Czwartek, 21 Wrzesień, Imieniny: Eustachego, Faustyny, Renaty -
Jesteś świadkiem jakiegoś wydarzenia? ZGŁOŚ

Pół wieku pracy na leśnych ścieżkach Mazur

Ta historia zaczęła się w tragicznym dla naszej ojczyzny roku 1939. Witold Wrześniewski, jak mówi o sobie, ze Spychowa, choć jest mieszkańcem Szczytna, urodził się 9 września 1939 r. w miejscowości Łubów województwo lwowskie.

 


Jak przez mgłę pamięta klimat tamtego czasu, pierwsze lata szkoły podstawowej na utraconych przez Polskę ziemiach  i repatriacje w 1951 r. do wsi Wronki w powiecie giżyckim. Szkołę Podstawową zakończył w Wilkasach i w tym samym 1953 r. wyjechał uczyć się w Technikum Leśnym w Warcinie, powiat Słupsk, województwo koszalińskie. - Byliśmy skoszarowani w dawnym pałacu Bismarcka, umundurowani. Umywalnie i toalety były na zewnątrz przez cały rok, nikt nie myślał przy tym o ciepłej wodzie. Każdy dzień rozpoczynał apel na placu, choć dziś szkoła wygląda inaczej, dla nas był to najpiękniejszy czas i bardzo wielu odwiedza regularnie to miejsce, w którym życie nabrało samodzielności – wspomina pan Witold.


Nad wyborem szkoły i zawodu nie zastanawiał się wcale.

- Mój dom rodzinny, w którym się urodziłem i ten po przesiedleniu, gdzie dorastałem łączyła jedna rzecz – przepiękna przyroda. Las był i jest całym moim życiem, bez lasu by mnie nie było, nim żyję, oddycham, przez pół wieku służyłem ludziom współistniejąc z lasem, dbając o jego kondycję i o to, aby ludzie czerpali z leśnych bogactw – wyjaśnia Wrześniewski.

Pierwsza praca to posada podleśniczego w Leśnictwie Trosy. To był roczny staż, po którym Witold Wrześniewski objął stanowisko leśniczego w Nadleśnictwie Poniki we wsi Kopaniewo. Tu po raz pierwszy zamiłowanie do przyrody spotkało się z samodzielnym gospodarowaniem jej zasobami i egzamin z życia został zdany na piątkę, gdyż po 3 latach następuje kolejny awans zawodowy. Od 1 czerwca 1963 r. nowym miejscem pracy pana Witolda jest posada leśniczego w Nadleśnictwie Kętrzyn. Większy obszar, ogromne areały pól uprawnych o najniższych klasach ziemi, pozostawionych przez autochtonów, którzy opuścili Polskę, przekazanych pod zalesienie - to wszystko sprawiało, że dobry organizator miał co robić i mógł się wykazać. Ten wytężony czas powiększania lasów, wprowadzania nowoczesnych metod zarządzania przedsiębiorstwem leśnym trwał do 9 czerwca 1969 r. Wtedy to ktoś decyzyjny w łańcuchu centralnego zarządzania gospodarką i odpowiedzialny za sektor leśny podjął decyzję o przeniesieniu pana Witolda do spychowskiego oddziału Ośrodka Transportu Leśnego w Giżycku.

 

