Sobota, 30 Maj, Imieniny: Ferdynanda, Gryzeldy, Zyndrama -

Reklama


Reklama

Oskar Pałasz – polska historia mazurskiego chłopca


W połowie lat trzydziestych dwudziestego wieku na terenie powiatu szczycieńskiego, doszło do poważnego zatargu mazurskiej rodziny Pałaszów z przedstawicielami niemieckiej władzy. Podłożem konfliktu było wysłanie jednego z ośmiorga dzieci - Oskara Pałasza do polskiej szkoły w Bytomiu. Nic wówczas nie wskazywało, że sprawa znajdzie swój epilog w sądzie i nabierze rozgłosu na całe Prusy Wschodnie oraz będzie wykorzystana przez faszystowską propagandę.



Mazurska bieda

Rodzice nastoletniego Oskara mieszkali w Łysej Górze, niewielkiej osadzie położonej pomiędzy Elganowem i Grzegrzółkami. Nie należeli do ludzi zbyt majętnych - posiadali tylko niewielką połać ziemi uprawnej i maleńki drewniany domek położony na skraju wsi.

 

Ojciec Oskara - Wilhelm Pałasz, imał się dorywczo różnych prac, aby móc wyżywić i utrzymać swoją liczną rodzinę, bo liczącą aż 9 osób. Pracował najczęściej jako pracownik leśny podczas wyrębów oraz zatrudniał się u zamożniejszych gospodarzy.

 

Podczas jednego z wyrębów lasu uległ wypadkowi, który okazał się groźny w skutkach. Został kaleką, co uniemożliwiało mu wykonywanie jakiejkolwiek cięższej pracy. Mieszkańcy Łysej Góry wspólnie postanowili mu pomóc, dzięki czemu zatrudniono go na stanowisku posługacza w sąsiednim urzędzie gminnym. Z tygodnia na tydzień w domu Pałaszów było coraz ciężej, zaczęło brakować środków na najpotrzebniejsze rzeczy.

 

Wilhelm Pałasz postanowił trzech swoich synów wysłać na parobkowanie do bardziej zamożnych gospodarzy we wsi. Nie ominęło to i najmłodszego z synów Oskara, który został zatrudniony w charakterze pasterza u jednego z niemieckich i bardziej zamożnych bauerów w Elganowie - Appla.

 

Ojciec Oskara ze smutkiem patrzył na małoletniego z syna, który w sposób nadzwyczaj szczególny garnął się do nauki. Interesowało go wszystko i dość szybko dzięki starszemu rodzeństwu nauczył się czytać. Wilhelm Pałasz był jednak bezradny, ponieważ nie było go stać na wysłanie chłopca do lepszej szkoły, zaś ta, do której uczęszczał była niemiecka, a w domu mówiło się tylko po polsku.

 

Polscy nauczyciele u Pałaszów

 

Latem 1935 roku w domu Pałaszów w Łysej Górze zjawili się przedstawiciele Oddziału Towarzystwa Szkolnego w Szczytnie, których ktoś poinformował o trudnej sytuacji mazurskich gospodarzy. Gośćmi Wilhelma Pałasza i jego żony byli znani wówczas działacze społeczni na Mazurach: Walenty Habandt i Stefan Przybylski.

 

Pomimo rozlicznych funkcji, obaj panowie znajdowali m.in. czas na organizację i powoływanie polskich bibliotek oraz rekrutację dzieci i młodzieży polskiej na wakacje w Polsce, lecz tym razem nie chodziło o wypoczynek. Habandt i Przybylski zaproponowali ojcu chłopca pomoc w zorganizowaniu chłopcu wyjazdu do polskiej szkoły w Bytomiu. Wilhelm Pałasz zgodził się bez wahania. Pozostała jeszcze tylko kwestia załatwienia zwolnienia Oskara ze służby u Appla, który jednak nie robił w tym temacie żadnych problemów

 

Z Mazur do Bytomia

 

Dla polskiej szkoły w Bytomiu przyjazd Oskara stanowił nie lada wydarzenie. Młody Pałasz był pierwszym uczniem z dalekich Mazur i na dodatek ewangelikiem. We wrześniu roku szkolnego 1935/1936 rozpoczął naukę. Nic wówczas nie wskazywało, że ów fakt stanie się przyczyną zatargów władz niemieckich z przedstawicielami polskiej oświaty w Prusach Wschodnich, ponieważ zgodnie z obowiązującymi wówczas w Niemczech przepisami, władze polskie o nowym swoim uczniu zobowiązane były powiadomić w ciągu 14 dni szkołę w Prusach Wschodnich, do której powinien był na mocy obowiązku edukacyjnego uczęszczać.


