Środa, 8 Grudzień
Imieniny: Delfiny, Marii, Wirginiusza -

Reklama


Reklama

Bajki dla dorosłych - felieton Wiesława Mądrzejowskiego


W wyborczą niedzielę z wypiekami na twarzy nie śledziłem przebiegu najdziwniejszych wyborów prezydenckich jakie świat mógł do tej pory oglądać. Nie śledziłem, bo miałem sporo pracy na działce, lekko nie było, świeciło słońce, więc wypieki na twarzy były całkowicie naturalne. Poza tym trudno śledzić coś co jest, ale tego nie ma. Poznałem w życiu kawałek świata i wydawało mi się, że na przykład, jeżeli chodzi o wybory to nic nie przebije czegoś, co oglądałem parę lat temu w La Paz, czyli stolicy Boliwii.



Przypadkowo znalazłem się tam akurat w środku wyborczej gorączki. O gorączkę w tym dwumilionowym miasteczku położonym gdzieś na wysokości ok. 4000 m z natury dość trudno, bo wysokość robi swoje. Dla nieprzyzwyczajonych nawet przespanie nocy bez wcześniejszej aklimatyzacji jest dość trudne, gdyż co kilka minut budzi się człowiek z braku tlenu w płucach.

 

 

Gdy więc bladym świtem obudziła mnie jeszcze dochodząca z ulicy kakofonia bębnów, trąbek, piszczałek i diabli wiedzą jeszcze czego, wściekły wyszedłem na ulicę. Niby niedzielny poranek, a ludzi pełno, z czego sporo dość ostentacyjnie uzbrojonych w różne groźne i ostre narzędzia. Jak się okazało, zaczął się wyborczy poranek. Do dziś nie wiem co czy kogo wybierano, ale aktywność wyborców była przeogromna.

 

Przypuszczam, że już do południa frekwencja musiała zbliżać się do 100%, a nawet więcej. Siadłem sobie w najbliższej knajpie przy kufelku czegoś chłodnego i narodowym tam daniu, czyli pieczonej na ruszcie morskiej śwince. Jak pamiętam w telewizji leciała akurat transmisja wieczornego meczu Bayernu z Schalke (różnica czasu), ale mało kto to oglądał. Poza mną tylko jakiś miejscowy Anglik.

 

Zgadało się więc o tych wyborach i wytłumaczył mi, że to było też coś w rodzaju meczu – duże miasta kontra interior. W dużych miastach głosowano na jednego kandydata czy partię, a poza nimi na coś odwrotnego. Ważne było, ile osób pójdzie do wyborów i czy będzie to więcej w mieście czy na wsi. Grupki aktywistów wyborczych zatrzymywały co bardziej podejrzanych i sprawdzały, czy klient ma już na przedramieniu stempelek, którym komisja wyborcza oznaczała głosujących. Gdy jeszcze miał czystą łapę, to mało delikatnie kierowano go we właściwym kierunku. Kto wygrał nie wiem, ale Bayern z pewnością.


Reklama

 

Boliwia jednak wysiada. Nikomu by tam chyba do głowy nie przyszło, aby zorganizować wybory, z całą powagą ogłosić ich rozpoczęcie i zakończenie… i nawet ich nie zacząć. Jestem niezmiernie ciekaw, co nasza ukochana genialna władza wymyśli na następną rundkę. W chwili, gdy to piszę, jeszcze nie wiadomo, ale do czwartku, kiedy będziecie to Państwo czytać, już wszystko będzie jeszcze dokładniej zagmatwane.

 

Jako lojalny obywatel mam pewien pomysł, który chciałbym podsunąć. Poważnie, bez żadnej beki. Słusznie uważając, że mamy społeczeństwo świadome i warte zaufania poluzowano ostatnio reżim ograniczeń związanych z zarazą. I bez tego zresztą można było nawet w okresie największych zakazów wybrać się po konieczne zakupy. Gdzie pracują osoby (panie przede wszystkim) najbardziej odporne na zarazę pomimo zagrożenia? Cała służba zdrowia pada jak muchy, zaraza zbiera tam niestety wielkie żniwo. Natomiast czy ktoś słyszał, aby dotknęło to jakąś kasjerkę z którejś z licznych sieci handlowych? Bo ja nie. Najtwardsi z twardych! W marketach najbezpieczniej!

 

Wobec tego proponuję poważnie wybory w „Żabce”. Dlaczego akurat tam, a nie w „Biedronce”, czy innym „Tesco”? Bo - po pierwsze - jest to jedyna sieć otwarta w niedzielę, a wybory muszą być w dniu wolnym od pracy. Po drugie firma ta ma swoje sklepy wszędzie, począwszy od wsi zabitych dechami po stolicę. Jak słyszałem przed chwilą w radio najbardziej prawdopodobnym systemem głosowania będzie mieszany, osobiście - pocztowy.

Reklama

 

A przecież każdy sklep tej sieci to właśnie w niedzielę też poczta. Wystarczy przy kasie postawić urnę, lekko przeszkolić personel, który i tak w niedzielę musi być w pracy i problem z obsadą komisji wyborczych odpada. Przy okazji kilkaset złotych dodatkowo do kieszeni wpadnie, a liczyć w handlu też trzeba właściwie. Manka nie będzie. Kto chce wpadnie osobiście na niedzielne zakupy i przy okazji spełni ważny obywatelski obowiązek. Chorzy, starcy jak ja i bardziej przestraszeni zarazą mogą swoje pakiety wyborcze zapakować w stosowną kopertę, powiadomić właściwy organ administracji (byle nie samorządowej, bo ta znów może mieć jakieś „ale”) i np. dzielni żołnierze „terytorialsi” pofatygują się pod wskazany adres, pokwitują odbiór i radośnie wrzucą do właściwej urny. Ma ktoś lepszy pomysł?

 

Wiesław Mądrzejowski (wiemod@wp.pl)

 

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama