Wtorek, 20 Kwiecień
Imieniny: Alfa, Leonii, Tytusa -

Reklama


Reklama

Alina Kobiałek: - Śmierć też wymaga oprawy (rozmowa)


Dziś trudno wyobrazić sobie kwestię organizacji ceremonii pogrzebowej bez wsparcia fachowców. Jedną z firm, które w Szczytnie zajmują się tą działalnością, jest „Orkus”. O historii i dniu teraźniejszym pochówków, bez unikania spraw prywatnych, rozmawiamy z Aliną Kobiałek.



Prowadzi pani zakład wraz z mężem. Od dawna?

 

Już ponad 20 lat. Rozpoczynaliśmy działalność w 1998 roku. Mąż wcześniej pracował w policyjnej szkole i przeszedł na emeryturę. Ja miałam za sobą jakieś 20 lat pracy w PSS „Społem”, ale też sytuacja była taka, że rozstałam się ostatecznie z tą firmą. Obojgu nam już było bliżej do „normalnego” wieku emerytalnego niż dalej. Mąż miał prawie pięćdziesiąt lat, kiedy otworzyliśmy „Orkus”.

 

Początki zapewne nie były proste?

 

W Szczytnie już jedna podobna firma działała bardzo prężnie, ale zapotrzebowanie było duże. Mimo to zaczynaliśmy bardzo skromnie. Pierwsza przeprowadzona przez nas ceremonia to właściwie było pół pogrzebu. Rodzina miała już wstępną część przygotowań, nazwijmy to biznesowo, załatwioną: trumnę, przygotowane ciało. My zajęliśmy się tą drugą częścią, związaną z samym pochówkiem, z ceremonią pożegnalną. I od tego się zaczęło. To było przy końcu zimy, wtedy jakoś mnóstwo ludzi chorowało i było dużo zgonów.

 

Skąd pomysł, żeby zająć się akurat taką działalnością?

 

To chyba efekt moich, może dziwnych, zainteresowań już od dziecka. Lubiłam chodzić na cmentarz, często tam spacerowałam. Znałam wszystkie groby, gdzie i kto jest pochowany... Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale tak miałam już w latach szkoły podstawowej.

 

W Szczytnie?

 

Obowiązkowo, bo tu się urodziłam i tu mieszkam na stałe. Rodzice przyjechali z Mazowsza. Było nas w domu aż sześcioro, ale nikt na moje nietypowe zainteresowania nie reagował. Zresztą, to były inne czasy wychowawcze, nikt dzieci nie pilnował tak wytrwale jak dziś. Rodzice pewnie nawet nie wiedzieli, że spaceruję sama po cmentarzu. Ale też z rodziną, wcześniej, często na cmentarzu bywaliśmy na – jak to mówiliśmy – małych grobach. Pochowane były w nich bliźnięta, zmarłe w niemowlęctwie moje starsze rodzeństwo. I wtedy odwiedzaliśmy też inne groby. Pewnie tak mi zostało...

 

A mąż? Podobne miał zainteresowania?

 

Nie, ale bez niego bym się tej działalności nie podjęła. To on był motorem firmy, jej mózgiem przy rozruchu. Podjęliśmy więc ryzyko, a czas pokazał, że słusznie. Dziś tak jesteśmy związani z „Orkusem”, tak rozpoznawalni, że sami już prawie nie pamiętamy, że mieliśmy inne życie, inną pracę, inne funkcje.

 

Skąd nazwa?

 

To mój pomysł. Zrodził się przy rozwiązywaniu krzyżówek. Poszukałam informacji o tym Orkusie. Okazał się być rzymskim bogiem podziemi, demonem śmierci. Nadawał się więc na patrona zakładu pogrzebowego.

 

Taka działalność składa się niejako z dwóch części: jawnej i tej niejawnej, podczas której ciało zmarłego przygotowywane jest do pochówku. Wymaga to bezpośredniego kontaktu z tym ciałem. Jak to wygląda i jak pani sobie z tym radziła?

 

 

Nie miałam problemu, bo też nigdy nie robiłam tego osobiście. Zawsze mieliśmy pracownika, który był do tego odpowiednio przygotowany. Uczestniczył też w sekcjach, wykonywanych przez lekarza patologa. To naprawdę był (i nadal jest) świetny fachowiec.

 

Ale przyglądała się pani tym czynnościom?

