Niedziela, 24 Marzec, Imieniny: Feliksa, Konrada, Zbysławy -
Jesteś świadkiem jakiegoś wydarzenia? ZGŁOŚ

Powojenna historia Szczytna oczami Kazimierza Żugaja


W połowie 1945 roku Szczytno powoli podnosiło się ze zniszczeń wojennych. Do miasta napływało coraz więcej osadników, najczęściej z sąsiednich Kurpii. Brakowało fachowców i specjalistów, a ci którzy byli, stanowili kroplę w morzu potrzeb. Dziś kontynuujemy wspomnienia o jednym z nich – Kazimierzu Żugaju.



W Szczytnie popłynęła woda

Po przybyciu do Szczytna, Kazimierz Żugaj znalazł zatrudnienie w Wydziale Przemysłowym starostwa, którego szefem był pełnomocnik do spraw przemysłu - Romuald Kozikowski. Za jedno priorytetowych zadań, wydział uznał uruchomienie miejscowego przemysłu oraz inwentaryzację pozostawionych przez Niemców urządzeń, których ze względu na działania Sowietów i szabrowników w mieście pozostało niewiele.

 

Jednak polecenie starosty trzeba było wykonać i Kazimierz Żugaj z jednym z podległych pracowników wybrał się na „zwiad” w celu oszacowania pozostawionego przez Niemców mienia. Po rekonesansie doszedł do wniosku, że uruchomienie sieci wodociągowej będzie równie trudne, jak i energetycznej. Brakowało fachowców i specjalistów, ponadto nie było jakichkolwiek planów sieci miejskiej oraz odpowiednich narzędzi i urządzeń. Jednocześnie jednak obie sieci były najważniejsze dla miasta i mieszkańców.

 

Zbiornik wody na wieży ciśnień był przestrzelony. Zreperowano go prowizorycznie nakładając na otwór po pocisku gumową łatę. Wodociąg i przyłącza w wielu miejscach były popękane z winy wyjątkowo mroźnej zimy 1944/45, gdy pozostawiona w rurach woda zamarzła. Świadczyły o tym wiosną liczne wodotryski na ulicach Szczytna po przeprowadzonej próbie szczelności sieci wodociągowej. Przed uruchomieniem sieci trzeba było także odłączyć od niej spalone i zrujnowane budynki miasta.

 

Kazimierz Żugaj i podlegli mu pracownicy, często z narażeniem własnego życia, mając jedynie za źródło światła pochodnię zrobioną ze szmaty nasączoną łatwopalną cieczą, schodzili do zasypanych piwnic domów przy obecnej ulicy Polskiej i Odrodzenia, odcinając przyłącza wody.

 

Naprawiane części miejskiego wodociągu były kolejno uruchamiane. Jako pierwsza dostęp do bieżącej wody otrzymała centralna część Szczytna, następnie ulice do niej przylegające, później dalsze takie jak Konopnickiej czy Kajki. Mocno niewystarczające siły remontowe wzmocnili żołnierze polskiego 54 pułku piechoty, który stacjonował w Szczytnie. Kazimierz Żugaj poprosił o tę pomoc dowódcę pułku, a ten nie odmówił. Dzięki silnemu wsparciu żołnierzy odkopano część rur wodociągowych i właściwie pod koniec sierpnia 1945 roku prawie całe Szczytno mogło już korzystać z bieżącej wody. Mogło, ale nie korzystało, bo ze względu na deficyt energii, woda była dostępna jedynie w określonych porach dnia.

 

Utarczki z Rosjanami

Inwentaryzujący miasto Żugaj pisał w sprawozdaniach, że w najlepszym stanie zachował się browar, roszarnia (późniejszy Lenpol) była częściowo ograbiona, natomiast w fabryce mebli zostało zaledwie kilka starych obrabiarek. Uruchomienie produkcji było jednak priorytetem, więc Żugajowi nakazano uruchomienie sieci energetycznej, co graniczyło z cudem, między innymi z tego powodu, że Rosjanie ociągali się z przekazaniem stronie polskiej wielu ważnych obiektów, w tym także miejskiej elektrowni i gazowni.

 

Starosta Walter postanowił więc złożyć oficjalną skargę do ówczesnego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. W ciągu zaledwie dwóch tygodni do Szczytna przybyli przedstawiciele Ministerstwa Przemysłu w asyście dwóch oficerów Urzędu Bezpieczeństwa. Ale nawet takiego przedstawicielstwa władz polskich komendant radziecki Romanienko nie pozwolił wpuścić na teren dzisiejszego Zakładu Gazowniczego, w gdzie wówczas znajdowały się tam: rezerwowa elektrownia, rozdzielnia wysokiego napięcia, gazownia ze zbiornikami i wodociągi ze stacją pomp. Według wspomnień Kazimierza Żugaja, wszystko było dokładnie rozszabrowane.

 

Dopiero pod koniec czerwca 1945 roku nastąpiło oficjalne przekazanie opisywanej szczycieńskiej elektrowni władzom polskim.

