Reklama


Reklama

Cisi bohaterowie walki z koronawirusem


Ratownicy medyczni, to cisi bohaterowie walki z koronawirusem. Walki o nasze życie. Od ich umiejętności i sprawności naprawdę wiele zależy. A to dlatego, że to oni, często jako pierwsi są przy nas w tych nagłych przypadkach. Anonimowo walczą o każdy nasz oddech, bicie serca... Lekarzom, pielęgniarkom na oddziale składamy podziękowanie, bo nie są aż tak anonimowi. O ratownikach medycznych pamiętamy rzadziej. Rozpoczynamy dziś cykl przedstawiający ratowników medycznych z naszego powiatu.



Maria Grala z Pogotowiem Ratunkowym w Szczytnie związana jest od 1995 roku. Wcześniej, bo w 1981 roku rozpoczęła pracę w szpitalu w Biskupcu na oddziale noworodków i wcześniaków oraz na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej.

 

- Pochodzę z Gołdapi – mówi. - Skończyłam szkołę pielęgniarską w Giżycku, a potem, bo brakowało pielęgniarek w szpitalu w Biskupcu, trafiłam właśnie tam.

Do Szczytna pani Maria przyjechała za mężem, który pochodzi z Targowa.

 

- Poznaliśmy się w Giżycku – mówi. - On uczył się w technikum elektrycznym, a ja w medyku. W tamtych czasach medyk był niemal jak szkoła zakonna – śmieje się pani Maria. - U nas same dziewczyny, a w technikum panowie. Zapraszali nas na potańcówki i tak poznałam męża. W końcu przenieśliśmy się do Szczytna i jesteśmy tu cały czas.

 

Pani Maria w karetce pogotowia zaczęła jeździć w 1995 roku. - Uczyłam nawet Grzegorza Achremczyka tego zawodu – śmieje się opowiadając swoją historię, której przysłuchuje się obecny koordynator szczycieńskiego pogotowia, właśnie Grzegorz Achremczyk. - Miał od początku predyspozycje do tego zawodu.

 

Maria Grala doskonale pamięta swój pierwszy, alarmowy wyjazd. - Było to zasłabnięciem w szkole w Łatanej – wspomina. - Pojechaliśmy tam ze Sławkiem Sawickim i doktorem Szymańskim. Wskoczyłam do karetki w klapkach i białym fartuchu, bo jeszcze nie miałam uniformu ratowniczego. Krzyknęli, że jest wyjazd, a ja w tym czasie byłam w gabinecie zabiegowym. Pobiegłam do karetki, jak stałam. Przyznam, że początkowo wydawało mi się, że nie odnajdę się w pogotowiu ratunkowym. Przez wiele lat pracowałam wyłącznie z dziećmi i dawało mi to ogromną satysfakcję. A tu nagle mnóstwo wyjazdów, alkoholicy, mężczyźni... Zaczynałem pracować w budynku starego pogotowia, gdzie było też ambulatorium. Było tam, jak na dworcu. Ciągle ktoś przychodził, dzwonił. Na głowie pielęgniarki była dyspozytornia, gabinety chirurgiczne, łóżka pacjentów...

 

Ale i tak to nie było najtrudniejsze w tej pracy. - Początkowo nie dawałam sobie rady ze śmiercią, która towarzyszy w pracy ratownikom – mówi pani Maria. - Śmierć dziecka do końca życia zostaje w głowie, ma się to przed oczyma. A niestety i takie przypadki się zdarzyły na przestrzeni tych lat pracy w pogotowiu. Fatalnie radziłam sobie, i nadal tak jest, z samobójstwami. Zwłaszcza powieszenia zostają w mojej psychice na długo. Trudno pozbyć się tych obrazów i dalej normalnie żyć. Ta praca uczy pokory. Człowiek staje się bardziej uprzejmy dla innych, bo widzi ludzką tragedię, biedę... Nie da się od tego uciec. Jedyne co mamy, to życie. Trzeba cenić i swoje, i innych.

