Wtorek, 20 Kwiecień
Imieniny: Alfa, Leonii, Tytusa -

Reklama


Reklama

Historia: Bogusław Palmowski cz. 8 - wspomnienia naczelnika


Na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku nowe władze centralne zaczęły baczniej przyglądać się zapomnianemu nieco gospodarczo regionowi, do którego należały Warmia i Mazury. Zaczęły powstawać nowe zakłady, m.in. w Ostródzie, Kętrzynie, Ełku. Nie zapomniano również i o Szczytnie. Partia i jej decydenci rozwój naszego miasta widzieli poprzez m.in. utworzenie subregionalnego szpitala na 600 łóżek i połączenie jezior. Za priorytet uznali jednak utworzenie nowoczesnego zakładu, produkującego podzespoły elektroniczne, czyli Unima-Cemi.



Nowy zakład

Powstanie nowego zakładu w Szczytnie było nie lada wyzwaniem nie tylko dla wszystkich rodzajów służb funkcjonujących w mieście, ale i władz. - Energetyka, ciepłownictwo, gazownia, telekomunikacja, to były nasze służby miejskie, które na mocy decyzji podjętych w województwie, musiały bardzo sprawnie i terminowo wywiązać się ze swoich zobowiązań, bo powstanie Unimy było niejako projektem dosłownie sztandarowym ówczesnych władz centralnych – wspomina dawny naczelnik miasta.

 

Jednym z pierwszych problemów, na jaki się natknęli, było sprawne zaplanowanie i zorganizowanie dróg dojazdowych do planowanego zakładu. Kolejnym problemem, dość prozaicznym, patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, było zaopatrzenie nie tyle w telefony, co nadanie numerów w nowym zakładzie. Należy przypomnieć młodszemu pokoleniu, że tak powszechne dziś urządzenie, jak telefon, w opisywanym okresie był przedmiotem pożądania niejednej polskiej rodziny. Decyzje o przyznaniu nowych numerów dla powstającego zakładu zapadły nie w Szczytnie czy w Olsztynie, ale aż w Warszawie.

 

Inwestycyjne problemy

 

Kolejnym i istotnym problemem było stworzenie GPZ, czyli głównego punktu zasilania energetycznego. Nie lada wyzwaniem dla projektantów nowego zakładu było stworzenie kotłowni, która ze względu na kubaturę wszystkich pomieszczeń i hal, musiała być bardzo wydajna.

 

- Żeby uruchomić kotłownię na potrzeby nowo powstającego zakładu, musiało być wówczas wydane pozwolenie, a raczej decyzja Okręgowego Instytutu Gospodarki Paliwowo-Energetycznej w Bydgoszczy, bo pod taki rejon wówczas podlegaliśmy – wspomina Palmowski. - W czasie, gdy pracowałem jeszcze w powiecie, to aby zrealizować inwestycję, robiliśmy to niejako dwutorowo, czyli oficjalnie i mniej oficjalnie, dając w drugim przypadku jakieś podarki, co wówczas było powszechnie przyjętym zwyczajem. Były naczelnik wspomina, że aby zaskarbić sobie przychylność bydgoskich decydentów w sprawie wydania pozytywnej opinii odnośnie do kotłowni dla powstającej Unimy, w ratuszu ktoś wpadł na pomysł, żeby stworzyć odznaczenie „Zasłużony dla miasta Szczytna”. W ten sposób chociaż częściowo udało się „zaskarbić” przychylność dyrektorów bydgoskiego instytutu.

 

 

Fabryka z NRD

 

Były naczelnik miasta wspomina o pewnym wydarzeniu, o którym właściwie w naszym mieście wie zaledwie kilka osób. Dotyczyło to transportu z NRD gotowych prefabrykatów do postawienia hal produkcyjnych. - W jaki sposób tak się stało, że jeszcze nie zapadły ostateczne decyzje inwestycyjne, a już dotarł transport gotowych elementów, z których można było zbudować hale? Tego naprawdę nie wiem…


Reklama

 

Ówczesny system planowania i inwestycji wyglądał tak, że najpierw trzeba było zapisać cokolwiek w tzw. projekcie inwestycyjnym, żeby można było następnie przejść do realizacji. Tu jednak stało się odwrotnie i w jakiś sposób Palmowski postanowił to wraz ze swoim zespołem wykorzystać do inwestycji związanej z budową kotłowni.

 

- Właściwie nie były jeszcze wówczas wydane i podpisane ostateczne decyzje w sprawie Unimy, więc my postanowiliśmy działać niejako na tzw. „wariackich papierach”. Podczas jednej z narad w stolicy województwa, Palmowski z wojewodą ustalił, że z prefabrykatów zostanie zbudowana hala montażowa dla TPGKiM (Terenowe Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej). Wniosek rozpatrzono pozytywnie i z miejsca przystąpiono do realizacji projektu, a pół roku później rozpoczęto prace związane z budową nowego zakładu.

