Czwartek, 19 Lipiec, Imieniny: Kamila, Karoliny, Roberta -
Jesteś świadkiem jakiegoś wydarzenia? NAPISZ O TYM

Andrzej Górczyński – twórca potęgi szczycieńskiego Banku Spółdzielczego

Parafrazując dawny, socjalistyczny slogan można z powodzeniem stwierdzić, że „mówiąc Bank Spółdzielczy myślimy: Andrzej Górczyński, a mówiąc Andrzej Górczyński – myślimy: Bank Spółdzielczy”. Przez ponad trzy dekady ta osoba i ta instytucja stanowiły jedność.



I tylko ktoś naprawdę wyjątkowo nieżyczliwy, nieobiektywny i zwyczajnie nieuczciwy w ocenie krytycznie osądziłby ten „mariaż”. Dziś Andrzej Górczyński jest już emerytem. Nareszcie mógłby żyć dla siebie, realizować nieustannie odkładane plany, spełniać marzenia. Mógłby, ale... nie może.

 

 

Panie Andrzeju, który pan jest rocznik?

 

Tuż powojenny – 1947. W lipcu ubiegłego roku skończyłem 70 lat. Urodziłem się w miejscowości Skurpie w pow. działdowskim. Wbrew nazwie to duża, mazurska wioska, z której pochodzi sporo znakomitości, m.in. Hieronim Skurpski, o nazwisku właśnie z nazwą wsi związanym. Moim krajanem jest też profesor Bogdan Wilamowski, u którego później, jako student, zdawałem egzamin z ekonomii.







 

Wspólne korzenie pomogły zdać?

 

Nie było takiej potrzeby, chociaż znaliśmy się i wiedział, że jestem jego ziomkiem. Przyjeżdżał do wsi często, jego rodzice byli pochowani na miejscowym cmentarzu.

 

Od kiedy jest pan w Szczytnie?

 

Od 1972 roku. Po studiach o kierunku rolniczym na ART w Olsztynie odbyłem staż w Działdowie w tamtejszej melioracji. Po kilku miesiącach pracy Wojewódzki Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych zaproponował mi przeniesienie do Bartoszyc na stanowisko zastępcy kierownika tamtejszego zarządu powiatowego. Ale wtedy akurat odwiedził mnie kolega, który pracował na terenie gminy Dźwierzuty, w Grądach, w tutejszym PGR. Powiedział: „Jak masz iść na zastępcę do Bartoszyc, to lepiej wsiadaj ze mną w samochód i jedziemy do Szczytna, bo tam zastępca kierownika z melioracji przechodzi na inne stanowisko. Może ci się uda, a będziesz miał bliżej do domu”. To wsiadłem do jego syrenki i pojechaliśmy. Wieczorem byliśmy w Grądach. Nocowałem w pałacu, co pamiętam głównie dlatego, że wlazłem w gotowane kartofle...






 

 

Jakim cudem?

 

Bo ktoś je na korytarzu gotował, a było ciemno. W tym pałacu, pięknym architektonicznie, wtedy to był „kołchoz”. Mieszkali tam pegeerowscy pracownicy i dyrektor. Rano kolega przywiózł mnie do szczycieńskiego ratusza, gdzie wtedy mieścił się powiatowy zarząd melioracji. Jego szefem był wówczas Tadeusz Sygnet, który po rozmowie zaprowadził mnie do kierownika wydziału rolnego starostwa (wtedy też były jeszcze powiaty), czyli do Kacpra Zimnego. Ten miał już, chyba, dobrą opinię na temat pracowników pochodzących z Działdowa, bo kilka miesięcy wcześniej rozpoczął w Szczytnie pracę Jan Demidowicz. W każdym razie moją kandydaturę zaakceptował. Wszystko jeszcze zależało od dyrektora zarządu wojewódzkiego, który też zgodę wyraził. I dwa tygodnie później, jesienią 1972 roku, „zameldowałem się” w pracy w Szczytnie.

 

Zameldował się pan do pracy, a co z mieszkaniem?

 

Nie było problemu. Praktycznie „z marszu” otrzymałem 2-pokojowe mieszkanie w POM-owskim bloku przy ul. Lipowej. I tak, mając 25 lat, zostałem stałym mieszkańcem Szczytna.

 

Nie żal było Działdowa i rodzinnych stron?