Reklama

 

Władze polskie przygotowały odpowiedni dokument, potwierdzający naukę Oskara Pałasza w polskiej szkole i wysłały go do niemieckiego powiatowego inspektora oświaty. Pismo to wywołało niemal polityczny szał. Na Mazurach uruchomiono wszystkie miejscowe organizacje niemieckie z urzędem Jugendamt (urząd do spraw młodzieży) w Szczytnie włącznie. Niemcy nie mogli pogodzić się z tym, w ich mniemaniu, sukcesem oświatowym Polaków.

 

Polska szkoła

 

Pewnego dnia obok domu Pałaszów pojawił się postrach wsi, czyli miejscowy żandarm, który zwrócił się do wystraszonego gospodarza.

- To wy jesteście Pallasch? - zapytał po niemiecku wachmeister.

- Jo jest - odpowiedział po mazursku zlękniony Pałasz.

- A gdzie jest wasz syn?

- W skole.

- W jakiej szkole? - zapytał znów żandarm.

- Nie ziem, panie wachmeister - odpowiedział spokojnie Pałasz. - Prziszli, wzieni to i pojechał - dodał lakonicznie.

- Nie wiecie jaka to szkoła?

- Pewnie, ze ziem. Lepsa niz ta nasa panie wachmeister - powiedział z zadowoleniem gospodarz.

- To polska szkoła! Czy wy to rozumiecie? - krzyczał rozgniewany żandarm. - Nikt wam nie mówił, że nie wolno posyłać dzieci do takiej szkoły? Że jest to zdrada stanu, grozi za to kryminał! - Specjalnie zaakcentował żandarm ostatnie słowa tak, aby sąsiedzi, którzy wyjrzeli zza płotów mogli je usłyszeć.

- Mne mózili, ze mozna... - bezradny na atak żandarma Mazur zaczął się wokół rozglądać szukając jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz. „Gdyby chociaż któryś z kierowników ze Szczytna zjawił się teraz” - być może pomyślał. Niestety, szloch żony na podwórzu uprzytomnił mu, że jest sam. Związek Polaków daleko, bo aż w Szczytnie, a żandarm blisko. Ale przecież Habandt mówił, że mu wolno chłopaka posłać do polskiej szkoły, że takie jest jego prawo...

- My tu zdrajców nie potrzebujemy! - krzyczał pewny siebie żandarm, widząc niepewną minę Pałasza. - Niemiecki chleb żrecie, to do niemieckiej szkoły macie dzieci posyłać. Zrozumiano?

- Jawohl! Pane wachmeister - odpowiedział wystraszony Mazur.

 

Polski zdrajca

Lecz na tym nie skończyły się problemy wynikające z wysłania Oskara do polskiej szkoły. Żandarm sięgnął do torby, wyciągnął urzędowe wypowiedzenie z pracy z powodu zaniedbywania się w służbie i wręczając je zlęknionemu Mazurowi i krzyczał do Pałasza tak, aby go słyszano jak najdalej.

Oświadczył ojcu Oskara, że od tego dnia przestał on być woźnym w gminie, nazywając przy tym Pałasza zdrajcą. Pozbawiono go też małego zagonu, który - według umowy - miał być jeszcze dzierżawiony przez dwa lata.

 

- Cóz ja z dziećmi pocnę ? - rozpłakała się Pałaszowa. - Toć mnejta bacenie nad nami. My ne chcieli, bo ne mami psienięndzy, jo ale przijechali i wzieni Oskara... - Kobieta opowiedziała, jak to kierownicy polskich organizacji ze Szczytna, Habandt i Przybylski przyjechali do nich, jak ich namawiali, żeby posłali Oskara do wyższej szkoły. Obiecywali im, że ich to nic nie będzie kosztować.

Reklama

 

Na to tylko czekał żandarm. Wytłumaczył, że sprawę w jakiś sposób można załatwić. Wystarczy tylko prosić... napisać... i może będzie darowane. Wiedząc, że prości Mazurzy nie potrafią pisać w urzędowym języku, zrobił to za nich. Po chwili podanie do Inspektora Szkolnego w Szczytnie było gotowe. Godzinę później zadowolony żandarm zjawił się w urzędzie gminnym, aby zdać relację wójtowi, a następnie pismo jak najszybciej dostarczyć kierownikowi Bund Deutsche Osten w Szczytnie.

 

Hans Tiska

 

Kierownik Bund Deutsche Osten w Szczytnie – Hans Tiska był niezwykle uradowany z podania Pałaszów, które mu dostarczył żandarm. Wywiązał się ze swego zadania jak nigdy. Nie znający w piśmie języka niemieckiego Mazurzy podpisali podanie, nie zdając sobie sprawy, jakie w najbliższym czasie poniosą z tego powodu konsekwencje. Tyska jeszcze raz wziął do rąk dokument i z zadowoleniem przeczytał jego treść na tyle głośno, aby jego koledzy w urzędzie mogli usłyszeć, jaki odniósł triumf w walce z polskością.

 

... Sprawa, jaka wynikła z powodu mojego syna Oskara Pałasza z Łysej Góry polega na wielkim nieporozumieniu. W dniu 28 maja 1935 roku otrzymałem list w języku polskim, abym przysłał mego syna Oskara w dniu 31 maja do Szczytna wraz ze świadectwem szkolnym i wymeldowaniem. Uzgodniliśmy z żoną, że syna nie poślemy...

 

Dalej Pałasz w „swym” podaniu pisze, iż pod koniec maja, wieczorem przybyło dwóch panów ze Szczytna twierdząc, że wysłanie syna do polskiej szkoły przyniesie mu wielką korzyść. On zaś według oświadczenia, po całodziennym dniu ciężkiej pracy był na tyle zmęczony, że nie zauważył (!?), jak Polacy zabrali mu syna z domu „przemocą”, bez jakichkolwiek papierów - tak jak stał. Następnie nieświadom niczego Mazur, podpisując dokument podsunięty przez żandarma „twierdzi” w nim, że Polacy go okłamali, a on sam czuje się Niemcem i z polskim narodem nie chce mieć nic wspólnego. Na końcu zaś prosi pana inspektora, aby ten dopomógł mu w jak najszybszym odzyskaniu syna.

 

Zdjęcie: Uczniowie Polskiego Gimnazjum w Bytomiu w którym uczył się Oskar Pałasz i być może znajduje się na zdjęciu.



Komentarze do artykułu

Napisz

Reklama


Komentarze

  • Witacze Juranda, a w marzeniach... gród rycerza
    Bardzo dziękuję za wyjaśnienie. Odpowiedź bardzo wyczerpująca i ciekawa. Bez sarkazmu tylko powiem, że mój wcześniejszy komentarz, to bardziej pytanie retoryczne, bo faktycznie jest tak, jak opisał mi przedmówca. Szkoda tylko, że ci sami urzędnicy po godzinach projektują, adaptują projekty, często są kierownikami budowy i mają i mają do tego odpowiednie kwalifikacje, pozwolenia. Oczywiście mają do tego prawo, bo za swoje się uczyli i nikt im tego nie broni, ale gdy trzeba coś zaprojektować w godzinach pracy, to już brakuje, ale mam wrażenie, że chęci a nie kwalifikacji.

