Piątek, 22 Luty, Imieniny: Małgorzaty, Marty, Nikifora -
Jesteś świadkiem jakiegoś wydarzenia? ZGŁOŚ

Zofia Kopyś - tradycyjna babcia z charyzmą (zdjęcia)


Pięciorgiem wnucząt i jednym prawnukiem – tyloma pociechami, bezpośrednio i pośrednio obdarzyła Zofię Kopyś dwójka jej dzieci. I wszyscy mieszkają w Dźwierzutach, a nawet dokładniej – na jednej posesji. Rzadki to dziś przypadek, by wielopokoleniowa rodzina trzymała się tak blisko. A jeśli tak jest, można uznać, że pani Zofia jest zarówno wyjątkową mamą, jak też wyjątkową babcią. Czy nasza ocena pani Zofii jest słuszna? Najlepiej spytać u źródła.

 



Dość energiczna z pani osoba, jak na babcię...

 

A na karku już dwie siódemki. W listopadzie stuknęło. Bo przyszło mi się urodzić na terenie dzisiejszych Niemiec w 1941 roku, w miejscowości położonej niedaleko Baden-Baden.

 

 

 

Jak to się stało?

 

Oboje rodzice pochodzą z Lubelszczyzny. W czasie wojny zostali wywiezieni na przymusowe roboty. Tam się poznali, chociaż na tej Lubelszczyźnie ich rodzinne wsie były od siebie oddalone zaledwie o osiem kilometrów. Pracowali w jednym gospodarstwie, pokochali, a gospodarze zgodzili się na ich ślub. I ja się tam urodziłam. Mama opowiadała, że kiedy pracowała, to mną opiekowała się niemiecka właścicielka gospodarstwa. Wiem, że mieli oni na nazwisko Wolf, a ze wspomnień rodziców też wiem, że byli to normalni, zwykli i porządni ludzie.

 

Była pani pierwszym dzieckiem?

 

Pierwszym, ale nie ostatnim. W sumie było nas aż ośmioro. Kolejna po mnie siostra urodziła się już na Lubelszczyźnie, a pozostałe rodzeństwo – już na Mazurach, a dokładniej w Dźwierzutach. Najpierw do Polski przyjechała mama ze mną. Była już w ciąży z siostrą i chciała jak najszybciej być w domu. Ojciec przyjechał dopiero w 1948 roku, już do Dźwierzut.

 

 

 

Co spowodowało przeprowadzkę na Mazury?

 

Poszukiwanie lepszego życia. W maleńkiej wiosce lubelskiej, w drewnianej chałupie mieszkało wtedy aż 11 osób z rodziny. Nie było łatwo i nic nie zapowiadało, że będzie lepiej, a na tych tzw. ziemiach odzyskanych – jak mówiła propaganda – czekało wszystko gotowe i lepsze. Rodzice mojej mamy, czyli moi dziadkowie, podjęli więc ryzyko ruszenia w nieznane. Najbliższym transportem wszyscy ruszyli na Mazury: dziadkowie, mama i ja, i jej trzech braci. Dojechaliśmy do Pasymia, a stamtąd pieszo dotarliśmy do Dźwierzut, gdzie nas skierowano. Wieś była niemal pusta. Każdy wybrał dla siebie dom i tak zostaliśmy.

 

I to się stało rodzinną tradycją?

 

Z pokolenia dziadków i rodziców nie żyje już nikt. Dziś to ja już jestem tak, jak moja babcia: nestorką rodziny. Moje rodzeństwo też się po świecie nie rozjechało. Trzy siostry, też już babcie, mieszkają w Dźwierzutach, dwóch braci też. Jedna siostra w Biskupcu, a jeden brat w Szczytnie. Wszyscy więc blisko. Nie u wszystkich jednak więzi rodzinne są aż tak bliskie, chociaż oczywiście, są trwałe. Jednej siostry dzieci i wnuki porozjeżdżały się po świecie. Ale chyba Dźwierzuty mają szczególny klimat, bo pokolenia, którym dziś przewodzą moje siostry, też są na miejscu. Jak nasza mama jeszcze żyła, zawsze u niej odbywała się rodzinna Wigilia i było nas wtedy straaasznie dużo. Mama żartowała, że przez cały rok zbiera grosz, by dla każdego kupić jakiś prezent. Wtedy na te rodzinne uroczystości przyjeżdżaliśmy my z naszymi dziećmi. Dziś, ze wszystkimi już wnukami i prawnukami nie byłoby gdzie się pomieścić. Teraz każde z nas, sióstr i braci, pełni rolę naszej mamy i rodzinne uroczystości odbywają się już w gronie naszych bliskich. To łatwe, bo jak wspomniałam, w większości mieszkamy razem lub obok siebie.

 

 

 

I męża sobie pani też z Dźwierzut wzięła?