 

Dlaczego została pani pielęgniarką?

 

Duży wpływ miała na to moja mama. Kiedyś korzystała z ośrodka zdrowia w Gołdapi. Popatrzyła na te pięknie, czysto ubrane pielęgniarki, czepki, buty. Według niej miały dobrą pracę. Przyjechała do domu i rzuciła hasło: córuś, a może zostaniesz pielęgniarką, co? Zaskoczyło mnie to, bo chciałem iść do technikum łączności. Byłam wówczas w ósmej klasie, czyli na etapie wybierania szkoły średniej. Przypomnę, że było to 45 lat temu, więc praca pielęgniarek rzeczywiście mogłazrobić wrażenie. Znalazłam w informatorze szkołę pielęgniarską w Giżycku. Złożyłam papiery. Miałam świetne świadectwo, więc dostałam się tam bez problemu. Dyplom z pielęgniarstwa otrzymałam na 5. Koszmarem była dla mnie jedynie matematyka.


Reklama

 

Z ratownictwem medycznym związana jest pani od 25 lat, jak to się zmieniało na przestrzeni tych lat?

 

Wydaje mi się, że kiedyś byliśmy bardziej szanowani, zarówno lekarze, jak pielęgniarki. Pacjenci byli milsi, mieli więcej szacunku do naszej pracy. Dziś jest dużo roszczeń, pretensji. Żyjemy w ogromnym stresie. Towarzyszy on nam na każdym kroku. Pracujemy w karetkach bez lekarzy, jest większa odpowiedzialność, bywają problemy z przekazaniem pacjentów. Nie działa to wszystko tak, jak powinno. Stresują się pacjenci i my. Chyba to jest właśnie dziś najgorsze dla każdego pracownika służby zdrowia. Poprawiło się za to sprzętowo. W latach 80. używaliśmy na przykład jeszcze strzykawek, tetrowych pieluch wielokrotnego użytku. Wszystko było gotowane, sterylizowane.

 

Wybrałaby pani raz jeszcze ten zawód?

 

Uwielbiam swoją pracę, to fakt. Ale nie wiem, czy gdybym mogła wybierać raz jeszcze, to nie uderzyłabym w ogrodnictwo (śmiech).

 

Dlaczego ogrodnictwo akurat?

 

Bo jest tam mnóstwo spokoju, którego dziś tak bardzo każdemu brakuje. Ogrodnictwo stało się moim hobby. Mamy z mężem działkę i tam często uciekam. W kwietniu zamierzam przejść na emeryturę i temu się oddam. Po 40 latach pracy w systemie 12-godzinnym będzie to dla mnie całkowicie coś nowego. Pamiętam, jak była Wigilia, a ja o godzinie 19 musiałam już wstać od stołu, zostawić męża i małe córki, i iść do pracy. To naprawdę były przykre chwile. Ale cóż, taką pracę sobie wybrałam. Daje też ogromną satysfakcję. Gdy uda się komuś ocalić życie, w człowieku jest radość, rodzi się nadzieja, pokazuje, że to wszystko ma sens...

 

 

Grzegorz Achremczyk  z pogotowiem ratunkowym w Szczytnie związany jest od 2003 roku. Jest koordynatorem pogotowia na powiat szczycieński. Ukończył studium medyczne w Olsztynie oraz Akademię Medyczną w Gdańsku.

 

Pamięta pan swój pierwszy wyjazd?

 

- Pamiętam bardzo dobrze. Dotyczył problemów kardiologicznych – wspomina. - Byłem wolontariuszem w pogotowiu. Pamiętam, że starałem się bardzo dużo pomagać zespołowi, bo zależało mi na tym, aby zrobić jak najlepsze wrażenie na moich doświadczonych kolegach i koleżankach. Pamiętam, że jechałem „erką” (karetką reanimacyjną). W zespole był kierowca, ratownik, pielęgniarka i lekarz anestezjolog z Olsztyna. Był to wyjazd do Leśnego Dworu. Do dziś pamiętam nazwisko tego pacjenta. Rzeczywistość szkolna, a realia tej pracy znacznie się różniły. Nie brakuje tu emocji i stresu.