    WCpiker


    2020-05-29 11:02:34
  • 33 zarzuty dla... 13-latka
    hahahahahaha co za beton umysłowy podaje jakie kolwiek hasła innym użytkownikom internetu xD

    zenek


    2020-05-29 10:59:08
  • Wójt apeluje i ostrzega: „albo będzie uczciwie, albo drogo”
    Dlaczego uczciwi mają ponosić większe koszty. Skoro brakuje deklaracji to gmina niech to zweryfikuje i wyślę upomnienia o deklaracje do tych, którzy jej jeszcze nie złożyli, tak aby miał deklaracje z każdego gospodarstwa domowego.

    Justyna


    2020-05-29 08:24:14
  • Chamstwo czy brak wyobraźni?
    Na zdjęciu widać uchylone okno w srebrnym aucie, to czyli kierowca mógł być w aucie. Po drugie widzimy tylko część całości, co się dzieje po drugich stronach pojazdów. KRZYŚ nie MIŚ

    Krzyś


    2020-05-29 00:09:05
  • „Policjanci” staną na Lanca i Królowej Jadwigi
    Niech radni miasta wezmą pod uwagę cała ulice WładysławaIV bo ta ulica jest bardzo nie niebezpieczna

    Ja


    2020-05-28 20:31:08
  • Chamstwo czy brak wyobraźni?
    A ja jak patrzę na to zdjęcie to szlag mnie trafia. Bo nie chodzi o niepełnosprawność, tylko o to, jak kierowca jednego samochodu, albo pasażer drugiego pojazdu mogą się do niego dostać. Chyba, że to anorektycy. Ja sam spotkałem się z taką sytuacją przed laty na dziedzińcu ratusza. Lato. Przyjechała rodzina ze Śląska. Żona wyprawiła mnie na oblot miejscowych atrakcji. Chcąc, nie chcąc poszliśmy do muzeum. A tam przed samym wejściem zaparkowany samochód. Blokował kompletnie wejście. Miotały się tam na ganku jakieś kobitki z telefonami, ale nic nie wskórały. Ale w celu pozyskania przychodu wpuściły nas do przybytku wejściem nieoficjalnym, za co im dziękuję. Ale głupota ludzka nie zna granic. Albo arogancja.


    2020-05-28 20:07:37
  • Witacze Juranda, a w marzeniach... gród rycerza
    Wyjaśniam. W każdym powiatowym urzędzie budownictwa i architektury zasiadają niemal wyłącznie budowlańcy. Architekt jest tam rzadkością. Na ogół trafia tam taki delikwent, któremu nie udało się zaistnieć jako twórca, zatem, żeby jakoś przeżyć, został urzędnikiem. W sumie urzędasem, ponieważ za swoje niepowodzenia mści się jak może na zdolniejszych kolegach, poniewierając nimi w imię urzędowej litery prawa. Tak jest wszędzie. W całej Polsce, a zwłaszcza powiatowej. Warto dodać, że zawodowe uprawnienia nic nie znaczą, jeśli nie należy ów architekt do miejscowej izby, czyli korporacji, gdzie płaci dość solidne stawki za prawo wykonywania zawodu w danym regionie. A kto tu mówi o studentach? Ci, w poważnych sprawach, wyłącznie pracują dla sławy swoich profesorów i wara im od jakiegokolwiek autorstwa. Czyli wniosek. Nie ma tak, żeby coś było tanio. Każdy musi się nachapać, bo nie po to kończył studia. A najwięcej te matoły, którym nie bardzo powiodło się w życiu.

    Do WCpiker


    2020-05-28 19:50:21
  • Do porodu pędzili w policyjnej eskorcie
    Dzieki Bogu wszystko skończyło się dobrze. Nieodpowiedzialnym rodzicom wystawiłabym mandat, jeżeli rozpoczęła się akcja porodowa powinni udać się do najbliższej placówki dla bezpieczeństwa matki i dziecka. Zamiast chwiało się cała akcja powinni pokornie podziękować i nie robić sensacji.

    Andzia


    2020-05-28 14:30:19
  • Puchar Powiatu, jak Puchar Polski
    Super pomysł :)

    Greg


    2020-05-28 13:47:09
  • Na Maca pojedziemy na Pasymską?
    z makdonaldem w kierunku wielbarka, pelno tam tez wolnych dzialek

    dobry pomysl


    2020-05-28 12:22:23