 

A i owszem, chociaż także on i jego rodzina to ludzie napływowi, osiedleńcy z Przasnysza. Mieszkaliśmy niedaleko siebie w Dźwierzutach, znaliśmy się praktycznie od dziecka, razem chodziliśmy do szkoły. I tak od wspólnych zabaw dziecięcych z czasem przeszliśmy do... zabaw doroślejszych. Nie było to w smak mojej późniejszej teściowej. Mąż był po szkołach, technik od dróg i mostów, a ja skończyłam tylko szkołę podstawową. To nie były czasy, kiedy łatwo było się uczyć, szczególnie na wsiach. A jeszcze przy tylu dzieciach, ile było u nas... Byłam najstarsza, trzeba było pomagać w domu. Nauka i szkoły musiały ustąpić. W każdym razie teściowej się nie spodobałam. Robiła co mogła, by nie dopuścić do ślubu. My jednak byliśmy wytrwali, a mamę – teściową w końcu przekonała szwagierka. I ostatecznie pobraliśmy się, kiedy nasza najstarsza córka miała już 3 latka. To, że urodziłam przed ślubem, też mi przychylności teściowej nie zaskarbiło, sąsiedzi... cóż... Wtedy na takie sprawy patrzyło się inaczej. Nie było łatwo i nie było przyjemnie. Ale było, minęło. Po ślubie zamieszkałam z mężem w jego domu, z teściową się pogodziłam, a przez kolejne lata – można by powiedzieć – że się zaprzyjaźniłyśmy. Dawne żale minęły i było naprawdę dobrze. Miałam dobre życie, dobrego męża, który niestety zmarł trzy lata temu, mam dobre dzieci i wspaniałe wnuki. I nawet prawnuka, już 5-letniego. Kawał urwisa z niego, ale i tak to kochane dziecko.


 

 

 

I poświęca pani swój czas tylko rodzinie?

 

Kiedyś musiałam swój czas dzielić między dzieci, rodzinę i pracę. Ale jestem już emerytką, więc mogę zająć się i innymi sprawami. Lubię rozwiązywać krzyżówki, więc tym się zajmuję. Właściwie lubię, to za mało powiedziane. Jak mam nowe krzyżówki i gazety, to niechby się paliło i waliło, to najpierw muszę poczytać te gazety i rozwiązać krzyżówki. I lubię tańczyć. Chyba nie ominęłam jeszcze żadnej zabawy tanecznej w GOK-u, a jest ich organizowanych sporo. Mam nadzieję, że będę mogła tańczyć jeszcze wiele, wiele lat. I lubię gotować, piec ciasta itp. To kulinarne hobby udało mi się przekazać. Na przykład i córka, i wnuczka pieką doskonałe ciasta i torty. Teraz, w niedzielę, kiedy był finał WOŚP, każda z nich upiekła tort i przekazała na licytację. Jeden poszedł za 150 zł, a drugi za 170..., bo ludzie w Dźwierzutach wiedzą, że to, co z naszej rodzinnej kuchni wychodzi, warte jest zachodu i pieniędzy.

 

Jak udało się pani zatrzymać dzieci przy sobie i dorosłe już przecież wnuki też?

 

Nie wiem... Prosiłam Boga, żeby dzieci były blisko i mnie wysłuchał. Na szczęście dzieci mają na miejscu pracę, synowa i zięć też, więc nie musieli nigdzie „za chlebem” ruszać. Podobnie jest z wnuczkami. Mają tu swoje życie, pracę, bliskich. Mąż był ochotnikiem w OSP i w jego ślady poszli jedna wnuczka i wnuk. Inna uwielbia zwierzęta i poza pracą zawodową opiekuje się psami w dźwierzuckim schronisku. W tygodniu każdy żyje po swojemu, ale niedziele, tradycyjnie, staramy się spędzać razem. W jedną niedzielę chodzę na obiad do syna, w następną – do córki, a w kolejną obiad gotuję ja i wszyscy spotykamy się przy stole. Wszystkim staraliśmy się, jeszcze z mężem, zapewnić lepszą przyszłość i życie niż to, jakie było naszym udziałem. Dzieci pokończyły szkoły, wnuczęta – studia. Młodsze jeszcze się uczą, ale wiele wskazuje na to, że też będą wolały zostać w domu.

 

 

 

Coś jednak musi tkwić w pani, jakiś lep...

 

To chyba zasługa mojej mamy. Niezwykle skromna i bogobojna była to kobieta. I całe życie starała się nas trzymać razem, uczyła i uczyła tego, jak bardzo jesteśmy sobie potrzebni. Często chroniła przed ojcem, który, dobry człowiek, ale bardzo surowy i surowo karał nas za wszelkie psoty. Mnie chyba najczęściej, bo też i najwięcej psociłam. Po ojcu chyba też taki nerwus jestem. Wściekam się, ale szybko mi mija.

 

 

I czeka panią teraz...

 

… świąteczne spotkanie z wnukami. Już się zapowiedziały, że wszystkie przyjdą, prawnuczek też. I na pewno mi zaśpiewa: „Miłość w Zakopanem”, bo umie dwie zwrotki. Dzieci też przyjdą, bo tak już jest. Zaglądają kiedy mogą, gdy wracają z pracy na przykład, posiedzą, pogadają, chłopaki czasem wypiją po piwie, „w tajemnicy” przed żonami. I tak się to życie powoli toczy. I jakbym jakimś cudem mogła zacząć życie od nowa, to nic bym nie zmieniała.