 

Na samym początku. Jeszcze nie mieliśmy tego pracownika. Przygotowaniem ciała, które było także wtedy podawane sekcji zwłok, pod okiem patologa, zajął się jeden z naszych innych pracowników. Nigdy wcześniej tego nie robił. Byłam więc obecna, by mu dodać trochę otuchy. Przyznam, że było to dla mnie też bardzo trudne przeżycie. Wcześniej osoby nieżyjące już widziałam, ale udział w sekcji zwłok... To było naprawdę okropne doświadczenie. Później już nie było potrzeby, bym brała udział w tych czynnościach. Tą częścią przygotowań zajmuje się pracownik, do którego mam pełne zaufanie.


Reklama

 

Śmierć i pogrzeb to zawsze tragedia rodzin. Jak się uodpornić na żałobę, zachować profesjonalizm?

 

To się nie da. To znaczy – profesjonalizm musi być. Jeśli jednak w tym zawodzie człowiek na ludzki żal się uodporni, przestanie rozumieć ludzi i podchodzić do nich z pełnym współczuciem i zrozumieniem, to powinien zamknąć firmę i zająć się czymś innym. Tak podstawy tej smutnej przecież, ale niezbędnej dla ludzi działalności wpajam synowej.

 

Zdarzyły się jakieś ekstremalne sytuacje? Jaki pogrzeb i dlaczego zapamiętała pani szczególnie?

 

Każdą rodzinę tak prowadzić, tak rozmawiać, by z mojego zakładu wychodziła odrobinę uspokojona, już bez płaczu. Oczywiście, nie da się tak zawsze. Najtrudniejsze są ceremonie przygotowywane dla młodych ludzi, dzieci... W takich przypadkach utulenie rodziny, rodziców w żalu jest niezwykle trudne.

 

Nie występują konflikty, uwagi, pretensje?

 

Jak dotąd nie. Może pomaga mi w tym fakt, że jestem z urodzenia szczytnianką, znam bardzo wiele osób i mnie ludzie w mieście znają. To ułatwia bezpośrednie kontakty. Często jest tak, że organizacje pogrzebu zleca osoba, która mniej czy bardziej znamy, wtedy łatwiej pomóc, uspokoić... bo wiem, jak do takiej znajomej osoby podejść, jak do niej mówić. Myślę, że ludzie po prostu mają do nas zaufanie, wiedzą, że z jednakowym szacunkiem traktujemy i tych, co odeszli, i tych, co zostali. A to jest bardzo ważne.

 

To akurat wiem. Kiedy zmarła moja mama, a zakłady pogrzebowe jeszcze nie istniały miałam do czynienia z pewną panią od cmentarza... Bardziej ordynarnej kobiety, bez empatii i krzty współczucia już chyba nigdy nie spotkałam...

 

No właśnie. A przecież wiem, kiedy zmarła pani mama i choć minęło tyle lat, ten żal w pani tkwi. Tego musimy, po prostu bezwględnie musimy nie okazywać, nie pozostawiac rodzinom. Każdy, kto stracił kogoś bliskiego musi mieć czas wyłącznie na swój żal, nie może martwić się ceremonią pogrzebową, musi mieć pewność, że będzie ona taka, jaką chciał mieć zmarły, lub jaką chce mieć rodzina. A my jesteśmy od tego, żeby te oczekiwania spełnić w stu a nawet więcej procentach.

 

To jednak nie jest łatwe zawsze ze zrozumieniem i współczuciem przyjmować klientów i z nimi rozmawiać. Każdy ma przecież też swój własny świat, dzień lepszy czy gorszy...

 

Szczerze mówiąc, nic takiego mnie się nie zdarzyło. Śmierć bliskiej osoby to taka wyjątkowa sytuacja w życiu każdego człowieka, że ten człowiek ma prawo, ma po prostu ludzkie prawo zachowywać się w najróżniejszy sposób, bo każdy sobie z nieszczęściem radzi inaczej. Mój problem, jeśli akurat jakiś mam, jest zawsze mniej ważny, mniej bolesny niż ból, tragedia klienta. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której miałabym się na klienta obrazić, czy być niegrzeczna. To, powtórzę raz jeszcze, takie sytuacje, kiedy często trzeba po prostu wejść w skórę klienta i go zrozumieć.

 

Mamy czas pandemii. Jedni w nią wierzą, inni nie. Dla jednych to grypa, dla innych poważne zagrożenie. Czy liczba zgonów, pogrzebów, ich organizacji zmieniła się w ostatnim roku?

 

Od początku pandemii nie było to widoczne ani odczuwalne, ale gdzieś od października, kiedy w podawanych krajowych statystykach wskazywano mocny wzrost zarówno zachorowań, jak i zgonów, te statystyki znajdują potwierdzenie także w Szczytnie czy powiecie. Inaczej mówiąc – wyraźnie i odczuwalnie wzrasta liczba zgonów i pogrzebów. I organizacja tych pogrzebów, jest – niestety – znacznie trudniejsza.

