Reklama


Reklama

Krzysztof Goździewski – człowiek orkiestra (zdjęcia)


Znają go muzycy i melomani, wędkarze, piłkarze, strażacy... - Tylko myśliwi nie, bo w gronie rozlicznych zajęć zabrakło polowania – mówi o Krzysztofie Goździewskim jego przyjaciel. Można by powiedzieć, że pan Krzysztof, na przekór tym, którzy wolą marazm, od lat prowadzi zespół „Na Przekór” i zajmuje się mnóstwem innych rzeczy. Jak znajduje na to czas? O tym rozmawiamy.



To zaczniemy tradycyjnie, od narodzin...

 

Co nastąpiło w Szczytnie, w lipcu 1961 roku, czyli niedługo stuknie sześćdziesiąt lat. Nawet nie wiem, kiedy to minęło...

 

 

Może dlatego, że – chyba – nie zdarzył ci się dzień nudy. A może zdarzył?

 

Chyba nie, nie pamiętam. Dzień zmęczenia to tak, bywało. Ale nudzić się? Nigdy. Nie miałem czasu.

 

Nawet w przedszkolu czy szkole?

 

Skoro pamiętam nawet osoby, z którymi chodziłem do przedszkola, to chyba oznacza, że było mi tam fajnie, więc nie mogło być nudy. Zaliczyłem przedszkole „Pod Topolą”, później SP 2, przy czym dwa ostatnie lata nauki już w nowym, obecnym budynku, następnie ogólniak zwany obecnie „Sobiechem”. Tam też miałem pierwszy kontakt z publicznością, bo zacząłem z gitarą udzielać się podczas szkolnych akademii.

 

 

A gitara od kiedy?

 

Doświadczenia wielkiego jeszcze wówczas nie miałem. Grałem krótko. Tata pracował w straży, a wtedy służby organizowały dla dzieci swoich pracowników różne kursy, ale i wypoczynek. Byłem, jako może 15-latek, na obozie czy biwaku w Kręsku. Tam było wtedy dwóch chłopaków, którzy grali na gitarach i wszystkie obozowe dziewczyny tylko za nimi latały. To sobie postanowiłem wtedy, że ja się też nauczę. To się nauczyłem.

 

Ale nie zostałeś gwiazdą międzynarodowej estrady...

 

No i co z tego? Grałem, bo to było dla mnie ważne i po prostu to lubiłem. Już w ogólniaku zostałem członkiem takiego zespołu „Rytm 74”. To była grupa założona przez sporo starszych ode mnie braci Gołysiów i Wieśka Czarneckiego. Z nimi „obsługiwałem” swoją pierwszą zabawę, w remizie w Olszynach. Wtedy chodziłem jeszcze do szkoły, czasu więc za wiele nie miałem na wiejskie dyskoteki. Grałem z nimi krótko, później też krótko współpracowałem z braćmi Ałajami...

 

I powstał „Na Przekór”?

 

To akurat nie moja zasługa. Ja najpierw jeszcze spędziłem 12 lat w zespole „Karo”, założonym przez Leszka Skrobińskiego i z nim też obsługiwałem zabawy i wesela. Dopiero później przyszedł czas na „Na Przekór” i tak zostało do dziś.

 

Sądziłam, że to od początku twoja kapela...

 

Niestety. Dołączyłem do już istniejącego zespołu jakieś 23 czy 24 lata temu. A zespół w tym roku świętować będzie równe pół wieku istnienia. Przez ten czas przewinęło się przez „Na Przekór” wielu muzyków, mniej czy bardziej znanych w Szczytnie. Od początku w zespole jest Bogdan Sawicz i wciąż gra. Bardzo długo w skład zespołu wchodził Andrzej Łukaszewski. Teraz poza mną i Bogdanem w zespole są: Bogusław Pawelczyk oraz Kazimierz Szuba, perkusista, niestety z Ostródy, Twórcą był nieżyjący już Tadek Machela, muzycznie bardziej estradowy ode mnie, bo jego w Olsztynie prowadzoną Kapelę Jakubową znano nie tylko w Szczytnie, ale i w regionie. Tadka można nazwać zawodowym artystą, bo on z grania żył. Ja sobie tylko... dorabiałem do pensji...

 

A tę pensję płacił ci...

 

...budżet państwa. Dokładnie od 1980 roku. Poszedłem w ślady ojca i zostałem zawodowym strażakiem, najpierw w Biskupcu, później krótko w Olsztynie i kolejnych wiele lat w Szczytnie. W sumie w mundurze spędziłem 27 lat. Zaczynałem jako zwykły „sikawkowy” jeżdżący do akcji i chciałem, by to trwało aż do emerytury. Na tę, niestety, odszedłem wcześniej, bo dostałem „siedzącą fuchę” na stanowisku kierowania. A ja musiałem być w ruchu i jak 27 lat jeździłem do akcji, to za biurkiem po prostu nie wytrzymywałem. I odszedłem.

 


Reklama

 

I masz więcej czasu na muzykowanie...

 

Raczej na wędkowanie, bo gdybym miał określić, co mi więcej czasu pochłania: muzyka czy ryby, to miałbym problem. A przecież zajmuję się też i paroma innymi rzeczami.

 

Wędkowanie skąd ci się wzięło? Też dziewczyny za jakimiś chłopakami z kołowrotkami latały?

 

To hobby ma bardziej rodzinne korzenie. Zamiłowanie do łowienia ryb zawdzięczam tacie. Pierwszy raz zabrał mnie na ryby, gdy miałem siedem, może osiem lat. Pamiętam, że wtedy jeszcze jeździliśmy motorem WSK i zawsze na Strugę. Tata sam zrobił mi pierwszą wędkę: stylisko z leszczyny, a czubek z jałowca. Za spławik robiło gęsie pióro. I – co najbardziej fajne – na tę wędkę całkiem sporo ryb łapałem... Ileż to było emocji i radości. I gdy się już nauczyłem łowić, a tata uznał, że mi to upodobanie wpoił trwale, to dostałem pierwszą prawdziwą wędkę. Miałem wtedy chyba już z 15 lat.

 

 

Do dziś chyba częściej jesteś nad wodą niż w domu. Nie straszny ci ni upał, ni mróz...

 

Gdybym mógł, to bym w ogóle znad wody się nie ruszał. Zwykle jeżdżę sam, rzadziej z kolegą. To czas, gdy można się doskonale wyciszyć. Nie ma nic wokół tylko cisza, las, woda i ryby. I chociaż to może zabrzmi dziwnie, to akurat ryby są w tym wszystkim najmniej ważne. Nie zawsze biorą, a jak biorą, to nie zawsze ja je biorę, wpuszczam z powrotem do wody. Bo cały urok wędkowania tkwi właśnie w wędkowaniu, a nie łowieniu ryb. Nigdzie tak nie wypoczywam, nie odreagowuję, nie separuję się od codzienności z jej wszelkimi problemami, jak właśnie nad wodą.

 

Z tego co wiem, to jednak masz w zanadrzu także takie upodobanie, które budzi raczej wiele emocji i adrenaliny...

 