 

Pas z Pasymia

- Elektrownię przejmowałem od Rosjan osobiście – wspominał Kazimierz Żugaj. Wszystko było zdekompletowane i rozkręcone. Silniki były odcięte i przygotowane do wywózki. Te, których nie zniszczyły wojna, mróz i woda.

Wobec braku wszystkiego uruchomienie miejscowej elektrowni wyglądało na nierealne, a mimo to trzeba było to zrobić. W sukurs Kazimierzowi Żugajowi przyszła jego pomysłowość i wiedza. Zdecydował więc nie wykorzystywać do remontu elektrowni wielkich turbin wodnych zlokalizowanych przy tamie w Janowie, których nawet Rosjanie, zapewne ze względu na gabaryty, nie zdemontowali. Dla Szczytna generatory okazały się bezużyteczne, bo nie było jak ich przetransportować do miasta. Źródłem prądu, w myśl pomysłu Kazimierza Żugaja miała zostać sprawna technicznie, pochodzącą z 1914 roku, lokomobila typu „Wolf”, która znajdowała się w poniemieckiej cegielni (dawna Przetwórnia „Las”). Brakowało jedynie pasa transmisyjnego, bez którego lokomobila była „martwa”, a który był niemożliwy do zdobycia. Jednak – według mu współczesnych – w słowniku pana Kazimierza słowo „niemożliwe” nie istniało.


 

Potrzebną część „ujawniono” w Pasymiu. Pas transmisyjny był częścią nieczynnego wówczas traku. Trzeba było tu negocjacji na szczeblu administracyjnym: głównie pomiędzy starostą Walterem Późnym a ówczesnym burmistrzem Pasymia Edmundem Staniszewskim. Ostatecznie pasymski pas został zdemontowany i przewieziony do Szczytna. W ten sposób rozwiązano jeden z ważniejszych problemów. Wciąż jednak istniało na drodze szczycieńskiego prądu stało wiele pomniejszych przeszkód do pokonania.

 

Z lokomobili popłynął prąd

 

Jedną z tych przeszkód było w ogóle uruchomienie lokomobili. Pas był niezbędny, ale wiele lat przestoju nie posłużyło tez temu urządzeniu. Do remontu lokomobili potrzebne było jednak specjalistyczne wyposażenie. I tu znowu z pomocą przyszedł szczególny charakter Kazimierza Żugaja. Odnosił się on do ludzi z wyjątkowym szacunkiem i uznaniem. To sprawiło, że cieszył się dużym mirem wśród miejscowych kolejarzy, a ci pomogli przy remoncie lokomobili. Do naprawy wykorzystane zostały części zdezelowanego parowozu, który stał na bocznicy miejscowej stacji kolejowej.

 

Brakowało jeszcze opału, ale i ten został w Szczytnie znaleziony - w młynie i tartaku należących przed wojną do rodziny Andersów. Zachowały się tam dość spore zasoby węgla i drewna, które za pozwoleniem starosty Waltera Późnego, zostały wykorzystane do uruchomienia elektrowni.

 

Pomocni szabrownicy

Kolejnym dość istotnym problemem, z jakim się wówczas borykano, była budowa nowej stacji transformatorowej. Generator, który był na miejscu, miał zbyt małą moc i trzeba było ją podwyższyć, a właściwie zbudować nową stację. Niezbędny do prac budowlanych cement oraz słupy i osprzęt linowy został Szczytnu przydzielony z zasobów centralnych, ale trzeba było go przywieźć z centralnej Polski i to w określonym terminie. Czas naglił, a zorganizowanie wówczas w naszym mieście jakiegokolwiek transportu graniczyło z cudem.

 

Kazimierz Żugaj, który był już wówczas zastępcą burmistrza, wiedział, że w okolicach miasta grasują zorganizowane grupy szabrowników, postanowił zatrzymać i wykorzystać ich środki transportu, które w większości stanowiły konne furmanki.

- Wychodziłem do miasta i słuchałem, czy gdzieś nie jedzie furmanka. Doskakiwałem do wozu tak, aby nie być w zasięgu bata i pokazywałem świstek, że jestem zastępcą burmistrza miasta - wspominał Kazimierz Żugaj. Pomocne było i to, że szabrownictwo było wówczas intensywnie zwalczane, a Żugaj miał też niepisana umowę z milicją. Każdego zatrzymanego szabrownika kierowano do aresztu, który mieścił się w piwnicach posterunku, a również zatrzymane furmanki kierowano do przewozu niezbędnych materiałów budowlanych.

Szabrowników, na ogół po 2-3 dniach, wypuszczani na wolność z błahego powodu - w areszcie nie było ich czym karmić. Wśród nich trafiali się czasami fachowcy niezbędni przy odbudowie sieci energetycznej. Tych Kazimierz Żugaj za przyzwoleniem milicji na jakiś czas zatrudniał przy pracach i był to dla nich niejako rodzaj kary za szabrownictwo.

 

 

Opis do zdjęcia: Dzięki takiej lokomobili z 1914 roku i wiedzy Kazimierza Żugaja w czerwcu 1945 roku w Szczytnie popłynął prąd.



