Reklama


Reklama

Małżeństwo – towar przeterminowany? - felieton pastora Andrzeja Seweryn


Ostatnio przeczytałem gdzieś, że w ubiegłym roku rozwiodło się około 65 tysięcy małżeństw, przy czym prawie jedna trzecia z nich to związki trwające już wiele lat. Innym niepokojącym trendem jest również liczba rozwodów par, które przeżyły ze sobą bardzo krótki okres. Zarówno młodzi, jak i bardziej dojrzali ludzie zbyt często i zbyt łatwo zrywają definitywnie swoje małżeńskie więzy.



Oczywiście, że każdy rozwód jest tragedią, nieszczęściem, życiową porażką tych par, a największą traumą dla ich dzieci. Tymczasem sądy zbyt pochopnie wydają takie postanowienia, nie dając czasu na przemyślenie decyzji ani nie pomagając ludziom w czasie kryzysu rodzinnego naprawić zepsutych relacji, a w konsekwencji uratować czyjeś małżeństwo.

 

Kilka dni temu w naszym Urzędzie Miejskim przeczytałem ogłoszenie o możliwości zgłaszania par małżeńskich, które doczekały tzw. Złotych Godów, by te mogły otrzymać specjalne gratulacje i medale za długoletnie pożycie małżeńskie przyznawane przez Prezydenta Rzeczypospolitej. Co prawda, na takie wyróżnienie musimy jeszcze z żoną trochę poczekać, ale może się uda? Pożyjemy, zobaczymy. Na razie mamy za sobą „czterdziestkę” – co też jest niezłym wynikiem. Obyśmy wytrwali jednak do końca w swoich małżeńskich przyrzeczeniach. Bez względu na to, ile jeszcze razem „pociągniemy” – z Bożą pomocą, oczywiście!

 

Wszyscy znamy zapewne różne dowcipy na temat małżeństw, szczególnie tych wytrwałych i wiernych. Czasem – zupełnie niesłusznie i nieodpowiedzialnie – śmiejemy się z nich uważając, że to już prawie kazirodztwo, albo że takie małżeństwa są już mocno przeterminowane. Młodzi z naiwną i niedojrzałą szczerością zauważają, że ich „starzy” nie wyglądają już tak pięknie i seksownie, nie trzymają się za rączki jak młodzi zakochani, nie dotykają się i nie patrzą na siebie z błyskiem w oku. Już nie czują motylków w brzuchu. Kiedy więc w końcu te motylki odlecą, a różowe okulary opadną, cóż nam wtedy pozostaje? Nuda, rutyna i pustka, bo nie ma już o czym gadać, wszak nasze dzieci wyfrunęły już z domowego gniazda.

 

Z drugiej strony zaś wielu ludzi pokiereszowanych przez życie i swoje lekkomyślne decyzje lub poważne błędy z zazdrością patrzy na trwałe małżeństwa niektórych starszych ludzi. Nauczono ich niegdyś wielkiego szacunku do siebie oraz odpowiedzialności za dane słowo czy złożone sobie obietnice. Szczególnie te przed urzędnikiem państwowym, a potem przed Bogiem w kościele. Ci ludzie nauczyli się żyć razem w epoce, kiedy zepsute rzeczy się naprawiało, a nie wyrzucało na śmietnik i zastępowało nowym. Niemal każde małżeństwo przechodzi przez trudne chwile, a czasem poważne kryzysy. Ale kiedyś walczyło się o uratowanie związków rodzinnych, sądy wywierały silną presję na rozwodzące się pary, by te przemyślały jeszcze raz swoje decyzje, by poddawały się terapii małżeńskiej i ratowały swoje małżeństwo za wszelką cenę. Dziś bez orzekania winy można dostać rozwód w 20 minut.


Reklama

 

Czy taki stan rzeczy i takie podejście do małżeństwa ma oznaczać, że mamy się godzić na trwałą dewastację naszych rodzin i na traumę, którą często skłóceni rodzice fundują swoim dzieciom? Czy mamy oszukiwać samych siebie twierdząc, że można się rozwieść w sposób cywilizowany, a potem żyć w przyjaźni i jeździć z dziećmi z naszego starego, a teraz z naszych nowych małżeństw na wspólne wakacje? Czy w ogóle instytucję małżeństwa możemy traktować jako przeżytek, a małżeństwa z długim stażem za produkt mocno przeterminowany, a więc już nie nadający się do spożycia?

 

Małżeństwo to szkoła miłości trwałej, która nie wyraża się tylko w namiętności i romantycznych uniesieniach, ale wraz z upływem lat staje się miłością dojrzałą, spokojniejszą w przeżywaniu, ale za to głęboką i wiążącą kochających się ludzi na wielu płaszczyznach. To szkoła wierności i dobrze pojętego kompromisu. To miejsce, gdzie silny w każdym z nas egoizm musi zejść na dalszy plan i gdzie dobro mojej żony/męża jest dla mnie najwyższym nakazem i powinnością budowaną na miłości i przywiązaniu oraz na danym sobie i Bogu słowie!

 

Cóż więc z tego, że po latach mamy więcej zmarszczek i siwych włosów, że nasze sylwetki nie przypominają tych z młodości. Przecież oboje przyrzekliśmy sobie, że zestarzejemy się razem, a wraz z upływem lat będziemy odkrywać na nowo nasze wewnętrzne piękno, patrząc na nasze dzieci i wnuki oraz mając świadomość, jak jesteśmy dla nich ważni. Zaś patrząc na siebie z miłością dostrzeżemy w oczach nie gasnące iskierki uczuć. Jeżeli były i są nadal prawdziwe, to nigdy nie wygasną. Również uczucie bliskości, intymności i po prostu obecności ze sobą na co dzień, na dobre i na złe – jak sobie przed laty przyrzekliśmy na ślubnym kobiercu.

Reklama

 

„Niech będzie błogosławiony twój zdrój – ciesz się żoną poślubioną w młodości” – powiada Salomon (Przyp. Sal. 5,18). A więc nie tylko wtedy, gdy jest młodziutka i powabna, ale ciesz się i rozkoszuj nią zawsze, wszak została ci dana na całe życie. Parafrazując należałoby dodać i powiedzieć każdej mężatce: ciesz się mężem poślubionym w młodości! Dlatego też Pismo Święte mówi nam dzisiaj: „Strzeżcie tego zatem w waszym duchu i niech nikt nie będzie niewierny żonie [mężowi] swojej młodości” (Ks. Malachiasza 2,15).

 

Niech nasze małżeństwa będą jak dobre wino: im starsze tym lepsze! Na przekór wszystkiemu!

 

pastor Andrzej Seweryn

(andrzej.seweryn@gmail.com)

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Reklama


Komentarze