie brakuje, przynajmniej u nas. A trzeba pamiętać, że wymagania dotyczące kwalifikacji ratowników są coraz wyższe. My, podobnie jak lekarze, musimy mieć ukończone swoje specjalistyczne studia, musimy się nieustannie dokształcać, by uzyskać obliczaną w skali pięcioletniej liczbę punktów, by mieć pełne uprawnienia zawodowe. Te wymagania kwalifikacyjne powodują, że – chociaż nie mamy dyplomów lekarzy – możemy wykonywać wiele czynności stricte medycznych łącznie z podawaniem niektórych leków, co przed laty – bez dyspozycji lekarza – było niemożliwe.

 

Nie śledziłam ostatnich notowań, ale jak społeczność ocenia pogotowie ratunkowe? Czy zaufanie do ratowników rośnie czy maleje?

 

Jestem niejako w centrum, trudno mi to ocenić obiektywnie. Nasze działania nie są tak spektakularne, jak np. straży pożarnej. Łunę pożaru każdy widzi z daleka, leżącego w domu człowieka, którego może za chwilę zabić nadciśnienie nie widzi nikt. Naszą pracę na co dzień widzi wąskie grono ludzi, a często tylko my sami. Strażacy, policjanci, ale i my też przecież, mamy do czynienia z ofiarami wypadków drogowych, ale te wymienione służby nie reanimują dziecka, którego jednak nie daje się uratować, czy np. nie walczą o utrzymanie śladów życia u człowieka w postępującym udarze. I choć, jak sądzę, jako ratownicy medyczni mamy częściej do czynienia z takimi naprawdę traumatycznymi zdarzeniami, to w odróżnieniu od pozostałych służb, nie mamy ustawowo zapewnionej opieki psychologów. Nie... Nie będę oceniał, jaki jest poziom zaufania społecznego do ratowników medycznych. Mam za sobą 15 lat pracy w tym zawodzie. Trudnej, bardzo często niewdzięcznej. Nie będę się „licytował” z innymi służbami o to, kogo społeczeństwo bardziej lubi czy ceni. W naszej pracy nie o lubienie chodzi, a o ludzkie życie.

Reklama

 

 

 

Błażej Archacki,

najmłodszy ze szczycieńskich ratowników, ma 26 lat i pracuje w szczycieńskim pogotowiu nieco ponad rok.

 

Zawód wybrałem świadomie, jeszcze w liceum, w którym należałem do aktywnie działającego koła PCK. Podobała mi się pierwsza pomoc, której na zajęciach poświęcaliśmy sporo uwagi. Zdecydowałem się więc na kierunkowe studia. Dostać się na nie było łatwo, znacznie trudniej skończyć, bo to niełatwa dziedzina, ale nie żałuję. Właściwie każdy kolejny dyżur potwierdza, że nie popełniłem omyłki, że pomaganie ludziom, ratowanie życia innych to ciężkie, ale też bardzo satysfakcjonujące zajęcie. Oczywiście, nie zawsze i nie każde życie daje się uratować. To boli, nie jest łatwo to akceptować, ale trzeba się z tym pogodzić. Można powiedzieć, że „chrzest zawodowy” miałem wyjątkowo tragiczny. Byłem bezpośrednim świadkiem ubiegłorocznego wypadku na karuzeli, podczas Dni i Nocy Szczytna. Nie miałem wtedy dyżuru, byłem w lunaparku prywatnie. Widziałem całe zdarzenie, podjąłem akcję ratowniczą, wspomagałem kolegów, gdy przyjechał zespół. Nigdy tego nie zapomnę. Widok dziecka, zabijanego przez tę karuzelę, krzyk ludzi... To koszmar, z którego wciąż trudno mi się otrząsnąć. Zdarzenia, w których cierpią dzieci, są dla mnie najtrudniejsze. Myślę, że nie tylko dla mnie, dla wszystkich ratowników. Nie mamy mocy, by takim zdarzeniom przeciwdziałać, możemy tylko robić wszystko co możliwe, by walczyć ze skutkami, by ratować.



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama


Komentarze