Nowy kierownik liczącej 60 osób brygady stanął przed trudnymi zadaniami: zwiększyć wydajność pracy, ilość pozyskiwanego surowca, zadbać o lepsze bezpieczeństwo pracy i kierowany zespół ludzi tak rozwinąć, by mógł być jednym z najlepszych w regionie. W tamtych czasach pozyskiwanie surowca odbywało się ręcznie. Jechał wóz konny, a na nim woźnica, ładowacz i jego pomocnik. Nic bardziej zachęcającego, kiedy wyzwanie trafia na podatny grunt, a jest nim człowiek, który kocha to, co robi i spala się przy tym bez reszty.
Oczywiście, nie tylko praca była ważna w życiu pana Witolda. W 1961 r na drodze staje Matylda - kobieta,  dla której poświęca całe swoje pozazawodowe życie. - Moja żona umarła po ciężkiej chorobie 5 stycznia 1999 r. Do dziś jest mi smutno, nie mogę się pogodzić z tym, że jej już nie ma. Dane nam było doświadczyć bardzo wiele szczęścia, nasze małżeństwo zaowocowało czwórką wspaniałych dzieci, z których jestem dumny. Najstarsza Bożena jest nauczycielką w szkole podstawowej w Ostrołęce. Syn Waldemar prowadzi własną firmę geodezyjną w Redzie. Trzecia - córka Basia pracuje w Ministerstwie Finansów. Najmłodsza Wioletta wyjechała i pracuje w Anglii – z drżeniem w głosie mówi pan Witold.

 

5 grudnia 1998 r Ośrodek Transportu Leśnego Oddział Spychowo w wyniku reformy administracyjnej przeszedł pod zarząd w Olsztynku. Utworzono Regionalną Dyrekcję Lasów Państwowych, której podlegał Zakład Transportu i Spedycji Lasów Państwowych w Olsztynku. Jej szefem zostaje Witold Wrześniewski. Mazury, które zalesiał, sprzedają teraz stemple drewniane do obudowywania chodników wydobywczych w kopalniach, zapewniają drewno na potrzeby kraju i na eksport. Kolejna reforma sprawia, że pod zarząd pana Witolda trafia składnica w Ostrołęce.

- Byliśmy tak wielkim przedsiębiorstwem i pracodawcą w regionie, że bardzo wielu ludzi ze Świętajna, Spychowa i Kolonii, ale nie tylko, również z całego naszego powiatu było moimi pracownikami. Wielu z nich to znani i wielcy dziś przedsiębiorcy, prowadzący własne firmy przetwórstwa drzewnego i eksportujący swoją produkcję w całości na zachód Europy – opowiada z dumą pan Witold.

Centralne zarządzanie gospodarką nie sprawdziło się, a że ekonomia kieruje się własnymi prawami i zmiany były nieuchronne. W 1998 r. upadł Zakład Transportu i Spedycji w Ostrołęce, a wraz z nim podległe mu składnice. Taki los spotyka również składnicę w Spychowie - miejsce znane i bliskie panu Witoldowi, który pracował i przyjaźnił się wiele lat z zatrudnionymi tam ludźmi. Decyzja zapada szybko: wydzierżawić od Lasów Państwowych teren, wykupić maszyny i zacząć samemu dbać o miejsca pracy i rozwijać już swoją firmę. Tak składnica w Spychowie obok stacji kolejowej stała się prywatnym zakładem pracy, a nikt z pracowników nie stracił zatrudnienia. Pierwsze zlecenia to słupy techniczne do Włoch. Firma zakupiła najnowocześniejsze maszyny, zwiększyła zatrudnienie. Interes szedł tak dobrze, że pan Witold zakupił drugi tartak. Rośnie moda na boazerie, podłogi drewniane, rusza indywidualne budownictwo mieszkaniowe, a więc wzrasta popyt na takie usługi. Załamanie rynku nadchodzi nieoczekiwanie, kopalnie przestają być rentowne, zapłata za towar przychodzi po kilku miesiącach. Trzeba mieć na zakup surowca, wykonać zamawiane elementy i wysłać je na własny koszt do odbiorcy, a ten nie płaci na czas. I do tego galopująca inflacja, każdego dnia spada realna wartość nabywcza pieniądza. Przekształcenia gospodarcze w Polsce lat osiemdziesiątych nie sprzyjają prywatnym przedsiębiorcom. Młody zakład nękają niezapowiedziane kontrole: sanepidu, skarbowe, a potem Urzędu Pracy. Są nie tylko częste, ale i dotkliwe. - Miałem wtedy takie wrażenie, że przychodzili tak wiele razy i nieoczekiwanie, jakby chcieli coś na siłę znaleźć i nas zamknąć – wspomina przedsiębiorca. Cały ten czas udało się przetrwać.