 

Budowa Unimy

7 maja 1975 roku przedstawiciele Unimy podpisali stosowny dokument z Piskim Przedsiębiorstwem Budowlanym na rozpoczęcie prac związanych z budową nowego zakładu. Środki, jakie wówczas przeznaczono na inwestycję, były bardzo duże i wynosiły kilkadziesiąt milionów złotych, a większość z nich przypadła również Olsztyńskiemu Przedsiębiorstwu Budownictwa Przemysłowego. Pod koniec maja 1975 roku Kętrzyńskie Przedsiębiorstwo Budowlane przejęło wykonanie prac od bliźniaczej piskiej firmy i rozpoczęto prace budowlane.

 

Niezbędne również w tym czasie było zabezpieczenie warunków lokalowych dla przyszłych pracowników Unimy. Już 13 listopada 1975 rozpoczęto budowę pierwszego bloku mieszkalnego przy ulicy Pasymskiej. - My, jako miasto w związku z inwestycjami Unimy, ponieśliśmy dość spore koszty. To nie jest tak, jak obecnie, ponieważ właściwie wszystko jest sprywatyzowane, wówczas było zupełnie inaczej – wspomina Palmowski i dodaje, że w związku z powstaniem nowego zakładu pracy w Szczytnie, budżet miasta pomimo przyznania większych środków, został nieco wydrenowany.

 

- Właściwie wszystkie sprawy związane z infrastrukturą powstania Unimy wiązały się z pokryciem większej części kosztów z naszej strony. I tak do nas należało przygotowanie środków na pokrycie wszystkiego, co było związane z uzbrojeniem terenu pod przyszły zakład.

 

 

Wizyta ministra

Nowo powstającą Unimę wizytowali partyjni decydenci nie tylko z województwa, ale i z centrali, czyli Warszawy. 4 sierpnia 1976 roku budowę zakładu wizytował Aleksander Kopeć, ówczesny minister przemysłu maszynowego.

Reklama

 

- Jego wizycie towarzyszyły wcześniejsze gorączkowe przygotowania – relacjonuje Palmowski. - Już wcześniej otrzymałem informację od wojewody, że tenże przyjedzie do nas z ministrem, żeby obejrzeć postępy w budowie. W tym czasie teren powstającej Unimy był już ogrodzony i zaczęły powstawać mury pierwszych hal. Naczelnik wspomina, że zakupiono kwiaty i inne niezbędne rzeczy, aby godnie powitać członka partyjnego rządu. - Na krótko przed wizytą przyjeżdża do nas jakiś człowiek ministra, aczkolwiek jego wygląd na to nie wskazywał, bo wyskoczył ze służbowego samochodu w krótkich spodenkach i woła do nas: „Jak tam chłopaki?”. Byliśmy mocno zdziwieni, ale wiedzieliśmy oczywiście, że był to człowiek ministra, więc udawaliśmy, że wszystko jest ok.

 

Kładka nad torami

Tego samego dnia od strony Wielbarka na spotkanie w ratuszu z człowiekiem ministra jechał również i wojewoda olsztyński Sergiusz Rubczewski. Pech chciał, że akurat na przejeździe kolejowym na ulicy Chrobrego ze względu na przejazd składu towarowego, szlabany były opuszczone. Trzeba zaznaczyć, że ówczesny transport kolejowy był bardzo mocno rozwinięty w przeciwieństwie do kołowego, pojedynczy skład sięgał niekiedy i 40, a nawet więcej wagonów, więc zanim przejechał, trwało to trochę.

 

- Trzy lata później miało to niewątpliwie wpływ na podjęcie decyzji przez wojewodę o budowie specjalnej kładki dla pieszych nad torami. Pomógł w tym również ówczesny dyrektor Unimy Henryk Hańczaruk. Dość poważnym problemem było zorganizowanie niezbędnych materiałów do jej powstania, przede wszystkim stali i drewna, które było skrupulatnie reglamentowane i wydawane na bardziej priorytetowe inwestycje. Trochę czasu upłynęło, ale w ostatecznie w Państwowym Ośrodku Maszynowym pozyskano ponad 10 ton stali, którą przetransportowano do przedsiębiorstwa w Białymstoku, zajmującego się wykonywaniem pomostów i kładek. Drewno do wykonania kładki udało się natomiast pozyskać w funkcjonującym wówczas tartaku przy dzisiejszej ulicy Wileńskiej.

 

Fot. 1979. Budowa kładki



Komentarze do artykułu

Napisz

Reklama


Komentarze