 

Trochę było. Zostawiałem za sobą rodzinę i przyjaciół. W Skurpiach chodziłem do podstawówki, później w nieodległych Górkach skończyłem Technikum Rolnicze. W Działdowie był ogólniak, ale tam był bardzo wysoki poziom i nie dałbym rady. Moje siostry były zdolniejsze. Chociaż może nie do końca. Bardziej chodziło o to, że już w podstawówce miałem problemy ze wzrokiem i to rzutowało na naukę. Na studia jednak dostałem się bez problemów, chociaż musiałem zdawać egzaminy wstępne. A wcale nie było to łatwe, bo chętnych wtedy na jedno miejsce było wielu. Z naszego technikum do ART zdawało 10 osób, a tylko dwie się dostały, w tym ja.




 

 

Podkreśla pan, że Skurpie były ważną, mazurską wsią, Działdowo też, ale Szczytno również jest mazurskie. Czy poza wielkością i liczbą mieszkańców dostrzegał pan inne różnice?

 

Szczytno i Działdowo, jeśli chodzi o Mazurów, były podobne. Zresztą w tym czasie dość często oba miasta „wymieniały się” mieszkańcami. Na przykład Karol Małłek, który w Rudziskach Pasymskich zakładał Uniwersytet Ludowy, też pochodził z okolic Działdowa. Nie było też problemów jeśli chodzi o kontakty z rodziną, bo do Działdowa jest raptem 80 km, a wtedy było jeszcze bezpośrednie połączenie kolejowe między tymi miastami.

 

Jak pan „odebrał” Szczytno?

 

Gdy pierwszy raz jechałem pociągiem byłem przerażony, kiedy z okien wagonu oglądałem wielbarskie pola, białe piaski. Ale samo Szczytno bardzo mi się podobało. Było przede wszystkim o wiele bardziej rozwinięte gospodarczo niż Działdowo: sporo znaczących zakładów pracy, jak np. „Lenpol”, stawiało Szczytno na czele miast w województwie.






 

Mówi pan: „było”. A teraz? Jak Szczytno wygląda w porównaniu z Działdowem?

 

Jest odwrotnie. Można by powiedzieć, że tyle dużych firm i zakładów pracy, fabryk, ile zlikwidowano w Szczytnie, to tyle albo i więcej przybyło w Działdowie. Teraz to miasteczko stało się ważnym ośrodkiem gospodarczym, bo tam wiele zakładów dawnych utrzymało się i rozwija (np. huta szkła), nie mówiąc o nowych, które powstały. Nie przetrwała jednak naprawdę duża Centrala Nasienna, z którą współpracowali jeszcze moi rodzice, sprzedając tam ziemniaki.

 

Rozumiem, że rodzice mieli gospodarstwo rolne?

 

Rodzice nie byli Mazurami, chociaż ojciec urodził się w Skurpiach. Matka z siostrami przyjechały z centralnej Polski, z okolic Mławy, kiedy tam Rosjanie spalili im gospodarstwo. Wcześniej ojca i brata, czyli mojego dziadka i wujka Niemcy zabrali z tego gospodarstwa do obozu w Działdowie, następnie ich wywieźli do obozu w Sztutowie, skąd już nie wrócili. Gdy mama z siostrami zostały same i bez dachu nad głową, przyjechały na tzw. Ziemie Odzyskane, właśnie do Skurpi. Wraz z ojcem objęli jedno z porzuconych gospodarstw mazurskich, które prowadzili do 1961 roku. Wtedy sprzedali to gospodarstwo i przenieśli się do innej wsi w okolicy Działdowa, po drugiej stronie miasta. Sporo stracili na tej transakcji, bo ziemia nie była wtedy w cenie. W Skurpiach mieli 21 hektarów dobrej ziemi, a w Księżym Dworze kupili 14 ha. Było jednak bliżej do miasta, zamiast 8 km, to 1,5 km.







 

Odległość to chyba nie był jedyny powód?

 

To był ważny powód, bo siostry miały bliżej do szkoły. Ale faktycznie był też inny. Rodzice nie chcieli mieszkać „u Niemca”, tylko „w Polsce”. Bo chociaż obie miejscowości leżą w powiecie działdowskim, to tam było pogranicze, więc część powiatu, wraz z miejscowością Skurpie wcześniej znajdowała się w granicach Prus, a druga część z tym Księżym Dworem, należała do Polski.

 

Dla pana ta przeprowadzka w perspektywie kolejnych lat nie miała już większego znaczenia, bo dom rodzinny praktycznie pan opuścił studiując, a „chwilę” później zamieszkał pan w Szczytnie. Skąd zmiana z melioracji na bankowość?

