Piątek, 3 Kwiecień, Imieniny: Pankracego, Renaty, Ryszarda -
Jesteś świadkiem jakiegoś wydarzenia? ZGŁOŚ

Reklama


Reklama

Bocian Jacek – ptak, który kocha mieszkańców Orzyn


Krystyna Pawlak z Orzyn adoptowała późną wiosną małego bociana, który prawdopodobnie wypadł lub został wypchnięty z gniazda przez swoją biologiczną matkę. Jacek, bo takie pani Krystyna nadała mu imię, niczym lokalny stróż porządku, chodzi dumnie między posesją państwa Pawlaków a miejscowym sklepem i bacznie obserwuje ludzi robiących zakupy. Miejscowi już się do niego przyzwyczaili, a dla przyjezdnych stanowi nie lada atrakcję.



Mieszkańcy Orzyn wierzą, że tam, gdzie jest bocian, będzie się szczęśliwie działo. Choć do przylotu z Afryki pierwszych bocianów jest jeszcze trochę czasu, to w Orzynach jednego z nich można zauważyć najczęściej w pobliżu sklepu. Jacek zupełnie nie boi się ludzi, a niektórych z nich traktuje jak swoich przyjaciół.

 

Krystyna Pawlak z Orzyn adoptowała późną wiosną małego bociana.

 

Nikt go nie przegania, chociaż Jacek ma różne i często zmienne nastroje. Zdarza się, że niekiedy kogoś porządnie nastraszy, ale tylko wtedy, gdy ktoś mu podpadnie i wówczas potrafi dziobnąć, jednak są tylko drobne i nic nie znaczące incydenty, bez poważniejszych konsekwencji.

 

Pewnego czerwcowego przedpołudnia moja koleżanka poprosiła mnie, abym niezwłocznie do niej przyszła i zobaczyła, coś, co znalazła w trawie. Na miejscu okazało się, że chodziło o małego bociana, który głośnym piskiem wzywał pomocy. Przeżył chyba tylko dlatego, że spadł na dość wysoką trawę, która zamortyzowała jego upadek – opowiada pani Krystyna. Obie panie nie bardzo wiedziały, jak postąpić ze „znajdką”. Ostatecznie pani Krystyna postanowiła się bocianim pisklęciem zaopiekować. - Zaczęłam mu kupować różne mięsne frykasy, m.in. drobiową wątróbkę i serca, bo wyczytałyśmy w internecie, że boćki żywią się mięsem.

 

Ku radości swojej opiekunki i niejako drugiej mamy, Klekuś vel Jacek rósł jak na drożdżach. W wychowaniu i opiece nad ptakiem dzielnie wspomagała panią Krystynę jej wnuczka.

 

- Z czasem Jacuś dorósł i zechciał poszybować w powietrzu po raz pierwszy w życiu. W tym najbardziej wspomagała go wnuczka. Pewnego dnia Jacek nabrał rozbiegu i poszybował w górę. Minęło kilka chwil i straciłam go z oczu. Sądziłam, że odleciał. Poszłam załatwiać jakieś swoje sprawy. Po powrocie byłam bardzo zaskoczona, bo w sieni domu na podłodze leżała róża. Najpierw myślałam, że to jest jakiś żart, ale okazało się, że kwiat, który był zeschły, przyniósł mi i ułożył na podłodze mój Jacuś.


Reklama

 

Z czasem stało się normą, że gdy gospodyni opuszcza dom, odlatuje także Jacuś. I zawsze, po jakimś czasie, wraca z gałązką w dziobie, którą układa zawsze tam, gdzie wcześniej położył różę, sygnalizując swojej pani, że już tu dzisiaj był. Za opiekę Jacek odwdzięcza się przywiązaniem i uczuciem. Chodzi za swoją zastępczą „mamą”, daje się głaskać i przytulać, a nawet siadać jej na kolanach.

 

- Tylko mnie się słucha i nikogo obcego nie wpuszcza na podwórko, łopocząc skrzydłami i dziobiąc po nogach. Jednak, jeśli ktoś jest w moim towarzystwie, zachowuje się zupełnie inaczej i grzeczniej. Jacek nie lubi jednak konkurencji i gdy kury na podwórku są za głośne lub mu przeszkadzają, potrafi je rozpędzić dziobiąc po głowach, jednak na tyle delikatnie, że nie robi im większej krzywdy.

 

W grudniu ubiegłego roku Jacek zaginął. Ktoś go pochwycił i przechowywał u siebie. Trwało to dokładnie trzy tygodnie. Gdy później Jacek wrócił, zaniedbany i wychudzony, sprawił ogromną radość całej rodzinie i znajomym.

 

- Niektórzy kupują i przywożą rarytasy przeznaczone specjalnie dla Jacka. Ostatnio mój znajomy przywiózł mi aż 3 kilogramy serc drobiowych.

 

Pewnego razu pani Krystyna na zakupy do sklepu przyszła sama, natomiast tuż za nią Jacek wszedł, dziobnął delikatnie w nogę, bo jak się później okazało, chciał żeby pani Krystyna wzięła go na ręce.

 

- Gdy jest chłodniej, Jacek wchodzi do domu, a właściwie do kuchni, żeby się nieco ogrzać. W ciągu dnia przesiaduje na opuszczonych o tej porze roku gniazdach swoich pobratymców.

 

„Bociania mama” z trudem godzi się z wizją, że Jacek z czasem opuści jej dom.

 

- No cóż, jeśli nasz Jacuś jest ptasim mężczyzną i znajdzie sobie partnerkę, to co ja będę mogła zrobić? Nic. Przecież każdy z nas się wiąże najczęściej na całe życie, a podobno bociany są jednymi z najwierniejszych sobie ptaków. Na pewno będzie mi go brakowało, ale i pozostanie taka radość, że dzięki mojej opiece ma się dobrze i założył sobie swoją prawdziwą bocianią rodzinę.

Reklama

 

Losy bociana Jacka obserwują też inni mieszkańcy Orzyn.

 

 

 

Ewelina Sokołowska

Pewnego dnia jakaś pani podjechała pod sklep i zatrąbiła na bociana, aby zszedł jej z drogi. Ptak tak się tym zdenerwował, że zaczął dziobać szyby samochodu. Zdarza się, że Jacek pod sklep sam przychodzi bądź też przylatuje. Pobawi się kamykami, poobserwuje ludzi po czym odlatuje. Zupełnie nie boi się ludzi. Mam wrażenie, że on już na nic nie poluje, ponieważ nauczył się, że ludzie mają jedzenie i się z nim podzielą.

 

Eugeniusz Pawlak

Z bocianem jest pewien problem, bo jeszcze nikt nie ustalił jego płci i nie wiemy, czy jest to „on” czy „ona”. Żona dała mu na imię Jacek, ale najczęściej zwraca się do niego „Klekuś”. Prawie wszyscy pod sklepem go dokarmiają, do czego szybko się przyzwyczaił i pewnie dlatego nie poluje, bo uważa, że skoro jest maskotką naszej wsi, ludzie powinni go karmić.

 

Bogdan Sadowski

Codziennie przylatuje pod sklep i obserwuje ludzi, którzy niekiedy coś mu kupują w sklepie i go dokarmiają. Wczoraj na przykład kupiliśmy mu parówki, ale tylko je dziobnął i zostawił. Może uznał, że za dużo w nich chemii, a zwierzęta to wyczuwają. Tylko my, ludzie, jemy co popadnie.



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama


Komentarze