Czwartek, 20 Wrzesień, Imieniny: Januarego, Konstancji, Leopolda -
Jesteś świadkiem jakiegoś wydarzenia? NAPISZ O TYM

Przemyt na Warmii i Mazurach


Pod koniec lipca w malowniczej i pełnej artystycznego klimatu stodole w Chochole odbyła się premiera spektaklu "Zające na kordonie". Sztukę przygotowało Stowarzyszenie Twórców i Orędowników Kultury ANIMA. Fabuła, chociaż fikcyjna, ociera się o autentyczne wydarzenia, jakie miały miejsce na pograniczu mazursko-kurpiowskim dwudziestolecia międzywojennego.



Dziś opiszę działania wzdłuż tzw. „zielonej granicy”, a konkretnie kontrabandy, która we wspomnianym okresie nabrała niebotycznych rozmiarów. W swoim artykule posiłkować się będę opracowaniami dr. Zbigniewa Kudrzyckiego, który jest wytrawnym znawcą opisywanej tematyki.

 

Przemytniczy problem

 

Przemyt był i pozostaje jednym z najważniejszych problemów ochrony zewnętrznych granic każdego państwa. W okresie międzywojennym II Rzeczpospolita nie była wyjątkiem, bo przecież wiadomo, że Polacy zawsze potrafili kupować i sprzedawać z zyskiem prawie wszystko, zwłaszcza w warunkach mało dostatniej rzeczywistości okresu międzywojennego.

 

Główną przyczyną przemytu było narzucanie wysokich ceł, różnice w cenach, dostępność towarów w danym kraju oraz ograniczenia wprowadzane przez władze państwowe. Na wzrost przemytu towarów wpływało także stale rosnące bezrobocie na pograniczu. Dla bezrobotnych przemyt był często jedyną możliwością utrzymania rodziny, natomiast dla małorolnych – źródłem dodatkowego zarobku.

 

W opisywanym okresie trudna sytuacja ekonomiczna w Polsce spowodowała, że wielu jej obywateli trudniło się przemytem. Podobnie było i w południowej prowincji ówczesnych Prus Wschodnich, czyli na Mazurach. Zarówno niemieckie, jak i polskie służby graniczne robiły co mogły, by udaremnić nielegalny proceder, jednak determinacja ludzi żyjących „z granicy” była tak wielka, że znajdowali coraz to nowe sposoby, by „nosić” deficytowe towary.

 

Zatrzymanie przez żołnierzy KOP szmuglu z Prus Wschodnich. Źródło: Domena publiczna.

 

 

Kontrabanda i hierarchia

 

Przemyt we wschodniej i południowej części naszego powiatu rozwijał się od dawien dawna. Jego rozwój uwarunkowany był zmianami stawek celnych między Polską a Niemcami, które ożywiały lub hamowały wymianę handlową. Największy rozwój przemytu wiąże się z końcem lat dwudziestych naszego stulecia.

 

Mieszkańcy przygranicznych wsi kurpiowskich, takich jak Dąbrowy, Pełty i Wolkowe wykazywali nieprzeciętne zdolności w tej dziedzinie i tworzyli dobrze zorganizowane grupy przemytnicze.

 

W swojej strukturze wspomniane bandy zarówno kurpiowskich, jak i mazurskich przemytników przypominały łańcuch, w którym każde z ogniw pełniło swoją rolę. „Szeregowi” zajmowali się przerzutem towarów za granicę. Dalej w hierarchii byli „hurtownicy”, którzy gromadzili w tajnych magazynach zagraniczne deficytowe towary. Dilerzy z kolei rozprowadzali towar z kontrabandy w sklepach, targowiskach, bazarach i restauracjach.

 

Przywódcą każdej grupy przemytniczej był „przewodnik”, który organizował bezpieczne przejście przez granicę i sprzedaż szmuglowanego towaru. Do jego zadań należało również znalezienie meliny u Mazura po drugiej stronie granicy w celu składowania towaru i odbioru pieniędzy. Natomiast sprzedażą niemieckich towarów na Kurpiach zajmowali się Żydzi, którzy mieli składy przemycanych towarów w przygranicznych miejscowościach, takich jak Myszyniec, Czarnia i Chorzele.

 

Na wszystko jest sposób

 

Szmugiel obejmował różne towary i przedmioty, jakich brakowało zarówno z jednej, jak i z drugiej strony granicy. Zapotrzebowanie na niektóre artykuły powodowało wysoką podaż, przez co wzrastały także ich ceny. Kontrabandziści wymyślali przeróżne sposoby mające na celu ułatwienie przerzutu. Z prosiętami radzono sobie łatwo. Pakowano po kilka sztuk do worka i podsycano alkoholem. Spojone były potulne jak baranki. W przeciwieństwie do niektórych ludzi.

 

Z większymi okazami był kłopot poważniejszy. Przepędzano je partiami po kilkanaście sztuk, odpowiednio przygotowanych do wymarszu. Ludzie pędzący takie stadko na ogół nie obawiali się wpadki ze względu na „opłacane” wcześniej punkty przerzutu.