Pewnie mówisz o sporcie. No cóż... może to przeciwwaga do tego „rybiego” spokoju, żeby zachować życiową równowagę. Zakochałem się w piłce jeszcze w podstawówce i grałem chyba w każdą: nożną, ręczną, także w siatkówkę i koszykówkę. Najpierw w szkolnej reprezentacji, a później w klubach: w Pasymiu, Jedwabnie... W Klubie Piłkarskim Szczytno (tak, tak, był taki) byłem grającym trenerem. I – oczywiście – grałem też w drużynach strażackich podczas najróżniejszych zawodów. Nasz strażacki oddział TKKF (Towarzystwo Krzewienia Kultury Fizycznej – przyp. H.B.) przez wiele lat wiódł prym w rozgrywkach koszykówki w dorocznej spartakiadzie zakładowych kół TKKF, która to spartakiada była w Szczytnie organizowana przez chyba nawet dziesięciolecia. Każdy zakład pracy miał swoje koło, swoją reprezentację w najróżniejszych dyscyplinach sportowych. Ileż to było emocji podczas wszelkich rozgrywek, gdy Lenpol chciał koniecznie pokonać Unimę i odwrotnie, a między tymi największymi zakładami pracy toczyło się swoiste derby. Pozostałe kluby uczestniczyły w tych zmaganiach niejako w tle, ale też miały sporo do pokazania i wygrywały. To były wspaniałe wydarzenia. Ludzie przychodzili całymi rodzinami, było mnóstwo śmiechu i zabawy, bez żadnej zawziętości czy agresji. Aż żal, że ten niepowtarzalny klimat TKKF-owskich spartakiad już raczej nie wróci.

 

 

To w tym czasie zasłużyłeś sobie na ksywkę Amo? Bo w niektórych szczycieńskich kręgach, jak się powie Amo, to wiedzą o kim, a jak Goździewski, to mało kto...

 

Wcześniej. To się „urodziło” gdy grałem w zespole „Karo”. Śpiewałem wtedy taką włoską piosenkę „Ti amo” i tak się ona na całe życie mnie uczepiła. Pamiętam nie tak odległą sytuację, gdy przygotowywaliśmy się już do wejścia na scenę (na plaży jeszcze) podczas Dni i Nocy Szczytna, a obok nas stała grupka chłopaków. I nagle jeden mówi: „Żeby tak Amo grał, to byłoby fajnie, a tu jakiś Goździewski ma wystąpić...” Śmieliśmy się w swoim gronie, ale młodzieńcowi nie wyjaśnialiśmy błędu.

 

Z muzyką związany byłeś, można by powiedzieć, także rodzinnie. Twoją żoną była dziewczyna z rodu Klenczonów...

 

Była. Nie wszystko się udało i minęło już ponad 10 lat od naszego rozwodu. Ale spędziliśmy razem 23 lata ze skutkiem w postaci dwóch synów i dwóch córek.

 

Reklama

Pozostańmy przy przyjemnych wspomnieniach: poderwałeś ją, bo imponowało ci nazwisko, czy też ona poderwała ciebie, bo podobało się jej, jak grasz i śpiewasz?

 

Trudno powiedzieć, bo poznaliśmy się na jakiejś imprezie, gdzie byłem gościem, a nie zapiewajłą. Dopiero „w praniu” wyszło, że ona ma korzenie, a ja trochę głosu i słuchu, które zresztą już wtedy wykorzystywałem, by śpiewać utwory jej znakomitego stryjecznego wujka, czyli Krzysztofa Klenczona. Bo Beata była córką Ryszarda, też muzyka, który w „Trzech Koronach” grał na gitarze hawajskiej. I... nigdy nie słyszałem Beaty, jak śpiewa. Nasze małżeństwo koledzy żartem krytykowali. Mówili, że powinienem przyjąć jej nazwisko, wtedy byłbym Krzysztofem Klenczonem. Może to i był jakiś pomysł, ale wtedy moja rodzina by mnie wyklęła. Rozeszliśmy się, ale utrzymujemy kontakt na – powiedziałbym – poprawnej stopie. Beata wyjechała do Anglii, czasem więc do siebie tylko dzwonimy. Dzieci dorosły, są na tzw. swoim. Zostałem w domu już tylko z najmłodszą, 16-letnią córką Julią.

 

Chwila... Rozstaliście się z żoną ponad 10 lat temu, czyli Julia miała ile 5, 6 lat? Dzieci więc były nieletnie...