 

Czyli co stanowi o tym, że jest pani głową rodziny, mamą i babcią, której dorosłe już dzieci i wnuki wciąż się trzymają?

 

Może właśnie nauki mojej mamy, które – jak to zwykle bywa – przekazywałam swoim dzieciom, a one swoim. Może to, że szanujemy siebie nawzajem, i swoje wady też. I wiemy, że każdy ma swój charakterek, że nie zawsze i wszystko musi się nam podobać, ale że każdy ma prawo do swojego życia, poglądów, upodobań, i że nawet jak się różnimy, to wcale nie jesteśmy gorsi jeden od drugiego. Poza tym... zwyczajnie się kochamy. Ja w każdym razie na pewno uwielbiam i swoje dzieci, i wszystkie wnuki, i łobuziaka prawnuka też.

 

 



Komentarze do artykułu

Napisz


Komentarze

  • Zwyciężyć własne życie
    Szacunek za odwagę!!! Życie bywa ciężkie nieprzewidywalne i każdy z nas może się znaleść na zakręcie gdzie trzeba wszystko prostować....Cóż nie ma co się rozoisywać...Życzę wszystkiego dobrego dla P.Agnieszki i dzieci.Proszę się nie poddawać i żyć pełną parą!!!
    Autor: Wielki szacunek
    2019-02-21 17:08:50
  • Zwyciężyć własne życie
    A czemu mojego komentarza nie ma
    Autor: dzezka
    2019-02-21 16:13:55
  • Zwyciężyć własne życie
    Pozdrawiam i zycze zeby Pani spelnila swoje marzenia.Gratuluje szczerosci . To nas jedynie moze wyleczyc ...szczerosc i wiara w siebie...Zycze Pani tego
    Autor: Regina Roslaniec
    2019-02-21 12:36:01
  • Zwyciężyć własne życie
    Teoche ciezko współczuć kiedy ma się z tylu głowy, że 20 lat temu jakiś dureń napadł na moja mamę, przewrócił ją i moją malutką siostrę i wyrwał torebkę. Może nawet to była ekipa tej Pani...
    Autor: MSO
    2019-02-21 12:17:21
  • Kiedy nadejdzie wiosna? - mazurskie gadanie Wiesława Mądrzejowskiego
    Chłodem powiało, ale z tego artykułu. Nie wiem kim Pan jest i chyba nie chcę wiedzieć, ale nie rozumiem zamieszczania artykułu w naszej lokalnej prasie, gdzie mamy nasze lokalne ciekawe sprawy, w którym to artykule głównym tematem ukrytym pod hasłem \"wiosna\" jest opluwanie naszego -mojego Rządu. Życzę wiele spokoju, bo żółć, która z Pana wypływa zaszkodzi Pańskiemu zdrowiu. Czy warto?
    Autor: Adam
    2019-02-21 12:14:14
  • Zwyciężyć własne życie
    Trzeba mieć wielką odwagę żeby się przyznać, że ma się problem. Tak wiele ludzi pije na różnych stanowiskach i nie zdaje sobie sprawy że ma problem.Pojęcie pijusa tylko kojarzy się z towartystami spod sklepu a tak nie jest.Jest to okropna choroba która powinna być nagłasniana na każdym kroku. Trzymam kciuki za Panią wszystko się ułozy.
    Autor: Super
    2019-02-21 11:51:15
  • Ruszają elitarne studia oficerskie
    Dajcie sobie siana. Pomysł już został zrealizowany w latach 90tych i najęliście tłumoków po LO... poszli potem po WSPol w teren i ... zgrzyty były straszne. Nadal tumany na wysokich szczeblach widzę wniosków w tej firmie nie potrafią wyciagać. Taki Oficer to jak z koziej dupy trąba f-sz. Artysta teoretyk. Wysyłać na oficerke w koncu doswiadczonych f-szy ktorych macie tam coraz mniej. Ten kto nad tym mysli to tylko figurant bo jak widac zupełnie nie panuje nad durnymi pomysłami. Doświadczenie to sila kazdej firmy a policja....cóż niczym szmata....każdą gębę wytrze... Jak dobrze, że nie jestem już w tym syfie. Ni tylko fabryka kurzu i bzdur.
    Autor: Wiesio
    2019-02-21 11:50:50
  • Zwyciężyć własne życie
    No to fajnie, ja tez bym chcial byc takim cichym \"bohaterem\" tylko mi nikt za lezenie w domu pieniedzy dawac nie chce...
    Autor: szczery
    2019-02-21 10:51:53
  • Zwyciężyć własne życie
    Świetny artykuł... Pani Agnieszko trzymam kciuki za Panią.
    Autor: Kobieta
    2019-02-21 09:07:07
  • Ruszają elitarne studia oficerskie
    a tak płakali bo juz nie ma egzaminów między korpusami. to teraz kur8a mamy! 23 letni oficer po 4 latach czytania ksiązek! hahaha
    Autor: bizon
    2019-02-20 18:35:46