Wtorek, 30 Listopad
Imieniny: Andrzeja, Maury, Ondraszka -

Reklama


Reklama

Dojechał do mety - felieton pastor Andrzeja Seweryna


Nowy tydzień przywitał nas mrozem i piękną, lutową pogodą z coraz mocniej świecącym słońcem, którego tak nam ostatnio brakowało. Ale jak to w życiu bywa, dobre wieści mieszają się z tymi smutnymi i oto w poniedziałkowy poranek dotarła do nas informacja o śmierci Ryszarda Szurkowskiego, który ostatnie lata spędził na wózku inwalidzkim, a ostatecznie przegrał walkę z nowotworem. Dojechał do mety w wieku 75 lat.



Dzisiejszemu młodemu pokoleniu to nazwisko mówi niewiele albo z niczym się nie kojarzy. Każde pokolenie ma swoich idoli i bohaterów – czy to na arenie międzynarodowej, czy to w polityce lub sporcie. O ile jednak wielu politycznych bohaterów znika po latach w niebycie historii, o tyle sława wielkich sportowców nigdy się nie dewaluuje, a dla młodych adeptów danej dyscypliny sportu są oni natchnieniem i przykładem do naśladowania. Może dlatego, że ich trenerzy stanowią często pomost pamięci pomiędzy tymi wielkimi sportowcami sprzed lat, a tymi, których oni teraz trenują, aby ci młodzi w przyszłości stali się kolejnymi mistrzami.

Ryszard Szurkowski – dla ludzi mojego pokolenia to był niezwykły sportowiec. Chłopcy jeździli i ścigali się na swoich rowerkach po podwórkach i placach, często z koszulkami, na których widniało to nazwisko. Bo Pan Ryszard należał do najbardziej utytułowanych sportowców w powojennej historii polskiego sportu. Był niezwykłym kolarzem i liderem polskiej reprezentacji kolarskiej – tak jak dzisiaj Robert Lewandowski w polskiej kadrze piłkarskiej.

 

Ryszard Szurkowski aż czterokrotnie w swojej karierze wygrywał indywidualnie Wyścig Pokoju. Było to w latach 1970, 1971, 1973 i 1975. Był to największy wtedy amatorski wyścig kolarski na świecie. Rozgrywany był w trzech krajach: w Polsce, Czechosłowacji i Niemieckiej Republice Demokratycznej.

 

Był to bardzo trudny, wieloetapowy wyścig, z etapami i premiami górskimi, a także etapami jazdy na czas. Najdłuższe z nich liczyły ponad 200 kilometrów i były wręcz mordercze, jeśli chodzi o wysiłek kolarzy. Nasi kolarze należeli wtedy do najlepszych, jak dzisiaj nasi skoczkowie narciarscy i na początku lat 70. ubiegłego wieku kolarstwo to był obok piłki nożnej nasz sport narodowy.


Reklama

 

Przybiegaliśmy ze szkoły, by usiąść przy odbiorniku radiowym i słuchać relacji etapowych z wypiekami na twarzy. Jak to było dawno, aż trudno uwierzyć! Dzisiejsze transmisje telewizyjne realizowane z wielu kamer, z helikopterów i dronów pozwalają miłośnikom kolarstwa (np. mojemu synowi) śledzić zmagania zawodowych kolarzy przez cały przebieg wyścigu. Wtedy, w czasach „panowania króla Ryszarda” czekało się właściwie na finisze, które miały miejsce na stadionach i jakże często to właśnie on przecinał linię mety jako pierwszy! To były wzniosłe chwile triumfu i satysfakcji, kiedy nasi zwyciężali także drużynowo!

 

Z wielkim sentymentem wspominam więc dzisiaj pana Ryszarda Szurkowskiego – wielkiego i najbardziej utytułowanego polskiego kolarza, legendę polskiego sportu. Był on bowiem także dwukrotnym srebrnym medalistą olimpijskim w drużynowej jeździe na czas, trzykrotnym mistrzem świata w kolarstwie szosowym, a także 12-krotnym mistrzem Polski. Lista jego osiągnięć sportowych jest oczywiście znacznie dłuższa. Wspominam tylko te najbardziej spektakularne. Razem z wielką lekkoatletką Ireną Szewińską – stanowili parę najwybitniejszych indywidualności sportowych w Polsce drugiej połowy XX wieku.

 

Mam osobiście jeszcze jeden powód, by Ryszarda Szurkowskiego wspominać w sposób szczególny. Otóż był to sportowiec, który jeździł fair play, a więc ścigał się z innymi w sposób zgodny z przepisami, doceniając jednocześnie kolegów z drużyny, którzy jeździli „na swojego lidera”. A on był swoistym „dżentelmenem szos” i mimo ogromnych osiągnięć nie przeszedł na zawodowstwo. Później zresztą, już po zakończeniu kariery, pełnił funkcję prezesa Polskiego Związku Kolarskiego.

Reklama

 

Pamiętam jednak jego wypowiedzi i wywiady, w których widać było również jego kulturę osobistą i pozasportową inteligencję. Nie tylko jego sukcesy, ale również jego osobowość przyciągała wielu i była przykładem dla innych kolarzy. To był nie tylko wielki sportowiec, ale również wspaniały i bardzo sympatyczny człowiek. Podobnie jak pani Irena Szewińska.

 

Tacy ludzie mogą być dla nas chrześcijan również przykładami wytrwałości, ciężkiej pracy oraz uczciwości w codziennym życiu. Apostoł Paweł napisał takie oto zdanie: „Kto staje do zawodów, nie zdobywa wieńca, jeżeli nie walczy prawidłowo” (2 List do Tymoteusza 2,5). W innym miejscu dodaje: „Czy nie wiecie, że biegacze na stadionie wprawdzie wszyscy biegną, ale tylko jeden zdobywa nagrodę. Tak biegnijcie, abyście ją zdobyli” (1 List do Koryntian 9,24). W tym naszym życiowym biegu nie chodzi o medal czy puchar, lecz o nagrodę w niebie! Do tej mety warto dobiec!

Andrzej Seweryn

andrzej.seweryn@gmail.com

 

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama


Komentarze