 

Nie od razu bankowość. W melioracji przeprowadzona została reorganizacja. Wszyscy dostaliśmy wypowiedzenia umów o pracę, zdaje się, że w 1975 roku, kiedy likwidowane były powiaty. I od początku 1976 roku rozpocząłem pracę w Wielbarku. Tam wcześniej była filia Spółdzielni Kółek Rolniczych w Szczytnie, a ja tę filię „usamodzielniałem”, czyli praktycznie tworzyłem od podstaw. Byłem jej prezesem aż do 1982 roku. W tym czasie wybudowaliśmy, w ramach SKR, wielką fermę jałówek w Wesołówku, która dziś w prywatnych rękach jest fermą indyków. Najpierw tę fermę jednak sprzedałem dla kombinatu „Mazury”, bo już się zaczęły ruchy z transformacją, w latach 80. sytuacja gospodarcza była trudna, nie było zapotrzebowania na jałówki, a bałem się, że zostawię SKR z kredytem, zaciągniętym na tę budowę. Po sprzedaży kredyt został spłacony i SKR nie był zagrożony, przynajmniej przez kolejne 5 lat.






 

Można by więc powiedzieć, że doświadczenia z bankowością sprowadzały się do tego kredytu?

 

Nie miałem istotnie doświadczenia w zakresie bankowości, ale wystarczające na stanowiskach kierowniczych, dlatego przystąpiłem do konkursu na prezesa banku, który przeprowadzała Rada Nadzorcza. Poza mną kandydowały jeszcze dwie osoby. Odgórne naciski były takie, że prezesem ma zostać członek PZPR, a ja należałem do ZSL (Zjednoczone Stronnictwo Ludowe). Wstąpiłem do tego ugrupowania z własnej i nieprzymuszonej woli, jak tylko stałem się dorosły i samodzielny. To niejako rodzinna tradycja, bo do ZSL należał też mój ojciec. W bankowej Radzie Nadzorczej dominowali miejscowi rolnicy, po części też ludowcy, nie poddali się władczym nakazom i w ten sposób zostałem prezesem banku.

 

Z czasem, po kolejnych burzach dziejowych, ZSL przestał istnieć, a pojawił się czy raczej odrodził – PSL.

 

I z tą partią byłem i jestem nadal związany, chociaż – według mnie – na moją karierę zawodową nie miało to wpływu. Z perspektywy lat można powiedzieć, że każdy kolejny zakład pracy był dla mnie całkowitą nowością. W żadnej z branż, ani w melioracji, ani w SKR-ze, ani ostatecznie w bankowości nie miałem wcześniejszego doświadczenia, ani też wiedzy. Musiałem nie tylko kierować określonymi firmami, ale też wszystkiego sam się uczyć.

 

Uczyć skutecznie, bo Bank Spółdzielczy w Szczytnie, pod pana 34-letnim zarządem, z niewielkiej, lokalnej placówki bardzo się rozwinął...

 

Powiększył się z jednego oddziału w Jedwabnie i punktu kasowego w Lipowcu do 15 placówek (filii, oddziałów i punktów kasowych), które znajdują się nie tylko w naszym powiecie, ale też np. w Purdzie, Biskupcu i w Olsztynie. Rozwój widać też po liczbie zatrudnionych osób. Załoga banku wzrosła z około 20 w 1982 roku do ponad 120 obecnie, tj. w czasie, gdy odchodziłem na emeryturę.

 

Banki nie cieszą się generalnie powszechnym uznaniem. Szczególnie te komercyjne uważane są za krwiożerczy biznes, dla którego człowiek liczy się tylko wtedy, gdy można na nim zarobić. Pan, a za pana pośrednictwem także szczycieński Bank Spółdzielczy, nigdy takiej „nieludzkiej” twarzy nie przyjął. Klienci wyrażali się o banku pochlebnie, a o tym, że bank szanował klientów może chyba świadczyć i to, że ten bank tak mocno się rozwinął.

 

Jestem człowiekiem religijnym i uważam, że wszystkich ludzi trzeba traktować z należytym szacunkiem. I starałem się, by bank i wszyscy pracownicy tak właśnie traktowali klientów. Byliśmy otwarci na wszystkie sytuacje losowe, na okoliczności. Staraliśmy się iść na rękę, pomagać i wspierać zarówno osoby indywidualne, jak i firmy, w razie wystąpienia jakichkolwiek trudności.

 

Ale tej wartości człowieka, tej pokory i szacunku nie uczy tylko religia. W przeciwnym wypadku wszyscy wierzący byliby szlachetnymi ludźmi, a nie są...