 


Na pytanie, czy gdyby los ujął 30 lat życia i byłby wybór pomiędzy pracą na swoim a w państwowej firmie, odpowiada bez namysłu: - Tylko na swoim. Kiedy czujesz to, co robisz, masz pomysł i wiesz jak, nie potrzebujesz szefów, którzy zaburzą wizję, gdyż to ty jesteś najlepszym szefem. Rynek niesie ryzyko, ale kiedy zamykają się jedne drzwi, to w to miejsce kilka innych właśnie się otwiera. Sztuka polega na tym, aby to zauważyć. Dziś, mimo iż wielu ma zastrzeżenia do modelu naszej gospodarki, uważam, że jest znacznie lepiej i obserwujemy rozwój i ułatwienia w prowadzeniu działalności gospodarczej – dzieli się przemyśleniami Witold Wrześniewski.


Po blisko 50 latach pracy zawodowej w marcu 2017 r. przyszła pora odpocząć. Zakład w Spychowie przejął pracownik, syn kolegi, który pracował i przeszedł na emeryturę właśnie z tej firmy. Czy w życiu nastąpiła pustka? - Nie. Nigdy nie narzekałem na brak zajęcia i teraz też mam co robić, tylko sił nieco miej i trzeba zwolnić. Czytam dużo książek, uwielbiam kolarstwo. Kilkadziesiąt lat dojeżdżałem do moich prac rowerem, często dziennie przejeżdżałem nawet do 50 km. Nie wyobrażam sobie meczu piłki nożnej naszej reprezentacji bez mojego kibicowania. Kiedy byłem młodszy, polowałem blisko 15 lat w kole łowieckim w Mikołajkach, ale chyba z wiekiem przyszedł taki czas, że nie chcę już strzelać, a rozkoszuję się pięknem przyrody i bogactwem żyjących w niej istot. - Mówiąc o sobie, pan Witold wyciąga prawo jazdy, data wydania 1956 r. Następnie wskazuje na samochód i pyta: - Pan wie, ile on ma na liczniku? Ponad 620 tysięcy! Ja jestem z pokolenia, które ma szacunek do pracy, ceni sobie dane słowo i jest temu wierne. Kiedy coś z poszanowaniem dobrze służy człowiekowi, to nie należy tego niszczyć – wyjaśnia.

 


W Piasutnie troskliwy tata pomógł wybudować swoim córkom domy. Dziś każdą wolną chwilę spędza, upiększając ich obejścia. - Kiedy byliśmy młodzi, z żoną chodziliśmy na tańce, spotykaliśmy się z naszymi przyjaciółmi, a dziś ja sam muszę dbać o rodzinę, nie tylko o domy córek, ale i o to, abyśmy wspólnie znajdowali czas dla siebie i zawsze byli jedną całością – podkreśla Witold Wrześniewski i uśmiecha się pogodnie, jakby nigdy nie miał żadnych problemów, a swoim najbliższym i całemu światu chciał podarować to, czego ma w sercu najwięcej – radość życia.

Krzysztof Kolczyński       

 



Powiązane wydarzenia

  • Czwartek, 2017-09-07 13:07:14

Po „Mazurze” jest „Cyrograf”