 

Mieszkańcy wsi wymyślali przeróżne sztuczki, by nie wzbudzać podejrzeń pograniczników. Szyli sobie specjalne kamizelki, które zakładali pod ubranie. W podwójne dna wyposażali swoje wozy, furmanki i sanie. Towar często ukrywali pod chrustem zbieranym w lesie, ściętymi gałęziami czy pniami drzew, jakoby zwożonymi na rozpałkę.

 

Proceder przemytniczy nie opierał się jedynie na przerzucie towarów z Polski do Prus. Na Kurpie szły towary bardzo różne, przede wszystkim produkowana masowo w Niemczech sacharyna, służąca do słodzenia kawy zbożowej palonej z jęczmienia lub żołędzi, rzadziej herbaty.

 


Przed wojną w Polsce kilogram cukru kosztował 1,05 zł i aby go kupić, Kurpianka musiała sprzedać pół kopy jaj (30 szt.). Za złotówkę Kurpie kupowali 50 kostek sacharyny z przemytu, a jedna kostka wystarczyła do osłodzenia czajnika herbaty czy kawy. Używano jej też do ciast świątecznych oraz dosładzania mleka dla niemowląt.

 

1917 r. Pruski Urząd Celny w Opaleńcu. Źródło: Bildarchiv-Ostpreussen.

 

 

Drób, gorzałka i lekarze

 

W kursie był także drób, zwłaszcza dobrze utuczone gęsi. Dobry był kurs także na zboże, masło, sery, nie gardzono też kurzymi jajami. Znany był z tego pewien mieszkaniec Pełt, który przenosił potężne kopy jaj na własnych plecach, składował je u Mazura Rogowskiego w Księżym Lasku, który prowadził tam gospodę. Czasami nie pogardził nawet i stłuczonym towarem, jajecznica na boczku obok piwa także miała wzięcie.

 

W Polsce międzywojennej bardzo kiepsko przedstawiał się stan lecznictwa, dzięki takiemu obrotowi spraw tryumfowali wówczas znachorzy - pokątni doradcy od wszystkiego. Na medycznym niedostatku korzystali także przemytnicy. Zaczęli oni masowo przynosić z Prus „cudowny lek od wszystkiego”, który zwał się tajemniczo „Expeler”.

 

Najlepszy jednak kurs miała przemycana gorzałka. Robiono to w różny sposób, lecz chyba najbardziej pomysłowy był ten, w którym alkohol przenoszono na plecach w świńskim pęcherzu - naczyniu elastycznym, nietłukliwym i nie wrzynającym się w plecy.

 

W walce z przemytnikami, ale także z pędzącymi samogon, uciekano się najczęściej do pomocy płatnych informatorów, również chłopów. Ale najczęściej wystarczyło zagrać na uczuciu zawiści, jakie żywili mniej zaradni chłopi względem swoich przedsiębiorczych sąsiadów. W poczuciu „sprawiedliwości” wskazywali miejsca, w których ukrywany był przemycany towar.

 

Z możliwości dodatkowego zarobku na przemycie korzystali także lekarze, wzywani do udzielania pomocy w kurpiowskich wioskach oraz strażnicy. Każde niekontrolowane przejście przez granicę nęciło zarobkiem, który łatał niedobory w kabzach ubogiej przygranicznej ludności.

 

Mięsny limit

 

Różnego rodzaju towar, który miał gwarantowany zbyt przynosili także Mazurzy korzystający z małego ruchu granicznego. Można ich było spotkać na rynku w Myszyńcu i na targu w Chorzelach.

 

Po udanych zakupach w Polsce wracali obładowani słoniną, pętami kiełbas i zwojami smalcu. Lecz wielość przenoszonego mięsa była limitowana, np. jedna osoba mogła przenieść z Kurpii do Rozóg 4 funty (1 funt = 560 g) mięsa wieprzowego bez opłaty celnej. Celnicy często przymykali oczy, gdy przez granicę przechodziły kobiety z większą ilością mięsa, chociaż przed wojną istniała między celnikami z obu stron granicy niepisana zasada.

 

Polscy strażnicy graniczni życzliwie patrzyli na przemyt polskich towarów na Mazury, lecz wzorowo starali się pełnić służbę w stosunku do niemieckich towarów przemycanych na Kurpie. Podobnie rzecz się miała z niemieckimi pogranicznikami, pomagającymi szmuglować niemieckie towary na Kurpie, ale podchodzącymi gorliwie do wypełniania swoich obowiązków, gdy przenoszono polski towar do Prus.

 

„Patriotyczna” straż graniczna

 

Jednym z bardziej dochodowych zajęć był przemyt koni i krów, który pozwolił kilku gospodarzom z Rozóg znacznie wzbogacić się, gdyż na jednym przeszmuglowanym koniu można było zarobić nawet 300-400 marek. Na ogół były to konie kradzione. Policja, straż graniczna i celnicy próbowali przeciwdziałać temu procederowi ściągając nieraz posiłki z innych miast, jednak szmuglerzy byli bardziej zorganizowani i przebiegli, co pozwalało uniknąć często zastawianych na nich pułapek.