 

W Szczytnie panował szczególny klimat, tworzony przez szczególnych ludzi: naprawdę uczciwych i szlachetnych, którzy w jakiś sposób stanowili dla mnie wzorzec postępowania, zarówno z podwładnymi, jak i z otoczeniem. W Działdowie w tym czasie nie było takiego klimatu. Jak tu przyjechałem miałem zaledwie 25 lat. Dopiero uczyłem się dorosłego życia i pracy. Uczyłem się właśnie od tych ludzi. Na pewno do tego grona należał Kacper Zimny, człowiek absolutnie wyjątkowy, który nienawidził wręcz wszelkiej podłości czy oszustwa. Byli to też Tadeusz Sygnet, szef melioracji, Henryk Senderowski, Stanisław Fidos, który był przede mną prezesem Banku Spółdzielczego... Naprawdę, w Szczytnie zawodowo i... ludzko, trafiłem na dobry moment i na bardzo dobrych, wspaniałych ludzi. Wiele z tych osób już, niestety, nie żyje, o wielu żyjących współczesne, młode Szczytno nie pamięta, a nawet, powiedziałbym, nie wie. A szkoda, bo to naprawdę byli i są ludzie, którym to miasto i powiat bardzo dużo zawdzięczają.

 

Pan też nie chciał się zgodzić na rozmowę, twierdząc, że jako emeryt już nie jest pan ważny...

 

Bo nie jestem. Dziś już niewiele mogę zdziałać, nawet gdybym chciał. Zdrowie nie pozwala. Praktycznie zostałem ślepcem. Od dziecka miałem wysoką krótkowzroczność. Na lewe oko widziałem słabo, ale na prawe bardzo dobrze. Jednak kilka lat temu wzrok zaczął mi się pogarszać. Trochę sytuację poprawiły zabiegi usuwające zaćmę, ale pojawiły się inne problemy i konieczna była kolejna operacja, której poddałem się w marcu 2016 roku. Wszystko się powiodło, nie było usterek. Miesiąc po operacji widziałem już prawie dobrze, tylko z lekką mgłą, ale znów zaczęło się pogarszać. Po kolejnych, szczegółowych badaniach okazało się, że dotknęła mnie inna, poważna choroba oczu i nie pomaga leczenie. Niestety, nie wygląda na to, by było lepiej. Obecnie prawie nie widzę, dostrzegam jedynie jakiś cień, kontury, ale nic więcej. Nie rozpoznaję ludzi, nie mogę poruszać się samodzielnie ulicą, jeździć samochodem...

 

Dla człowieka aktywnego, twórczego to poważny problem?

 

Trudno się z tym pogodzić i trudno z tym funkcjonować, szczególnie gdy całe życie spędziło się wśród ludzi, a pracowało dla ludzi. Zdarzają się więc przykre sytuacje, kiedy np., w sklepie czy w przychodni, czy gdziekolwiek ktoś mnie zagaduje, a ja nie wiem z kim rozmawiam. Przykro jest i mi, i niewątpliwie tej osobie. Wyruszam z domu tylko wtedy, gdy muszę. Ta sytuacja powoduje, że ograniczam swoje kontakty z ludźmi i swoją aktywność. Może przynajmniej będą mógł czytać, bo dzięki Powiatowemu Centrum Pomocy Rodzinie uzyskałem specjalne urządzenie, które będzie to za mnie robiło. Może więc i tę rozmowę, już w druku, będę mógł w ten sposób samodzielnie „przeczytać”.

 

Czy można się z takim utrudnieniem życia w ogóle pogodzić?

 

Nie wiem. Mnie się na razie nie udało. Niewiele już mogę zrobić. Ogromnym obciążeniem psychicznym jest konieczność korzystania z pomocy innych ludzi. Tu wielkim wsparciem jest dla mnie żona i przyjaciele, ale mimo to brak samodzielności, kalectwo – to naprawdę tragedia. Źle się czuję w gronie ludzi, których nie widzę, a tylko słyszę. Nie ukrywam, że to wpędza mnie wręcz w stany depresyjne. Pech, że to wszystko dotknęło mnie akurat, gdy przeszedłem na emeryturę. Jak każdy, miałem z nią związanych wiele planów, wiele marzeń. Sądziłem, że uda mi się w końcu zrobić i zobaczyć to wszystko, na co nigdy wcześniej nie było czasu. Teraz mogę tylko żałować, że te swoje plany i marzenia odkładałem, że nie spełniałem ich wcześniej, że zawsze było coś ważniejszego: a to otwarcie nowej filii, a to uruchomienie oddziału, a to budowa nowej siedziby... Ciągle, ciągle coś... Ciągle coś ważniejszego od siebie samego, od własnych potrzeb, własnego życia. Ale, gdybym mógł przewidzieć, że spotkają mnie takie problemy ze zdrowiem, czy postępowałbym inaczej? Byłbym innym człowiekiem? Inaczej podchodził do pracy i do ludzi? Mimo wszystko wątpię...