Reklama

 

Dlaczego?

 

Zmiany dotyczą osób, które zmarły w szpitalu i nie jest ważne, jaka była przyczyna śmierci. Nowe, okropne dla rodzin zasady dotyczą każdego zgonu. Nie wiem, jakie czynności wykonuje się w szpitalu. Zmarła osoba przekazywana jest nam w szczelnie zamkniętym pokrowcu, którego nie wolno otwierać. W takim stanie zmarłego wkłada się do trumny, zamyka wieko... Rodzina nie widzi zmarłego bliskiego, nie może się z nim tradycyjnie pożegnać, z rzadka organizowane są różańce, w naprawdę wyjątkowych przypadkach. Sytuacja jest taka, że przy większej liczbie szpitalnych zgonów, potencjalnie może się zdarzyć i tak, że w pokrowcu będzie inna osoba niż ta, która być powinna. A rodzina nie może tego zobaczyć, nie może tego stwierdzić. Uważam, że mogłoby jednak w szpitalu znaleźć się jakieś pomieszczenie, w którym rodzina, odpowiednio zabezpieczona, mogłaby zmarłego pożegnać, choćby jedna osoba. Niechby to dotyczyło chociaż tych zmarłych, o których wiadomo, że przyczyną nie był wirus. W naszej kulturze głęboko zakorzeniona jest potrzeba pożegnania zmarłego. Wszyscy wiemy, jak to wygląda. Jest różaniec, stoi otwarta trumna. Każdy, kto ma wewnętrzną potrzebę, a takich osób jest większość, podchodzi, dotknie pożegnalnie zimnej dłoni, złoży pocałunek na czole... To pożegnanie jest dla rodziny najważniejszym, bardzo osobistym elementem ceremonii. Bo pozostałe obrządki wynikają już bardziej z tradycji. Ale zauważalne są też inne zmiany. Znacznie więcej jest kremacji. Dla nas, jako zakładu pogrzebowego, jest to kwestia zmiany organizacyjnej, bo niezależnie od tego, jaka jest forma pochówku, my się tym zajmujemy od początku do końca.

 

To może o prozie życia. Bolączką od lat podnoszoną są koszty pogrzebu. To przez nie najczęściej, ogólnie jako profesja, zakłady pogrzebowe są krytykowane. Przyjęło się, że koszt pogrzeby równa się zasiłkowi z ZUS, ale chyba coś się zmieniło. Osobiście zbulwsersowały mnie dwie bodaj informacje w internecie, że rodzina zorganizowała zbiórki publiczne, żeby pokryć koszty pogrzebu...

 

Często, niestety, o zbyt wysokie koszty pogrzebu oskarża się zakłady, co nie jest do końca sprawiedliwe, bo przecież osobne koszty, ponoszone przez rodzinę, to na przykład miejsce na cmentarzu, oprawy religijnej. I osobiście wierzę, że w dużych miastach, te wszystkie, całościowe koszty mogą sięgnąć nawet i 8 tysięcy złotych. Ale to w każdym przypadku, w każdej sytuacji sprawa, która jest uzależniona wyłącznie od rodziny zmarłego. To rodzina dokonuje wyboru ubrań, trumny, grobu: czy będzie ziemny czy pieczara... Na to wszystko zakłady pogrzebowe tak naprawdę wcale nie mają wpływu. Dodam, że gdyby to mój mąż samodzielnie prowadził naszą firmę, to dawno by splajtował. Jest takim człowiekiem, że najchętniej nie wziąłby złotówki od nikogo, bo on śmierć każdego człowieka przeżywa jakby to był ktoś dla niego najbliższy.

 

To chyba jemu jest trudniej pracować w tym fachu?

 

Uzupełniamy się. Emocje, które towarzyszą mojemu mężowi w tej pracy, są bardzo ważne. Pomagają w kontaktach z rodzinami osób zmarłych, pozwalają lepiej ich rozumieć, a więc i lepiej im pomóc. Od dziesięciu już lat pomaga nam w pracy także nasz syn Kuba, a także synowa Monika, ale nie od Kuby, a innego syna. Różnie się ta współpraca układała na początku, bo te początki w tym fachu dla każdego są trudne. Obecnie „Orkus” jest już, można powiedzieć, rodzinnym biznesem. Ale niezmiennie jego sercem jest mój mąż Zygmunt.



Komentarze do artykułu

Roman K

Super wywiad ciociu ????

Napisz

Reklama


Komentarze