Czwartek, 12 Grudzień, Imieniny: Ady, Aleksandra, Dagmary -
Jesteś świadkiem jakiegoś wydarzenia? ZGŁOŚ

Kto najlepiej zaopatrzy gołębie? Ten, czyją są pasją (zdjęcia)


PROMOCJA. Zbigniew Niciński gołębiami interesował się od dziecka. Jako dorosły – zaczął je także hodować i uczestniczyć w zawodach. Związana z pasją wiedza stała się też jego... zawodem. W Jerutach otworzył sklep specjalistyczny, w którym oferuje wszystko to, co gołębiom i ich właścicielom może być potrzebne. Bo kto, jak nie hodowca, będzie wiedział najlepiej, jakie są te potrzeby?



 

 

Tutejszy?

 

Sąsiedni. Urodziłem się i wychowywałem początkowo w pobliżu Ostrołęki, ale tata pochodził z Jerut i kiedy miałem ze trzy lata, tu właśnie, czyli do Jerut, przeprowadziliśmy się na stałe. Tu dziadkowie mieli gospodarstwo, przekazali je tacie, więc trzeba było się nim zająć. I tak zostałem mieszkańcem powiatu szczycieńskiego, co trwa już bez mała 30 lat.

 

Czyli edukacja to już tutejsza...

 

Dokładnie. Najpierw podstawówka w Jerutach, gimnazjum w Świętajnie, później w Szczytnie zdobywałem zawód murarza, a jeszcze później zaoczna szkoła średnia, ale bez matury. I przede wszystkim praca. Najpierw w rodzinnym gospodarstwie, gdzie uruchomiliśmy z rodzicami produkcję pieczarek, do dziś zresztą to działa, chociaż nie jest to już takie dochodowe, jak na początku. A kiedy ta dochodowość spadła, pracowałem w różnych miejscach, m.in. w Warszawie, bo z czegoś trzeba było żyć. Trzy lata temu wróciłem do domu, bo uznałem, że taka praca wyjazdowa, gdy nie było mnie tydzień, a przyjeżdżałem na weekend, nie służy rodzinie. A byłem już żonaty i dzieciaty. Pozostawienie opieki nad trójką małych dzieci tylko na głowie żony było po prostu nie w porządku.

 

To jeden z powodów pozostania na miejscu i uruchomienia biznesu?

 

Jeden, ale nie jedyny. Jakieś pięć lat temu moje zainteresowanie gołębiami przerodziło się w uprawiane hobby. Miałem gołębie już wcześniej, po kilka, kilkanaście sztuk, bo po prostu uwielbiałem je obserwować. Ale miałem wśród znajomych i takie osoby, które nie tylko hodowały ter wspaniałe ptaki, ale uczestniczyły w zawodach, tzw. lotach. Odezwała się we mnie nutka „hazardu”, zachciało mi się też uczestniczyć w takiej rywalizacji, tym bardziej, że ona jest świetnym motywatorem. Trzeba znacznie pogłębić swoją wiedzę o tych ptakach, ich potrzebach i ich codziennym utrzymaniu. I ta wiedza właśnie mi „podpowiedziała”, jaką działalnością gospodarczą powinienem się zająć.

 

Otworzył pan sklep z artykułami dla gołębi. Czy to znaczy, że była jakaś luka na rynku, że były problemy z zakupem?

 

Były. Kiedyś w Szczytnie był taki specjalistyczny sklep, ale został zamknięty. Najbliższy był w Myszyńcu, ale wiadomo – daleko, a poza tym nie miał ten sklep konkurencji, więc i ceny były wysokie i nie zawsze było tam to, co akurat potrzebne było na już. Uznałem, że warto się tym zająć, ale nie tak całkiem w ciemno. Zanim podjąłem decyzję rozmawiałem z kolegami hodowcami ze Szczytna i okolic, pytałem, czy taki sklep byłby tu przydatny i potrzebny. Wszyscy byli za, co dawało mi jakąś gwarancję, że tak od razu nie zbankrutuję. Złożyłem dokumenty, uzyskałem dotację z Powiatowego Urzędu Pracy i uruchomiłem działalność. Wymagany urzędowo rok jej prowadzenia minął w sierpniu, ale nie zamykam. Działam dalej. Początki były trudne, szczególnie w zakresie współpracy z dostawcami, bo nie mogłem zamawiać dużych ilości, a niewielkich nie chciano dostarczać. Teraz się już sytuacja unormowała i przyznam, że mam naprawdę bardzo obszerny asortyment. Rzadko się zdarza, bym czegoś nie miał, co akurat jakiemuś klientowi jest potrzebne. A jeśli się jednak zdarzy, to mam możliwość sprowadzić potrzebny towar praktycznie na drugi dzień. Wielu okolicznych hodowców zaopatruje się w moim sklepie, a tych, którzy chcą rozpocząć tę cudowną „zabawę” z tymi ptakami, oczywiście – serdecznie zapraszam. Nie tylko po towar, bo z racji swoich własnych doświadczeń i wiedzy, także każdemu mogę doradzić, co i jak powinien robić, od czego zacząć.


 

Lokalizacja chyba nie jest zbyt fortunna?

 

Nie narzekam. Sprzedaję towar szczególny, wyłącznie dla określonej grupy odbiorców, a ci wiedzą jak do mnie trafić i trafiają. Nie przyjedzie przecież po karmę dla gołębi ktoś, kto tych ptaków nie ma. Chyba że zechce dokarmiać tzw. „dachowce” - dzikie gołębie i synogarlice, których jest sporo w większych miastach, ale w Szczytnie jeszcze nie.

 

 

Wystarcza czasu na handlowanie, hodowanie i udział w zawodach?

 

Nie bardzo. Będę musiał z czegoś zrezygnować. Najprawdopodobniej ze sportowej strony tego hobby. Już to poznałem, mam na swoim koncie kilka znaczących sukcesów, a z początkowej adrenaliny, wywoływanej potrzebą rywalizacji pozostała po prostu ciężka praca z prowadzeniem i szkoleniem gołębi – sportowców. Z hodowania tak w ogóle raczej nie zrezygnuję, bo trudno byłoby się rozstać z moimi ptakami, wielbionymi od dziecka. Sklep też musi zostać, bo to podstawa rodzinnej egzystencji. Nie jest to złoty interes, bo musiałem podjąć dodatkowe zatrudnienie, ale daje mi sporo satysfakcji. Ten sklep stanowi taki swoisty pomost pomiędzy życiową pragmatyką, codziennością a hobby. Pozwala połączyć jedno i drugie.

 

Czy to hobby rodzinne?

 

Żonę raczej moje gołębie denerwują. Może nie tyle ptaki co czas, który im poświęcam. Chociaż w czasie, gdy pracowałem „wyjazdowo”, bardzo mi pomagała, zajmowała się nimi. Dzieci też są chętne, głównie te starsze – 8-letnia Kinga i 5-letni Kacper, bo Kubuś, zaledwie 8-miesięczny, jest oczywiście jeszcze za mały. Tak... Można powiedzieć, że to hobby rodzinne. Dzieci pomagają w gołębniku, a letnimi czy jesiennymi wieczorami lubimy wszyscy razem usiąść na podwórku i obserwować te wspaniałe ptaki. Dzieci widzą nas, swoich rodziców, razem, wiedzą, że gołębie łączą się w pary na całe życie... Czy mogą być lepsze przykłady, które je nauczą, że rodzina to najważniejsza rzecz na świecie?

 



Komentarze do artykułu

Napisz


Komentarze