Komentarze do artykułu

Napisz


Komentarze

  • Córki obwiniają lekarza o śmierć ojca
    Nocna opieka medyczna? To raczej kabaret! Zdarza się, że dzieci są badane przez lekarza ginekologa, który zachowuje się jakby bał się w ogóle je dotknąć!!! A na końcu i tak słyszymy: "Proszę poczekać do poniedziałku"
    Autor: Mama
    2018-07-18 13:29:35
  • Wmurowali kamień węgielny pod szpital (film)
    Te same ryje od lat, budowa skrzydła szpitala a pchają się przed kamery jak zwykle ludzie kompletnie nie mający nic z tym wspólnego.
    Autor: Szczytniak
    2018-07-18 10:24:02
  • Córki obwiniają lekarza o śmierć ojca
    Szpital w Szczytnie i Jego pożal się ..... Od lat to samo i co ? i nic.
    Autor: Jarosław"Pol...Zbaw...
    2018-07-17 21:38:11
  • 12 lat w wieży. Czy i co dalej? Rozmowa z burmistrz Danutą Górską
    Popieram w całości to co napisałaś "anna". Górska już dawno powinna odejść a w jej miejsce należy wybrać kogoś, kto będzie potrafił i chciał wykorzystać potencjał turystyczny Szczytna. Ona się nadaje wyłącznie do nasadzania kwiatków, co robi od lat.
    Autor: Marcin
    2018-07-17 10:50:09
  • Satyryczne namawianie do wyborów
    Do Mariana. Macie. Dokładnie 235 artystów abstrakcjonistów. Na Wiejskiej malują nam przyszłość rodem z zamierzchłej przeszłości. I czemu te tysiące wolą pracować na czarno u Niemca? Może lepiej płaci niż nasz patriotyczny biznes?
    Autor: massakra
    2018-07-14 18:07:40
  • Mańkowski kandydatem na burmistrza Szczytna
    Uważam Pana Krzysztofa za bardzo dobrego kandydata na burmistrza. Jest to szlachetny dobry człowiek nie kierowany zawiścią i próżnością. Trzymam kciuki Panie Krzysztofie
    Autor: Maria
    2018-07-13 23:40:00
  • Honorowa odznaka dla dyrektora Mańkowskiego
    Zasługi na rzecz rozwoju sportu motorowego :)
    Autor: stef
    2018-07-13 14:14:39
  • 12 lat w wieży. Czy i co dalej? Rozmowa z burmistrz Danutą Górską
    Burmistrz wskazuje że rozwiązała kwestię dróg czyli nie zauważa zakorkowania całego miasta. Jej zdaniem poprawa w niektórych miejscach nawierzchni jest wystarczająca. Budowane są mieszkania, owszem teraz 12 a wcześniej prawie 20 lat temu. Niestety oczekujących jest prawie 180 rodzin. Czyli na kolejne trzeba poczekać następne dzieścia lat? Są miejsca w żłobkach. Miejskich czy będą jak prywatny inwestor dopiero wybuduje? Wyludnianie się miasta można oceniać nie na podstawie meldunków lecz twardych danych GUS. Osoby przebywające w mieście czasowo (nauka, praca) nie powodują wzrostu dochodów miasta. Pani Burmistrz powinna chyba bardziej realnie stąpać po ziemi. Ps. nawiązując do opisywanego obrazu Picassa to parafrazując co mi po pięknych ścianach mieszkania skoro nie stać mnie będzie na meble czy jedzenie?
    Autor: anna
    2018-07-13 09:41:31
  • Satyryczne namawianie do wyborów
    Ale kicha, co za bryndza. Nie ma cie lepszych artystów niż z Niemiec?? Już pełno tych łobuzów z Niemiec u nas, ile ludzi pracuje na czarno u niemców. Tysiące.
    Autor: Marian
    2018-07-12 12:41:27
  • Satyryczne namawianie do wyborów
    Mógł przyjechać dziesięć lat temu to by dopiero był niezadowolony...
    Autor: Piotr
    2018-07-12 09:45:54