 

Pracował pan tylko w Szczytnie?

 

Właściwie tak, jeśli przez Szczytno rozumiemy powiat szczycieński. Miałem epizody pracy na karetkach wodnych, czy jako wykładowca na uczelniach. Ale głównie związany jestem z pogotowiem ratunkowym w Szczytnie.

Reklama

 

Pamięta pan jakiś szczególny wyjazd ratunkowy?

 

Jest kilka takich wyjazdów, o których nie potrafię zapomnieć. Najbardziej w mojej głowie zostają zdarzenia z dziećmi. Uczestniczyłem w reanimacji 2-latka, czy bardzo długiej reanimacji 14-latka. Pomagaliśmy też dziecku po amputacji kończyn. Nie da się tego pisać. Gdy uda się pomóc jest ogromna radość, gdy nie... pozostaje potworny ból i smutek. Wątpliwości, że może można było zrobić coś jeszcze. Ktoś, kto nie pracuje w takim zawodzie, nie ma pojęcia o czym mówię... Nie znoszę też wypadków drogowych. Często jest tam bardzo dużo niepotrzebnej śmierci, bo wynikającej z ludzkiej głupoty, brawury. Każda śmierć zostaje z nami. To ogromny ciężar. Staram się jednak nie nosić pracy do domu i nie rozmawiać o tym. Ja radzę sobie z tym milcząc, ale są też osoby, które chcą to z siebie wyrzucić.

 

 

Słyszałem, że jest pan fanem piłki nożnej...

 

To prawda. Staram się być na każdym meczu piłkarskiej kadry Polski. Myślę, że obejrzałem na żywo z 50 meczów z jej udziałem. Na żywo i nie w telewizji - dodam. Najdalej za naszymi kadrowiczami pojechałem do stolicy Kazachstanu. Każdy wyjazd to niesamowita przygoda, ale też szansa na oderwanie od rzeczywistości.

 

Ma pan ulubionego piłkarza?

 

Nie. Ale moją ulubioną drużyną jest Stomil Olsztyn.

 

Jest jeszcze jakieś inne hobby?

 

Uwielbiam nurkować. Udzielam się też w fundacji Autrimpus.

 

Ulubiona potrawa koordynatora ratowników medycznych w naszym powiecie, to?

 

Uwielbiam ryby. Zwłaszcza sandacza złowionego przez mojego tatę i przez niego zrobionego. Pycha. Bez żadnych dodatków.

 

Jak wygląda dzień ratownika medycznego w dobie koronawirusa?

 

Pracuję średnio miesięcznie około 300 godzin. Z covidem pracuje się nam naprawdę bardzo trudno, bo strasznie obciąża on psychikę. Jest duże ryzyko zakażenia, a poza tym za każdym razem trzeba ubrać kombinezon, zdjąć go, zdezynfekować. Już same te środki ostrożności sprawiają, że głowa jest mocno obciążona. Fizycznie nie jesteśmy zmęczeni, ale psychicznie naprawdę bardzo.

 

 

 

 

 



Komentarze do artykułu

Ten od Grzesia G.

Miałem przyjemność korzystać z pomocy Pani Marii. Nadzwyczaj sympatyczna i o niewyobrażalnie dużej empatii. Do tego bardzo sympatyczna i wyrozumiała oraz fachowa w swojej robocie. Bycie potrzebującym pomocy lub współpracownikiem lub przełożonym takiej osoby, to sama przyjemność. Pozdrawiam Panią Marię i życzę Wszelkiej Pomyślności, a szczególnie zdrowia.

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama


Komentarze