 

Przerzut przez zieloną granicę oficjalnie ścigano z uporem, jednak patrzono na to z przymrużeniem oka - z obu stron granicy. W przemycie widziano nie tylko przestępstwo lecz także i zysk. Po polskiej stronie w gospodarce nie istniała potrzeba limitu na mięsa czy zboża. Za to banki w Polsce chętnie wymieniały marki na złotówki. Niemcy natomiast potrzebowali żywności, będącej uzupełnieniem przydziałów kartkowych. A przemytnicy podliczali swoje dochody, wcale niezłe, jak na lata kryzysu przełomu lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku.

 

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Powiązane wydarzenia


Komentarze

  • Czy istnieje ryzyko, że wilki zaczną atakować ludzi?
    Ciekawy artykuł o zmianach zachowania wilków w stosunku do człowieka. Jak rozmówca może gwarantować, że drapieżnik nie zaatakuje nigdy człowieka.
    Autor: rex
    2018-09-20 09:43:38
  • Powstaje Galeria Jurand z salą widowiskową
    A przepraszam, miejsca parkingowe to gdzie będą?
    Autor: Tomasz
    2018-09-20 09:36:08
  • Szczytno potrzebuje nowej energii
    Zbyszku, trudny wybrałeś brzeg na przeprawę. Skostniałe układy miasta, nie sprzyjają brodzeniu w tym miejscu. WIARA i poglądy które wyrażasz, zapewne przysporzą ci w przyszłości wiele problemów. Poznałem to na swojej skórze :) Jednak nie poddawaj się. Droga prosta i wąska, to droga zwycięstwa. Bądź tym, który przechodzi mimo to :) Nasze głosy masz.
    Autor: Tomek TK Drogi i Mosty :)
    2018-09-20 09:10:43
  • Czy istnieje ryzyko, że wilki zaczną atakować ludzi?
    Wreszcie artykuł co ma ręce i nogi. Brawo.
    Autor: Kara
    2018-09-19 22:17:16
  • Powstaje Galeria Jurand z salą widowiskową
    Po prostu kino by sie przydalo.
    Autor: J
    2018-09-19 21:02:01
  • 130 radnych, 2 burmistrzów i 5 wójtów, czyli wybory w naszym powiecie
    Zastanów się się - znowu ci sami zastawiasz się nad tym kto nami rządzi - ... .
    Autor: Hjob
    2018-09-19 20:08:57
  • Szczytno potrzebuje nowej energii
    Do zbyszka.To faktycznie fundamentalna różnica::)))) W takim razie kolejny cytat z wypowiedzi kandydata"Na szczeblu lokalnym najważniejszy jest człowiek. Ale nie wolno zapominać jeszcze o innej bardzo ważnej rzeczy, a mianowicie o wiarygodności kandydata" Co myślał jak wpisywał na listę Jolantę,Sawickiego,Lorkowskiego?!! Jaką te chorągiewki mają wiarygodność Twoim zdaniem? Dla mnie zupełne dno.
    Autor: Marek
    2018-09-19 17:53:26
  • Szczytno potrzebuje nowej energii
    Do Tomka na przełomie 2016/17 z miasta ubyło 1000 osób (dane GUS w zestawieniu z PKW) O tyle nie zwiększyła się liczba Gminy Szczytno. Warto natomiast zabiegać o każdego nawet pojedynczego mieszkańca aby pozostał w mieście. Wystarczy czytać ze zrozumieniem :) Co do braku ludzi to mam nadzieję że jeżeli zajdzie taka potrzeba to Tomek skorzysta z zaproszenia i pomoże :) Program na stronie www. Polecam przeczytać.
    Autor: zbyszek
    2018-09-19 10:07:25
  • Szczytno potrzebuje nowej energii
    Do Marka W Dźwierzutach nie ma koła PiS :) Kandydaci nie są członkami a jedynie startują z list PiS!
    Autor: zbyszek
    2018-09-19 10:03:48
  • Szczytno potrzebuje nowej energii
    "Trudno mieć zaufanie do ludzi, którzy w zależności od zewnętrznej sytuacji zmieniają swoje poglądy czy przynależność do organizacji."-tu dopiero jest hipokryzja!!!!! Połowa "działaczy" koła PIS z Gminy Dźwierzuty to armia zaciężna z PSL-u.Pani kandydat na Wójta Jolanta w poprzednich wyborach startowała do powiatu z listy PSL,ale prawdziwa perełka to pan Krzysztof S. Ten to jest chorągiewka....zaczynał w Samoobronie,przez PSL,a teraz jak statek tonie to zahaczył się w PIS-e.Oj pociągnął oni Pana,Panie Zbyszku....po cichu liczę że w dół,bo czy ludzie mogą zaufać takim chorągiewkom??!!!!
    Autor: Marek
    2018-09-18 21:12:25