Czwartek, 29 Lipiec
Imieniny: Ady, Wiwiany, Sylwiusza -

Reklama


Reklama

Filmowy mecz w Jedwabnie (zdjęcia)


Towarzyskie spotkanie formalnie nieistniejącej już drużyny seniorskiej Zrywu Jedwabno z Leśnikiem Nowe Ramuki odbyło się w piątek, 28 maja. Istota rozgrywek nie leżała jednak w ligowych tabelach lecz w... filmowej kamerze. Dobrych kilka godzin trwały bowiem zdjęcia do nowego filmu Jerzego Skolimowskiego.



O castingu do nagrań informowaliśmy wcześniej. Udało się je przeprowadzić i zgromadzić niemałą liczbę statystów. Jedną ich grupę stanowili sami piłkarze, drugą – kibice. Tych ostatnich realizatorzy wybrali około setki, ale na trybunach zasiadło sporo więcej osób, zainteresowanych niecodziennym wydarzeniem.

 

- Najfajniejsze jest to, że nazwy drużyn i miejsce meczu pojawić się mają w tym filmie w oryginale, więc to zawsze jakaś promocja dla naszej gminy – mówi jeden z mieszkańców Jedwabna.

 

Poza meczową oprawą, przygotowaną i wymaganą przez reżysera i scenarzystę, uczestnicy wykazali się też spora dozą własnej inwencji. Na stadionie stawił się np. były dyrektor GOK-u Jerzy Pałasz z bębnem, publiczność gromko skandowała różne przyśpiewki, a nad całością górował przygotowany przez filmowców transparent o treści „Nieliczni, ale fanatyczni”, który odnosił się do kibiców, odzianych w biało-niebieskie koszulki, czyli w barwach Zrywu i nieodłączne szaliki.


Reklama

 

Jedną z istotnych scen, towarzyszących „meczowi”, była awantura, wywołana przez grupkę pseudokibiców, którym nie podobały się decyzje jednego z bocznych sędziów, a właściwie sędzi, bo w tej roli występowała kobieta. Z kolei w roli najbardziej awanturniczego chuligana wystąpił, jak go okrzyknięto „Adrian z Lombardu”, czyli właściwie aktor – Mateusz Murański.

 

- To był chyba najdłuższy „mecz” w historii piłki nożnej, bo trwał od godziny 11 aż do 20 – komentuje nasz rozmówca. - Ale to nic dziwnego, bo każdą scenę nagrywano po kilka razy. Ostatecznie „wygrał” Zryw 1:0, bo tak było w scenariuszu.

 

Przypomnijmy, że film jest współczesną interpretacją kultowego obrazu zaliczanego do klasyki kina „Na los szczęścia Baltazarze” Roberta Bressona z roku 1966. Napisany po mistrzowsku scenariusz (Ewa Piaskowska i Jerzy Skolimowski) wyróżnia się oryginalną, szkatułkową formą i alegorycznym ujęciem tematu. Historia osiołka o imieniu Baltazar, rozpoczynająca się w polskim cyrku, a kończąca we włoskiej rzeźni, to gorzka, ale też i pełna ciepłego humanizmu parafraza „filmu drogi”. To panoptikum ludzkich zachowań wobec bezbronnego zwierzęcia, sugestywny obraz relacji społecznych i przemian kulturowych zachodzących we współczesnym świecie. Najnowszy film Jerzego Skolimowskiego jest koprodukcją polsko-włoską, która otrzymała dofinansowanie z Warmińsko Mazurskiego Funduszu Filmowego.

Reklama

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama


Komentarze