 

W większości. Żona była już w Anglii. Dogadaliśmy się, że dzieci zostaną ze mną, więc przez kilka ładnych lat byłem i mamą, i tatą. To nie był łatwy czas, ale pomagały mi obie babcie, więc jakoś udało się dzieci wychować, w miarę wykształcić i wypuścić w świat...

 

Z tego co słyszałam, nie w każdym przypadku było tak miło. Synowie chyba mieli jakieś kłopoty...

 

Mieli. Nikt nie jest wolny od błędów młodości, tyle że te błędy bywają różnego kalibru. Ale jeden, który boryka się z problemami na pięcioro, to chyba nie taki zły wynik mojego wychowywania... I wszystkich pięcioro jednakowo kocham.

 

Pięcioro? Mówiłeś o czwórce...

 

Nas było pięcioro w domu, to i ja zostawię po sobie pięcioro dzieci. Tradycja rodzinna. Mówiłem o czwórce małżeńskich. Mój najstarszy syn przyszedł na świat przed moim ślubem, a nawet przed poznaniem Beaty. Ma dziś już 36 lat. Ale każdemu z dzieci coś z siebie przekazałem: dwóch synów grało w piłkę i – co dla ojca jest powodem do dumy – nawet stawaliśmy na boisku ramię w ramię. Z kolei dziewczyny śpiewają. I gdybym miał oceniać, to musiałbym - również z ojcowską dumą – przyznać, że... lepiej ode mnie. Ale żadna nie chce się z muzyką wiązać życiowo.

 

To genetyczne?

 

Zapewne. Muzykalni byli i moi rodzice. Tata śpiewał, mama też. Chociaż z licznego rodzeństwa tylko mi te geny przekazali. Mama jeszcze żyje i czasem sobie nawet podśpiewuje mimo swoich 89 lat. Odwiedzam ją codziennie, bo po udarze wymaga opieki, a przynajmniej kontroli i dopilnowania, by brała leki. Bardziej niż wcześniej pomagam też starszej córce, która już w maju „zrobi” mnie tzw. prawdziwym dziadkiem, bo od syna wnuczki już mam. Można by więc powiedzieć, że życie toczy się już teraz po właściwych torach: dzieci zrobiłem, wychowałem, pracowałem i zostałem emerytem... A że nie zawsze i nie do końca jest to życie łatwe i przyjemne... Standard.

 

Niekoniecznie. Mało kto do tego standardu dokłada, i to praktycznie przez całe życie, tak wiele działań pozastandardowych. Oczywiście, wielu ludzi śpiewa, wielu łowi ryby, wielu uprawia sport. Ale żeby tak wszystko razem? Jak ci się to udawało i udaje? Masz jakąś receptę na aktywność?

 

Recepty nie mam. Trzeba być twardym i zawziętym. Trzeba chcieć. To nic nie szkodzi, gdy chce się dużo różnych rzeczy, gdy chce się wiele poznać i doznać. Moim zdaniem – im więcej tym lepiej. Najlepiej metodą prób i błędów. Próbować i próbować, brać życie za rogi. Z tych prób musi coś zostać, każdy tą drogą znajdzie dla siebie coś, co stanie się jego pasją. Szybciej i łatwiej, gdy będzie szukał nie sam, a w gronie innych osób. Wśród nich prędzej czy później znajdzie przyjaciół, ludzi, którym ufa, na których może liczyć. Mieć takie „zaplecze” to jeszcze fajniej niż mieć tysiąc zainteresowań. Ja mam bardzo liczne grono przyjaciół i znajomych, o których wiem, że w razie kryzysu pomogą. Mam ich dzięki swoim rozlicznym pasjom. Warto więc mieć te wspomniane chęci na łowienie czy śpiewanie, bo to się przekłada na jakość życia. A o to właśnie w tym życiu chodzi.



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama


Komentarze