  • Środa, 2017-08-16 16:49:16

Marian Bielec - echa mazurskiej puszczy



Komentarze do artykułu

Napisz

Komentarze

  • Uczniowie zatruli się na szkolnej wycieczce
    Pani nauczycielko prosze sie nie przejmowac. Niech rodzice poswiecaja wiecej czasu dzieciom i na wycieczke zabiora. A nie wszystko nauczyciel. Babcia niech tez sie ruszy a nie tylko plotki po wsi robi. Jest pani cudownym nauczycielem. Pracowitym jakich malo. Coraz mniej was sie robi w szkole takich oddanych i lubianych nauczycieli. Jedna pani tez miala pod gorke z kolezanka od tego samego przedmiotu. Przezyla i wyszla z tego silniejsza i madrzejsza. Co nas nie zabije to nas wzmocni.
    Autor: rodzic
    2017-09-15 23:43:09
  • Nocny pościg zakończył się wypadkiem
    JP
    Autor: WIELBARK
    2017-09-15 13:41:04
  • Piotr Karczewski zamienił fizykę na motocykl
    Prawdziwy klub Jurand to był w latach 90-tych. Teraz to zebrała się grupka emerytów i przejęła 'niezarejestrowaną' nazwę. Nie wiem czy kilku 'prawdziwych' motocyklistów jest w tym klubie :)
    Autor: johnny
    2017-09-15 11:27:12
  • Nocny pościg zakończył się wypadkiem
    jak on uciekł jak napisali że jest zatrzymany?
    Autor: eryery
    2017-09-14 22:18:29
  • Uczniowie zatruli się na szkolnej wycieczce
    Jedna z nielicznych nauczycielek, która cokolwiek robiła dla uczniów. Pewnie "najmadrzejsi" róbcie z niej główna winną, a później to narzekajcie, że nauczyciele nic z dziećmi nie chcą robić. Szósta klasa to już nie takie dzieci, dziewczyny wystroić i umalować do szkoły się potrafią a proste polecenie do nich nie dociera, to raczej z nimi coś nie tak jest
    Autor: Rodzic
    2017-09-14 21:54:27
  • Uczniowie zatruli się na szkolnej wycieczce
    Nie oszukujmy się .. dzisiejsze dzieci trudno jest dopilnować. Nauczycielka nie jest wszystkiemu winna. Po jednym owocu nie stałoby się nic, a że rodzice nie nauczyli dzieci żeby słuchać starszych to efekt jest.
    Autor: Wielbark
    2017-09-14 20:55:18
  • Uczniowie zatruli się na szkolnej wycieczce
    Kto mądrzejszy,to sprobowal, a nie sie nazarl. Ech, dzieciaki, rodzice nie nauczyli, czego nie można...szkoda nauczyciela, siedziec z nimi w szkole,w ksiazce czarny bez pokazac i powiedziec,ze szkodliwy,a nie do lasu zabierac.
    Autor: winatuska
    2017-09-14 20:54:13
  • Uczniowie zatruli się na szkolnej wycieczce
    Byłam tam i to wcale tak nie było. Nauczycielka powiedziała uczniom, że mogą spróbować, ale dodała, że tylko jedno. Oni zaczęli jeść garściami i wyszło jak wyszło. Ja na szczęście tego świństwa nie jadłam, ale oni już tak, więc to po części wina nauczycielki i nasza.
    Autor: [x]
    2017-09-14 20:15:13
  • Uczniowie zatruli się na szkolnej wycieczce
    Szosta klasa to dzieci dwunastoletnie, nauczycielka mowila zeby sprobowali to tak tez zrobili. Zreszta nauczycielka tez probowala takze nie zwalajmy wszystkiego na dzieci. A czemu nie napisano, ze byla szostka zatrutych dzieci a nie czworka? Nauczycielka to zona dyrektora szkoly, wiec najlepiej teraz ja bronic i wszystko na dzieciaki zwalic. Skoro nauczycielka od przyrody nie wiedziala, ze nie mozna jesc czarnego bzu to wodac ze jest niekompetentna w swoim zawodzie
    Autor: Lala
    2017-09-14 19:51:37
  • Uczniowie zatruli się na szkolnej wycieczce
    Pewnie się obczytały że faza po tym będzie i zjadły.Nie ma co winić nauczycielki.
    Autor: W
    2017-09-14 18:30:31