Komentarze do artykułu

Napisz

Powiązane wydarzenia


Komentarze

  • Ospa zabiła 6-letnią Maję
    Jak wspomniano w artykule, ospa jest chorobą, która osłabia układ odpornościowy. Stąd wyższe ryzyko zgonu. Acyklowiru nie podaje się w celu zapobieganiu powikłań wszystkim dzieciom jak leci, bo efekt może być jak przy antybiotykach. Wirus może zmutować i acyklowir przestanie działać, a więc dzieciaki przewlekle chore (z osłabionym układem odpornościowym) będą bez szans (bo acyklowir nie zadziała). Nie ma więc co wieszać psów na lekarzach. Jedna osoba na 100 tyś chorujących na ospę ma ciężkie powikłania i tyle. Nie mieli szczęścia do statystyk biedni ludzie. Pozostaje tylko współczuć
    Autor: Esme
    2019-03-24 00:56:38
  • Rowerowa ścieżka „zarasta”... przetargami
    O jakiej ścieżce jest mówione - jeżeli na trasie Kiejkuty Jabłonka, ten odcinek jest już zasypany. Bo w tym miejscu powstał droga z Kiejkut do Orżyn !!!
    Autor: takisobie
    2019-03-23 13:06:08
  • Ospa zabiła 6-letnią Maję
    To są choroby wieku dziedziecego co nie znaczy,ze przechodzi się je łagodnie. Zdarza się raz na 10 tys. zgon spowodowany powikłaniami. Dlatego należy się szczepic.dzieci i siebie!
    Autor: Nuna
    2019-03-23 12:19:35
  • Ospa zabiła 6-letnią Maję
    szkoda dziewczynki pochylmy czoła nad zmarłym dzieckiem spoczywaj w pokoju aniołku!!!
    Autor: tom
    2019-03-23 07:29:19
  • Ogień nie zna się na zegarku
    do Ktosika . Czyli twoim tokiem rozumowani to mieszkańcy i postronne osoby miały zająć się gaszeniem tego samochodu . Jeżeli byłbyś na miejscu to byś wiedział że osoby postronne wraz z właścicielem sklepu próbowały ugasić samochód lecz mimo użycia kilku gaśnic nie udało się to . Potem nie można było nic zrobić tylko patrzeć na palący się samochód . To po co nam ta straż skoro nie wypełniają swoich obowiązków
    Autor: Grzesiek
    2019-03-22 10:45:29
  • Życie po 16 – felieton Romana Żokowskiego
    Dobrze, że Dunajcy mają sklep do 18 to mogę zakupy po drodze z pracy zrobić inaczej chyba musiałabym do Biedronki latać. Pasym to od kilku lat miasto emerytów.
    Autor: ina
    2019-03-22 10:27:31
  • Życie po 16 – felieton Romana Żokowskiego
    Brawo! Nie wiedziałem Romku że z Ciebie taki zdolny felietonista. Pozdrawiam
    Autor: Sebastian T.
    2019-03-22 05:31:55
  • Kadeci „Wiktorii” ukarani za... brak pieniędzy
    Pozwalam sobie zacytować informacje z konkurencyjnego periodyku tj. \"Kurek Mazurski\" Cyt. 16.01.2019; \" W poniedziałek burmistrz Szczytna wydał zarządzenie dotyczące podziału dotacji dla organizacji pozarządowych na realizację zadań publicznych. Podobnie jak w latach ubiegłych, najwięcej środków z samorządowego budżetu zostanie przeznaczonych na sportowe szkolenie dzieci i młodzieży – łącznie 230 tys. zł. Z tego, co także nie jest wielkim zaskoczeniem, 79 tys. zł otrzyma klub piłkarski SKS Szczytno \" Ps. Nie znalazłem niestety wybitniejszych osiągnięć naszych lokalnych kopaczy piłki nożnej ? I to jest dysproporcja budżetu ...
    Autor: Frustrat
    2019-03-21 21:10:57
  • Pierwszy piec z dotacją
    To Mańkowski opiera się na tym co burmistrz miasta Danuta Górską stworzyła. Minęło już 5 miesięcy rządów Pana Mańkowskiego z Pslem i poza jego dochodem rzędu 60.000 zł nic się nie zmieniło i nic się nie dzieje.
    Autor: Rafal
    2019-03-21 18:18:05
  • Kadeci „Wiktorii” ukarani za... brak pieniędzy
    I tutaj najlepiej widać jak zarządzane jest miasta. Drużyna która od jakiegoś czasu robi duże postępy dostaje 9 tysięcy złotych? Przecież to jest jakiś żart. Część lokalnych polityków ma większe pensje miesięczne. W Szczytnie nigdy nie będzie sukcesów, bo poza kilkoma pasjonatami to miasto zdycha powolną śmiercią. Lansować się przed kamerami, cykać foty na zawodach sportowych, ale nic nie zrobić gdy rzeczywiście potrzeba interwencji. Wstyd.
    Autor: Szczytniak
    2019-03-21 14:20:47